|
„Bruce Wszechmogący” to kiepski film.
Od tego stwierdzenia muszę zacząć gdyż nie mogę przeboleć rozczarowania nowym hitem zza Oceanu. Już dawno żaden film nie rozdrażnił mnie swą banalnością (pomijam kwestie współczesnych komedii romantyczno-młodzieżowych) w realizacji arcyciekawego pomysłu. Bo to rzecz o mocach (dosłownie) boskich czyli opus magnum komiksowego superbohaterstwa. Bóg nie jest ograniczony czasem, przestrzenią, nie jest naznaczony ludzką ułomnością. Moc pajęczej sieci Spidermana bądź batmobil Batmana mają się nijak do wszechpotęgi nadistoty, która nadaje sens znacznej części ludzkości tego świata. Czymże jest stalowy mięsień Hulka czy parakinetyczne zdolności niektórych X-menów? Superbohaterowie nie są aż tak niezwykli, bo przecież ograniczeni swoimi mocami, z pewnością nie wszechpotężni. Nie to co sam Bóg... Nie zatapiając się w kwestie filozoficzno-teologiczne można zadać sobie pytanie (nieco komiksowe): co On, „superbohater”, potrafi? Najprościej powiedzieć: WSZYSTKO. Zero barier, wszystko jest możliwe, keine grenzen. Najlepiej w tej chwili zamknąć oczy i zatopić się w marzeniach na 10 sekund. Ogarnąć pomysłów nie sposób, bo wszechpotęga wyobraźni daje nazbyt duże pole do popisu.
Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale macie z pewnością lepszą wyobraźnię od tria scenarzystów Steve Oedekerk, Steve Koren i Mark O’Keefe odpowiedzialnych za niewypał o nazwie „Bruce Almighty”. Przez 10 sekund wymyśliliście z pewnością kilka pomysłów znacznie lepszych od tych zaprezentowanych w omawianym tu filmie. Bo jest z obrazem Toma Shyadaca jeden, olbrzymi kłopot – brak wyobraźni twórców, którzy nie potrafili skorzystać z boskich mocy, nawet przy pomocy 100-milionowego budżetu.
Otóż bajka ta opowiada o ambitnym dziennikarzu telewizyjnym robiącym reportaże o największym ciastku świata. Duma nie pozwala mu jednak zajmować się tak błahymi sprawami, błaga więc niebiosa o litość czyli lepsze, prestiżowe stanowisko. Niestety, biedny Bruce, przez swą choleryczność, wymarzonej pracy nie dostaje, za co wini Boga narzekając na jego niesprawiedliwość. Bóg w osobie Morgana Freemana pojawia się w jego życiu niespodziewanie. I ma propozycję. Nie żadne pocieranie lampy z Aladdynem w środku ni wypuszczanie złotej rybki z sieci. Bóg proponuje niczym nie ograniczoną władzę nad światem. Powiedzmy, że niespotykana promocja dla sfrustrowanych życiem nieudaczników.
Bruce, już wszechmogący, zachodzi do baru i co robi? Zamawia zupę i boskimi mocami zabawia się nią tworząc swoisty cytat z biblijnego przejścia przez Morze Czerwone. I w ten mało wyszukany, pretensjonalny sposób scenarzyści bawią się z widzami do końca filmu. To drażni, bo boskie moce zostały tu ograniczone przez brak pomysłów twórców. Zawężono miejsce akcji do prowincjonalnego miasteczka w którym wszechmocny Bruce korzysta ze swej siły w dość infantylny sposób robiąc głupie, dziecinne i złośliwe psikusy. Ot rozwala hydrant, uczy swego psa korzystania z toalety, powoduje, że gangsterowi wyskakuje małpa z tyłka. Na romantyczny wieczór z dziewczyną zapala kilka dodatkowych gwiazd na niebie, po czym udowadnia jej jakim jest boskim kochankiem.
Brak tutaj polotu i pomysłu, zaskoczenia, zdziwienia, a nawet oczekiwanego zachwytu nad inwencją twórców posiadających w rękach kapitalny pomysł i nie potrafiących go w ciekawy sposób zrealizować. Zdaje się, że nie stać ich było na zamknięcie na tych kilka sekund oczu i ciche wyobrażenie siebie samego w roli Boga. Zabawiać widzów płaskimi dowcipami nie można w nieskończoność, postanowiono więc dać większe pole do popisu dla Bruce’a. Z racji wszechmocy do Boga modlą się miliony, a radzić z tym umieć należy. W tym momencie nie najwyższych lotów komizm sytuacyjny przeradza się w banalną, świętoszkowatą historyjkę o nawróconym egoiście. Moja irytacja osiągnęła apogeum, bo wprost nienawidzę dydaktyki serwowanej w tak nachalny sposób przypominający raczej popołudniowe seriale w stylu banalnego "Dotyku anioła". Jim Carrey przez kilkadziesiąt minut zmaga się z licznymi wątpliwościami natury miłosnej ucząc się empatii w stosunku do bliźnich. Boska moc służyć ma jako drogowskaz życiowy, a nie magiczna różdżka do uszczęśliwiania samego siebie. Piękne przesłanie, ambitny morał powtarzany raz nie rozdrażni, ale już kilkanaście – potrafi zirytować. To mało strawne danie przyprawione zostało energicznymi wygibasami Carreya naśladującego samego siebie z „Kłamcy, kłamcy” czy „Ace Ventury”, co mojego zachwytu nie wzbudza, choć zdaje się, że w takich rolach aktora kochają miliony zostawiając w kasach niebotyczne sumy.
Najbardziej jednak boli niewykorzystany, „boski” potencjał. Aż się prosiło o większą spektakularność, wyjście z bardzo wąskiej perspektywy na rzecz spojrzenia globalnego. Nawet ironizowanie z supermocy superbohaterów byłoby tutaj wskazane, bo twórcy komiksów niewątpliwie czerpali z podobnych koncepcji interpretując boskie moce przez pryzmat konwencji SF. Niestety, ten film rozczarowuje także z tego powodu, że Jim Carrey, miast zaskakiwać komiczną potęgą, jedynie błaznuje i nachalnie moralizuje, i z racji tego właśnie, jego domniemana wszechpotęga mocno drażni i irytuje.
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
BRUCE ALMIGHTY
reżyseria: Tom Shadyac
scenariusz: Steve Koren, Steve Oedekerk, Mark O'Keefe
obsada: Jim Carrey, Jennifer Aniston, Morgan Freeman
czas trwania: 94 min
|