|

 |
Najpierw poznajemy ją –
szczęściarę, która wszystko czego się dotknie obraca w złoto. Kiedy
zagwiżdże na taksówkę - zjawiają się cztery, gdy nie weźmie parasolki
- przestaje padać. Później poznajemy jego – króla Midasa na opak, który
wszystko dokoła siebie zamienia w... przypuśćmy, że On jest takim
pechowcem, że nawet gdy znajduje w śmietniku banknot pięciodolarowy,
okazuje się, że przed chwilą pewien milioner sprzątnął nim kupkę swojego
pieska. Gdy tylko kończy się ekspozycja i wiemy już kim są bohaterowie,
wszystko staje się oczywiste. On i ona za kilka minut na bank zamienią
się miejscami – teraz on będzie SPRITE a ona PRAGNIENIE!
Tak się faktycznie staje i... do samego końca film nie jest w stanie
niczym zaskoczyć. Ot, kolejna rasowa komedia romantyczna, z
podręcznikową wręcz ewolucją bohaterów, bez próby nowego podejścia do
tematu. Jest tu trochę żartu (On pyta czy może Ją podwieźć, na co Ona
odpowiada: „Nie trzeba, mieszkam tylko 29 przecznic stąd” ;), szczypta
romantyzmu, kawałek morału, i co ważne, żadnych wulgaryzmów czy humoru
poniżej pasa, tak chętnie propagowanych przez komedie pokroju „American
Pie”. Brnie więc „Całe szczęście” torami bezpiecznego schematyzmu.
Paradoksalnie jednak otrzymujemy film ciepły, przyjemny w odbiorze,
poprawnie zrealizowany, z sympatycznymi postaciami. Film, który ogląda
się bezboleśnie i bez znudzenia. Młodzi aktorzy pewnie wskoczyli w skóry
swoich bohaterów – Chris Pine odnajduje się zarówno w roli nieudacznika
jak i farciarza. Z kolei dla Lindsay Lohan rola w „Just my luck” to po
„Zakręconym piątku” już druga przygoda z filmową zamianą osobowości.
Sporym atutem „Całego szczęścia” jest ścieżka dźwiękowa, w dużej części
stworzona przez zespół McFly, którego aż pięć piosenek możemy usłyszeć w
filmie. Zresztą członkowie zespołu wystąpili w „Just my luck” (grając
samych siebie), a w napisach końcowych możemy przeczytać, że ich
najnowsza płyta, zatytułowana „Just my luck” właśnie, jest już w
sprzedaży (takiego product placement nie miał żaden zespół od czasów
płyty „Kind of magic” Queen i filmu „Nieśmiertelny”). Ale to piosenka „Only
this moment” zespołu Royksopp jest ‘najjaśniej brzmiącym’ muzycznym
elementem „Całego szczęścia”, towarzysząc najbardziej romantycznej,
niemal magicznej scenie. Scenie, w której na balu maskowym ma miejsce
pierwszy pocałunek głównych bohaterów. Ten właśnie moment ilustrowany
klimatyczną piosenką, posiada w sobie ten rodzaj filmowej magii, dla
której warto chodzić do kina i czekać na tę jedną chwilę. |