Don Johnston to mężczyzna w średnim wieku, który dorobił się na komputerach dużych pieniędzy. Na tyle dużych, że może teraz pozwolić sobie na wykonywanie czynności typu "nic-nierobienie" oraz cieszenie się - dość już wyblakłą - sławą łamacza niewieścich serc. Nagle jednak, w jego życie wkrada się wydarzenie nieprzewidziane i - mogłoby się wydawać - szokujące. Dostaje bowiem list, w którym jedna z jego byłych kochanek informuje go, że ma z nią prawie dziewiętnastoletniego syna. Na mężczyźnie nie robi to jednak większego wrażenia, bo... nic na nim większego wrażenia nie robi. Nawet fakt, że właśnie porzuciła go kolejna kobieta. Dopiero za namową swojego sąsiada Winstona - domorosłego detektywa - udaje się w podróż, która ma na celu odnalezienie dawnej kochanki i całkiem nowego syna.
Na pierwszy rzut oka bohater prezentuje totalny "tumiwisizm". Kompletnie nic go nie obchodzi oprócz siedzenia na skórzanej kanapie, słuchania muzyki i spotkań z dość oryginalną osobowością, jaką jest jego sąsiad. Jednak jeśli się dobrze przyjrzymy, na czymś mu zależy, albo inaczej - on sam chce, żeby mu na czymś zaczęło zależeć. Ewidentnym tego dowodem jest tylko pozorne odrzucanie przedziwnych sposobów odnalezienia kochanki i syna, jakie przedstawia mu Winston - o wiele bardziej zaangażowany w zaistniałą sytuację niż sam jej bohater. Johnston już tylko z przyzwyczajenia do swojego "marazmowatego" stylu życia nie chce wykonać żadnego ruchu, nie chce podjąć żadnego działania. Ale jednak jest w nim jakaś cząstka, która przeciwstawia się temu nastawieniu. Jakaś część chce wreszcie wynurzyć się z tego odrętwienia. Chce tego na tyle mocno, że wreszcie podstarzały "Don Juan" wyrusza, by znaleźć odpowiedź na nurtujące go jednak pytania - kim jest mój syn i kto jest jego matką?
Na swojej drodze spotyka dawne "sympatie", które są potencjalnymi "kandydatkami" na matkę Johnstona Jr. Wszystkie kobiety ewidentnie się od siebie różnią. Ich charaktery, wygląd, styl życia tworzą bardzo szeroką gamę różnobarwnych osobowości. Mamy tu i stateczną kobietę, która dorobiła się całkiem niezłych pieniędzy i męża; mamy szaloną matkę jeszcze bardziej szalonej nastolatki; jest również ostra, twarda baba, która nie zawaha się użyć siły. Całą tę galerię dopełnia rozmawiająca ze zwierzętami pani doktor, której zmarły pies (za sprawą którego otrzymała ww. dar) nie tylko jest łudząco podobny do sąsiada Dona, ale nawet ma tak samo na imię. Jednak zamiast interesujących go informacji, jedyne co Johnston zyskuje, to rozcięty łuk brwiowy.
Paradoksalnie najwięcej daje mu "spotkanie" z ostatnią z dawnych partnerek, która jest... martwa. Odwiedza jej grób i doznaje tutaj pewnego rodzaju opamiętania. Być może poznaje dotkliwość uczucia przemijania. Być może uświadamia sobie, że w zasadzie życie przepływało mu między palcami. Być może z całą dotkliwością odczuł ogrom samotności. Być może... Bo do końca niczego nie wiadomo. Wszystkie rozważania są w sferze umysłu bohatera. Nie ujawnia ich i nie uzewnętrznia, dając tym samym pole do popisu wyobraźni widza. Zmusza do własnych interpretacji, do własnych dociekań i wyjaśnień.
Zakończenie również nie jest jednoznaczne, również pozostaje w sferze domysłów. Jedyne co można powiedzieć na pewno to to, że podróż i poszukiwania odmieniły Dona. Wyznaczyły mu jakiś cel i mimo, że próba odnalezienia syna okazała się na pierwszy rzut oka fiaskiem - zrozumiał, że poszukiwanie może być celem samym w sobie. Pokazały że jest coś, co może okazać się ważne i na czym może zależeć. Dały mu do zrozumienia, że istnieje coś lepszego niż skorupa nieczułości i skrajnego stoicyzmu, jaką się otoczył.
Cały film emanuje specyficznym urokiem. A dzieje się to za sprawą połączenia subtelnego, inteligentnego dowcipu, klimatycznej muzyki oraz kreacji Billa Murraya, który nie tyle zagrał, co po prostu fenomenalnie był. Można patrzeć godzinami, jak siedzi na kanapie bez żadnego ruchu, jak popija wino słuchając muzyki. Potrafi bezruchowi nadać niezwykłą ekspresję.
Jarmusch, dzięki długim ujęciom, stonowanej i bardzo spokojnie poprowadzonej akcji, dał widzowi czas i możliwość wniknięcia w klimat filmu. Dodatkowo taktyka jaką zastosował - taktyka przemilczeń i niedopowiedzeń - zaangażowała widza w intelektualną grę. Pozwoliła na poszukiwanie własnych ścieżek interpretacyjnych, na snucie własnych domysłów i znajdowanie własnych odpowiedzi. Reżyser nie narzucał swojej wizji. Wręcz przeciwnie - prowokował do tego, by każdy doszedł do indywidualnych, właściwych tylko sobie wniosków. Podejście takie zaowocowało bardzo inteligentnym i mocno intrygującym obrazem.
 |
BROKEN FLOWERS
Rok produkcji: 2005
Kraj: USA, Francja
Czas trwania: 126 minut
Reżyseria: Jim Jarmusch
Scenariusz: Jim Jarmusch
Zdjęcia: Frederick Elmes
Muzyka: Mulatu Astatke
Produkcja: Jim Jarmusch
Obsada: Bill Murray, Julie Delpy, Jeffrey Wright, Sharon Stone, Jessica Lange, Tilda Swinton, Frances Conroy, Brea Frazier, Heather Simms, Alexis Dziena, Chloë Sevigny, Larry Fessenden, Pell James, Mark Webber, Chris Bauer, Ryan Donowho, Christopher McDonald i inni
|
 |
 |
Autorka tekstu: Aleksandra Tofil - MAUA |
Klub Miłośników Filmu 31.03.2006 |
|