Trochę inna Saya. Recenzja serialu „Blood +”
Saya Otonashi jest japońską nastolatką mieszkającą na Okinawie ze swoim
przybranym ojcem i dwójką adoptowanych braci. Od rówieśników odróżnia ją ogromny
apetyt, anemia i amnezja – jej wspomnienia nie sięgają dalej niż rok. Poza tym
jej życie jest jednak spokojne i szczęśliwe. Wszystko to zmienia się, kiedy w
pobliżu dochodzi do serii makabrycznych morderstw, a Sayę zaczyna śledzić dziwny
mężczyzna, który wszędzie nosi ze sobą przypominający trumnę futerał na
wiolonczelę. Pewnego wieczoru bohaterka staje twarzą w twarz z przerażającym
potworem żywiącym się ludzką krwią i... zabija go z pomocą tajemniczego
wiolonczelisty, odkrywając przy tym, że ma w sobie ogromne pokłady agresji i
umiejętności walki, o które nigdy by siebie nie podejrzewała. Dowiaduje się, że
znalazła się w samym środku wojny między istotami odpowiedzialnymi za legendy o
wampirach a tajną organizacją, która od przeszło stu lat stara się chronić przed
nimi ludzkość. Dowiaduje się też, że dla niej samej wojna ta nie jest niczym
nowym, a człowiek z wiolonczelą, Haji, i krąg znajomych jej ojca to jej
towarzysze broni cierpliwie czekający aż dziewczynie powróci pamięć. Początkowo,
pełna wątpliwości, Saya staje do walki, kiedy monstra zaczynają zagrażać jej
przybranej rodzinie, i wyrusza w epicką podróż w poszukiwaniu sposobu na ich
ostateczne unicestwienie. Podczas wędrówki, która zaprowadzi ją od Wietnamu do
Syberii, od francuskich winnic do Nowego Jorku, będzie musiała się zmierzyć nie
tylko ze stworami rodem z sennych koszmarów i spiskiem sięgającym najwyższych
sfer amerykańskiej władzy, ale przede wszystkim ze swoją przeszłością – mroczną,
naznaczoną poczuciem winy i sięgającą znacznie dalej niż sama skłonna by była
uwierzyć...
Kiedy rozeszła się wiadomość, że głośny film anime, „Blood: The Last Vampire”,
doczeka się serialowej kontynuacji, fani byli wniebowzięci. Jednak już pierwsze
odcinki podzieliły ich, „Blood +” okazał się bowiem pod wieloma względami bardzo
odmienny od średniometrażowej produkcji Studia I.G. O ile prolog w wietnamskiej
dżungli odpowiadał ponuremu klimatowi „Blood: The Last Vampire”, to już następne
sceny z Sayą jako zwykłą, wesołą nastolatką nie przypadły do gustu części widzów
przywiązanych do niepokojącej, bezwzględnej bohaterki znanej z filmu. Nie
spodobał im się niezwykle istotny wątek przybranej rodziny, stojący w
sprzeczności z samotnictwem znanej im dotychczas Sayi, a przede wszystkim nie
spodobał im się romantyzm zawarty w niektórych postaciach i w refleksjach
snutych przez nieśmiertelne istoty. Niektórym nie spodobały się też pomniejsze
różnice sprawiające, że serial klasyfikowany jest jako alternate continuity,
mimo że mógłby spokojnie uchodzić po prostu za sequel.
Mimo że sam nie byłem nigdy przesadnym fanem protagonistki „Blood: The Last
Vampire” – dla mnie zbyt enigmatycznej i antypatycznej, by można się było z nią
w ogóle utożsamić – to jestem w stanie zrozumieć pewne rozczarowanie fanów tej
postaci. Większość zawiedzionych entuzjastów nie chce chyba jednak zauważyć
podobieństw między „swoją” Sayą a bohaterką „Blood +” z drugiej połowy serialu,
nie wspominając o jej stanach furii z pierwszych sezonów. Krytyka serialu jako
bardziej pogodnego czy wręcz „przeznaczonego dla młodszej widowni”, z jaką można
się czasem spotkać w Internecie, jest już zaś kompletnie przesadzona. „Blood +”
faktycznie jest mniej mroczny i bardziej emocjonalny, a bohaterowie bardziej
sympatyczni, nie znaczy to jednak, że brak w nim krwi, przemocy i cierpienia,
niektóre wątki i epizody, jak finał sezonu pierwszego (odcinki 12 i 13), są
wręcz znacznie cięższe i brutalniejsze niż cokolwiek, co pokazała nam
średniometrażówka. Naprawdę trudno nazwać pozycją dla młodszej widowni serial, w
którym na dzieciach prowadzi się eksperymenty zmieniające je w potwory; w którym
czternastolatek zostaje zgwałcony (naturalnie poza ekranem) przez dziewczynę
wyglądającą na tylko parę lat starszą od niego; w którym bohaterów spotykają
potężne tragedie, bo nikt z towarzyszy Sayi nie może czuć się bezpieczny, o czym
przeciwnicy wprost jej przypominają; a wszystkie epickie i wzruszające momenty
nie są w stanie całkiem zrekompensować bólu, jakiego doświadcza przemierzająca
świat z mieczem wieczna szesnastolatka.
Zacząłem od próby przekonania fanów „Blood: The Last Vampire” dlatego, że
widzowie nie znający tamtej produkcji albo niespecjalnie do niej przywiązani
odkryją po jednym, dwu odcinkach, że sami żadnego przekonywania nie potrzebują.
Mają bowiem do czynienia z pozycją po prostu znakomitą, w której wszystko – od
bardzo dobrej animacji, przez wspaniałą muzykę Marka Manciny (pieśń Divy za
każdym razem wywołuje takie same ciarki na plecach), po świetny scenariusz i
skomplikowane, ewoluujące postacie – składa się na całość, która mi
przypomniała, dlaczego tak bardzo lubię anime.
Przypomniała mi też, jak oryginalnie można przedstawić tematykę wampiryczną,
która za sprawą pewnej młodzieżowej powieściowej serii została ostatnio mocno
zdewaluowana. „Blood +” każe nam zapomnieć większość rzeczy, jakie wiemy na
temat „dzieci nocy”. Wampiry (to słowo pada w całym serialu tylko raz,
krwiopijcy nazywani są tu grecką naukową nazwą nietoperzy „Chiroptera”, po
japońsku zwani są zaś „yokushu”; oba słowa znaczą tyle, co „skrzydłoręcy”) to
wielkie nietoperzopodobne stwory, które tylko ukrywają się pod postacią
człowieka. W odróżnieniu od „Blood: The Last Vampire”, gdzie mieliśmy pewne
sygnały co do ich demonicznej natury, w serialu są raczej po prostu jakimś
nieznanym, bardzo dziwnym gatunkiem, który albo wyewoluował z któregoś z
pradawnych gatunków człowieka, albo przynajmniej zmieszał się z ludźmi, kiedy
nauczył się zmieniać ich w swoich przedstawicieli. Od milionów lat żyją więc
wśród nas, zakamuflowane, bardzo nieliczne, ale za to niemal niezniszczalne.
Zmiennokształtne, obdarzone fenomenalną zdolnością regeneracji bestie pozbawione
są bowiem większości znanych z tradycji słabości – słońce, kołki i święte
symbole nie robią na nich najmniejszego wrażenia (wyjątkiem jest grupa zwana
Schiff, u których śmiertelna reakcja na promienie słoneczne wynika z choroby),
ogień i ucięcie głowy mogą, ale nie muszą być zabójcze. Jedynym pewnym sposobem
na ich uśmiercenie jest krew Sayi, którą bohaterka przed każdą walką rozprowadza
na specjalnie zaprojektowanym mieczu. Najciekawsza jest jednak ich struktura
społeczna, przypominająca owadzią. Mamy odpowiedniki mrówczych robotnic,
najmniej inteligentne i najbardziej zwierzęce, zachowujące ludzki kształt tylko
przez pewien czas; mamy odpowiadających żołnierzom dumnych Chevaliers, którzy
pozostają w ludzkiej postaci tak długo, jak tylko chcą, a intelektem
przewyższają większość homo sapiens; mamy wreszcie królowe, które nigdy nie
przybierają monstrualnej, chiropterowej formy, ale ich fizyczna siła i zdolności
regeneracyjne dystansują oba pozostałe typy.
Ten ostatni zabieg pozwala twórcom na pogranie dwoma bardzo różnymi
wampirycznymi archetypami. Z jednej strony – wizją przerażającej, drapieżnej
bestii znanej z pierwotnego folkloru czy filmu i komiksu „30 dni nocy”, z
drugiej – obrazem charyzmatycznego, dekadenckiego arystokraty utrwalonym przez
postacie Drakuli czy Lestata de Lioncourt. Nie chodzi jednak tylko o stawianie
bohaterki naprzeciw zarówno dzikich szeregowych yokushu, jak i wyrafinowanych
Chevaliers, ale o to, w jaki sposób te dwa wyobrażenia nachodzą na siebie, jak
są rozbijane i odwracane. Najdoskonalej pasujący do arystokratycznego schematu
Amshel (udźwiękawiany przez zaprawionego w tej tematyce, fantastycznego jak
zawsze, Jojiiego Nakatę) jest postacią budzącą większą odrazę niż jego
szponiaści i wydający z siebie ryki pobratymcy, balansujący na granicy
kompletnego obłędu Karl wydaje się w równym stopniu uosabiać obie wizje wampira.
Do tego dochodzą pojawiające się przy okazji Chevaliers ikonograficzne odwołania
zarówno do rysunków z czasów, kiedy zaczynał się kształtować współczesny,
Carmillowy i Drakulowy archetyp, jak i grafik Goyi czy średniowiecznych
wyobrażeń demonów. Nawet te z czarnych charakterów, które pewniej tkwią w
przypisanych im rolach, okazują się niekonwencjonalne: budząca grozę królowa,
nemezis Sayi, ma psychikę dziecka, okrutnego, wiecznie znudzonego, ale także
bardzo samotnego; najpotężniejszy i najstarszy z jej sług na co dzień wygląda i
zachowuje się jak sympatyczny zniewieściały homoseksualista. Także miejsce Sayi
w świecie krwiopijców (bo od pierwszego odcinka widz nie ma wątpliwości, że
bohaterka nie przynależy całkowicie do świata ludzi) nie jest pozycją jeszcze
jednego schematycznego dhampira. Natura protagonistki, której oczywiście nie
zdradzę, ale część czytelników już teraz może się jej domyślać, stawia przed nią
dylematy i przeznaczenie inne niż te, które stały przed D czy Bladem, i nakłada
na nią jeszcze większy ciężar.
„Blood +” jest pozycją obowiązkową dla fanów japońskiej animacji i tematyki
wampirycznej, ale także dla wszystkich, którzy chcieliby dać się wciągnąć
epickiej historii, opowiedzianej tak dobrze, że po ostatnim (50-tym) odcinku
będą mieli wrażenie, że właśnie przebyli wspaniałą podróż i będą odczuwać żal,
że ta podróż już się skończyła. Zachęcam także wielbicieli „Blood: The Last
Vampire”, aby dali temu serialowi szansę i choć przez chwilę potowarzyszyli tej
innej Sayi w drodze do „końca wszystkiego”. Zapewniam, że warto.