"Wielki, czarny sen
Rzuca na mnie cienie;
Świat gdzieś znika ten,
O zaśnij, pragnienie!
Nic nie widzi wzrok,
Pamięć moja ginie;
Duszę kryje mrok
W tej dziwnej godzinie!
Jestem niby łódź
Falą kołysana;
Pragnień mych nie budź,
Nocy nie przespana!" 1
W 1871 roku paryski poeta Paul Verlaine, znany już, mimo swojego stosunkowo młodego jak na artystę wieku, otrzymuje pewien list, zawierający osiem wierszy, które wstrząsają nim do głębi. List podpisany jest nazwiskiem niejakiego Arthura Rimbauda, dwudziestolatka z prowincji. Verlaine nie waha się - wysła do poety zaproszenie do Paryża i pieniądze na bilet. Jakież musi być jego zdziwienie, gdy "dwudziestolatek" okazuje się szesnastolatkiem, synem pijaka, beztroskim młodzieńcem z nierozłączną fajką i wątpliwymi manierami, które degustują jego żonę i teściową, chłopakiem, który z lekceważeniem wyraża się o innych artystach, już na samym początku szokująco podając do wiadomości, że "nie będzie czytał swoich wierszy, bo nie chce, i ma gdzieś, że robią to wszyscy inni poeci". Verlaine jednak nie myśli ani o manierach, ani o zachowaniu, fajce wyciąganej podczas obiadu i jedzeniu palcami; od razu wyczuwa, że nie ma do czynienia z kimś zwyczajnym, z kolejnym młodym człowiekiem o aspiracjach literackich, lecz z prawdziwym geniuszem, pozostającym poza klamrą sztucznie przyjętych norm i zwyczajów. Już przy ich pierwszym spotkaniu na dworcu, gdy żaden nie wie z kim ma do czynienia, a Rimbaud wpada na Verlaine’a i "szczeka" mu w twarz, Verlaine ogląda się za osobliwym nastolatkiem, jakby coś w jego podświadomości dało mu sygnał, że to nie przypadek, że mijany chłopak nie zginie w tłumie, nie rozmyje się w szarości. Kilka godzin później siedzą już w gospodzie, popijając absynt...
Zdaje się, że już po chwili Verlaine przestaje patrzeć na Rimbauda jak na cudowne dziecko. Mija szok związany z wiekiem młodzieńca, na jego miejsce wchodzi podziw. Podziw dla tego beztroskiego chłopaka, który zdaje się myśleć tylko o pisaniu. Nie o publikacjach, czytaniu wierszy, zawiązywaniu przyjaźni - nie liczą się pozory, nie liczy się otoczka, ale literatura sama w sobie, słowa, słowa i jeszcze raz słowa, doświadczenie. A nie przyjęcia i silenie się na podziw nad czymś, co jest marne, bo "tak wypada". Rimbaud nie traktuje Verlaine’a jako mistrza, od razu widać, że nie zamierza stać się jego uczniem, od razu mówi, że jego ostatni tomik wierszy to "przedmałżeński bełkot" (nigdy nie dowiemy się, dlaczego wysłał swoją twórczość akurat do Verlaine’a). Co ciekawe, jedna z ich pierwszych dyskusji dotyczy miłości, uczucia, które wkrótce zespoli ich, rzucając nowe światło na życie. Rimbaud mówi, powtarza - "miłość nie istnieje. Istnieje troska o samego siebie, samozadowolenie, pycha, egoizm, ale nie miłość", po czym dodaje: "miłość trzeba zbudować na nowo". W świecie, w którym mężczyzna poślubia kobietę, bo tego oczekuje od niego społeczeństwo, bo trzeba płodzić nowe pokolenie, miłość nie jest prawdziwą miłością. Czyżby chciał przez to powiedzieć, że miłość musi być czysta, zbudowana na fundamentach, które nie mają nic wspólnego z tak zwaną "normalnością", że miłość musi być właśnie jak poezja, jak sztuka, niezwiązana z zyskiem, chęcią pokazania się, przyszłością...? Verlaine patrzy na niego strapionym wzrokiem, jeszcze nie rozumie, o co chłopakowi chodzi, myśli - "on chce uciec od rzeczywistości...". I może ma po części rację? Może prawdziwa miłość powinna być oderwana od tego, co można dotknąć, zobaczyć, poznać, wykorzystując zmysły? Może to właśnie jest ten sekret "mogący odmienić świat"? To świeże spojrzenie na podstawy rządzące nie tylko literaturą, ale i religią, społecznymi normami... To spojrzenie przysparza Rimbaudowi wrogów. Żona Verlaine’a, jakby instynktownie wyczuwając, że w przyszłości ten chłopak stanie się jej głównym konkurentem i zniszczy dobrze zapowiadający się związek małżeński, mówi do męża - "on jest inny, niż myślałam. Twoje wiersze podobają mi się bardziej. Nie rozumiem jego poezji". Paul uśmiecha się i mówi: "nie rozumiesz, bo to jest coś zupełnie nowego". O czym myśli, po raz kolejny czytając wersy jednego z arthurowych utworów? "Och, głupia kobieto, ty nie wiesz, czym jest sztuka"? Czy wraca myślami do słów, które padły z ust Rimbauda - "miłość nie istnieje"? Już wtedy widać, że poezja, sztuka, geniusz Rimbauda liczą się dla niego, wbrew suchym deklaracjom, bardziej niż żona. Jeszcze jest człowiekiem, który po prostu lubi dużo wypić, ale czułością otacza "wybrankę serca" (?) i z niecierpliwością czeka na narodziny pierwszego dziecka. Ale ta pozorna idylla wkrótce się zakończy, wisi nad nim widmo Rimbauda, a także widmo nowego życia, "prawdziwego" życia. Póki co, między Paulem a Mathilde trwają krótkie sprzeczki, które zapewne miały miejsce jeszcze przed przybyciem chłopaka - Verlaine jest zbyt inny od swojej żony, by ta zupełnie mogła go zrozumieć. Niewątpliwie łączy ich jakieś uczucie, ale nie ma w tym związku zrozumienia, pasji, którą poeta odkryje dopiero w obcowaniu z szesnastoletnim Rimbaudem.
Verlaine’owi już na tyle zależy na chłopaku, że wybiega na deszcz i zaczyna go szukać, gdy ten zostaje wyrzucony z domu ojca Mathilde, szuka dla niego nowego "apartamentu". Rodzi się przyjaźń, nawiązują dłuższe dyskusje na tematy takie jak miłość, sens życia. Arthura nurtuje cały czas jedno pytanie - czy Paul kocha swoją żonę? Niewiadomo, czy jest to zwyczajna ciekawość - Rimbaud zadaje sobie i światu dziesiątki pytań różnego kalibru - czy zalążek namiętności skierowanej ku poecie. Siedzi na podłodze i dopytuje się - czy macie wspólne zainteresowania? Czy ona jest inteligentna? Rozumie cię? Na wszystkie te pytania Verlaine musi odpowiedzieć przecząco. Nie, Mathilde nie jest ani bystra, ani nie zna się na sztuce; "więc jedyną rzeczą, jaką może ci dać, jest seks", podsumowuje trafnie Rimbaud i uśmiecha się. Tej samej nocy ukazuje się nago, bez skrępowania, w oknie i rzuca w stojącego na ulicy Paula ubraniami. Jakiś czas potem Verlaine próbuje wytłumaczyć Mathilde jego postępowanie, kradzież książki, a gdy żona odpowiada - "to tylko dowodzi, jaki jest naprawdę", rzuca nią o podłogę. Od tego czasu Verlaine słabiej już broni swojego małżeństwa, więcej czasu spędza z Rimbaudem, który snuje opowieści o swoim życiu i swoich pragnieniach.
"(...) Młody żołnierz z rozwartą wargą i odkrytą
Głową, wtuloną między modre, rośne ziele,
Śpi, pod niebem mu trawa miękkie łoże ściele,
Blady jest pod zielenią promieniami litą (...)
Woń twych kwiatów rozkoszą mu nozdrzy nie wzdyma:
Śpi w słońcu i na piersi jedną rękę trzyma,
Spokojny. W prawym boku ma dwie jamki krwawe." 2
"To było ostatniego lata, podczas wojny, wtedy, gdy znowu uciekłem z domu. Zobaczyłem śpiącego pruskiego żołnierza, mniej więcej w moim wieku. Patrzyłem na niego długo, zanim zrozumiałem, że nie śpi. On nie żył. Doznałem objawienia. Zrozumiałem, że aby zostać największym poetą swojego wieku, muszę doświadczyć wszystkiego. Nie wystarcza mi już bycie tylko jedną osobą. Zadecydowałem, że będę każdym człowiekiem. Zadecydowałem, że będę geniuszem", opowiada Rimbaud. Czuje się kimś lepszym, kimś kto rozumie czym w rzeczywistości jest sztuka i jawnie wyraża swoją niechęć do innych poetów - szczególnie na wieczorku poetyckim. Verlaine jest całym sercem po jego stronie. Od momentu przybycia chłopaka do Paryża minęło już trochę czasu, mężczyzna zaczyna dostrzegać, że ten nastoletni geniusz ma rację, z pogardą wyrażając się o pozorach, pisaniu "pod publikę", publikacjach. Jest to coś w rodzaju nawrócenia; można też powiedzieć, że Verlaine jest jedynym poetą, do którego Rimbaud nie odnosi się z wyższością. Krytykuje jego twórczość, ale obiecuje, że pomoże mu odzyskać wenę, pod warunkiem, że wyniosą się z tego "pieprzonego miasta" - Paul będzie utrzymywał Arthura, a Arthur wskaże mu artystyczną drogę. Właśnie tego wieczora, gdy Rimbaud składa tę propozycję, na wierzch wychodzą skrywane uczucia, namiętności i nawiązuje się romans, który jest jakby przeciwieństwem związku małżeńskiego Verlaine’a i Mathilde. Czyżby miłość, o której chłopak mówił na samym początku? Miłość sama w sobie, nie stworzona na twardym podłożu obyczajów, lecz w przestrzeni wolności, a raczej - Wolności, Wolności pisanej wielką literą? Tej nocy, gdy poeci zostają kochankami, Mathilde rodzi dziecko. Ale w Paulu nie rodzi się ojciec. Ojcostwo to tylko zabawa, kolejna rola narzucana mu przez społeczeństwo. A Paul traci swoje zdolności aktorskie. Woli absynt. Woli Rimbauda. Zrzuca kajdany, pozwala sobie na alkohol, rzadziej odwiedza dom, a jeżeli już, to w pijackim amoku lub po to, by nakrzyczeć na żonę lub podpalić jej świecznikiem włosy. Jakby chciał zniszczyć to, co czyni go kłamliwym. Jakby chciał przez to powiedzieć - "popełniłem błąd, wziąłem ślub, chociaż nie powinienem tego robić, byłem głupcem, ale tego nie da już się odwrócić, lecz zawsze można spróbować...". Kochanek zresztą to krytykuje, nazywając "szczeniackim zachowaniem" - "uciekasz do niej gdy jesteś pijany, potem zaczynasz płaszczyć się i przepraszać, powtarzać, że ją kochasz...". Verlaine odpowiada - "kocham jej ciało". "A duszę?", pyta Rimbaud. "Dusza jest nieśmiertelna, dla niej mam czas...". Chłopak jest innego zdania, powtarza swój pogląd, że nie tylko na cielesności polega uczucie. "Zamknij się, ty żałosny pijaku", mówi. Siedzą w gospodzie, chłopak bawi się nożem, pyta:
"- Kochasz mnie?
- Tak.
- Więc w takim razie połóż rękę na stole.
- Co?
- Połóż rękę na stole."
Verlaine spełnia jego życzenie; Rimbaud przez chwilę udaje, że chce zdjąć mu ostrzem obrączkę, ale ostatecznie rani środek dłoni. Jest to prawdopodobnie ostatnia noc spędzona w Paryżu.
"Włóczyłem się - z rękoma w podartych kieszeniach,
W bluzie, co już nieziemską prawie była bluzą,
Szedłem pod niebiosami, wierny ci o Muzo!
Oh! la la! co za miłość widziałem w marzeniach!
Szeroką dziurę miały me jedyne portki,
W drodze, pędrak - marzyciel, układałem wiersze,
Na Wielkiej Niedźwiedzicy miałem swą oberżę,
A od mych gwiazd na niebie płynął szelest słodki.
Słuchałem gwiazd w te dobre wieczory wrześniowe,
Siedząc na skraju drogi, i czułem, że głowę,
Jak mocne wino, rosa kroplista mi rasza.
Lub gdy w krąg fantastycznych cieni rosły tłumy
- Jak gdybym lirę trącał, wyciągałem gumy,
Stopę mając przy sercu, z zdartego kamasza." 3
Ucieczka z miasta to krok do czegoś nowego, czegoś, czego Verlaine przedtem nie zaznał. Teraz już wie, jak bardzo Arthur dusił się w mieście, pod szarawym niebem, w otoczeniu ponurych budynków, obskórnych kamienic, pośród nieznośnego stukotu końskich kopyt, dymu uciekającego z kominów, zasłaniającego słońce. Prowincja jest inna, jest cicha, a jednocześnie żywsza, ofiaruje bogatszą gamę barw, powietrze zdaje się inne, czystsze... Tu można pić do woli, cieszyć się zapachem trawy i siana, biec przed siebie, mówić, wykrzykiwać to, co się podoba. Tu poeci mogą być sobą, nieskrępowani obyczajami, nieskrępowani cylindrami, laskami, obowiązkiem używania sztućców, spania o danej porze. Marzeniem chłopaka jest ujrzenie morza. Marzeniem, które się spełnia. Morze zlewa się z horyzontem, fale biją o brzeg. Czy dla pisarza i poety może być coś piękniejszego niż bieg po plaży, po pasie brązowawo-złocistego piasku...? Verlaine zdaje się rozumieć Rimbauda. Na początku ich znajomości można było odnieść wrażenie, że młody poeta szuka mistrza, kogoś, kto mógłby go poprowadzić. Prawda okazała się jednak inna. To Rimbaud jest mistrzem Verlaine’a, pokazuje mu życie, pokazuje mu, że aby być dobrym pisarzem trzeba "doświadczyć wszystkiego". Trzeba wskoczyć z rozłożonymi ramionami pomiędzy fale, odetchnąć świeżym powietrzem, pozostawić wszystkie ziemskie błahostki za sobą...
Tylko że Verlaine tego nie potrafi. Wciąż się waha. Po miesiącach spędzonych z kochankiem wraca do żony, niby skruszony, ale tak naprawdę zbyt słaby, by wyłamać się na stałe z okowów "norm", w których upłynęło całe jego dotychczasowe życie. Czy kocha Mathilde? A może raczej kocha dominację nad nią? W związku z Rimbaudem jest tym słabszym, tym który musi przyznać, że nie miał racji, tym który musi się ukorzyć. To świadomość własnej słabości popycha go do zakończenia wędrówki polami, lasami, rzadko uczęszczanymi drogami. Ale nie na długo. Ani on nie potrafi żyć bez Rimbauda, ani Rimbaud nie potrafi żyć bez Verlaine’a - nawet jeżeli udaje, że zaczyna nim gardzić. I Paul znowu ucieka, tym razem od żony, niespodziewanie, wystawiając głowę przez okno pociągu - ucieka do Arthura, razem płyną do Anglii. Rimbaud jest kimś w rodzaju demona, który go opętał. Nie potrafi go zostawić. Jest od niego uzależniony. Czy jest to jeszcze miłość...? Może i tak, może i nie.
Trudno powiedzieć aby byli szczęśliwi, ale piszą i cieszą się własną obecnością. Oczywiście, kłócą się od czasu do czasu, głównie o pieniądze - Rimbaud nie chce pracować, zarabiać musi Verlaine. Teraz też młody poeta spotyka pierwsze trudności w pisaniu, czuje niemoc twórczą. "To takie trudne", mówi, "kto by pomyślał, że wyobraźnia może być taka trudna". Kiedy indziej stwierdza - "pisanie mnie zmieniło". Czyżby była to kwintesencja egzystencji artysty, człowieka, który patrzy na świat innymi oczami - może bardziej wrażliwymi, a może wprost przeciwnie - bardziej okrutnymi? Rimbaud inaczej niż większość ludzi odbiera piękno przyrody, bardziej przejmuje się brzydotą i kłamstwem, ale bywa też, poprzez swój egoizm, bardziej bezwzględny, tym bardziej wobec bliźnich. Cierpi - czy nie przypadkiem przez swoje samouwielbienie? Czy nie myślał, że jego kryzys nie może dotyczyć? Że umknie przed pułapką czasu? Możliwe. Dlatego też zaczyna odrzucać Verlaine’a. Dotychczas to on był podporą dla niego - pijaka, zmagającego się z problemami małżeńskimi, o wiele bardziej zależnego od innych ludzi, zgarbionego, kulejącego... Teraz role mają się odwrócić, a Rimbaud nie chce do tego dopuścić. Nie chce stracić dominacji. I Verlaine o tym wie. Młody śni o podróży, o wyrwaniu się z ponurego miasta. Znowu chce ruszyć w drogę. Czy widok pustyni, objawiającej się mu we śnie, nie jest symbolem wieczności? Twarz naznacza piętno bólu; "moje pragnienie doświadczenia wszystkiego doprowadziło mnie tutaj - do bezczynnego, bezcelowego życia w biedzie, obok łysego, brzydkiego, podstarzałego poety pijaka, który trzyma się mnie, bo żona nie chce przyjąć go z powrotem". Czy ma rację? Czy przypadkiem sobie czegoś nie wmawia? To Verlaine utrzymuje go przy życiu, opłaca mieszkanie, obskórną klatkę wprawdzie, ale zawsze...
Wszystko wychodzi na jaw. Verlaine ucieka, ale tym razem Rimbaud nie przyjmuje tego ze spokojem, z pogardą, nie... Biegnie za nim, staje na brzegu, płacze, wykrzykuje przeprosiny, błaga go, by ten został, by nie odpływał. Ale starszy poeta jest nieubłagany; tak, tym razem to on jest twardy, tym razem to on jest silny. Mijają tygodnie, chłopak śle do niego listy, w których na przemian przeprasza i grozi, deklaruje miłość i nienawiść. Po ich kolejnym, dramatycznym spotkaniu Verlaine kupuje pistolet. Nie wiadomo czy myśli bardziej o sobie, czy o kochanku. Grunt, że strzela mu w dłoń - nie jest to do końca zemsta za rozcięcie dłoni wtedy, w Paryżu - gdy Arthur kazał położyć mu rękę na stole, ale jakby niekontrolowany akt desperacji. Ci dwaj mężczyźni sami nie wiedzą, czy chcą być razem, czy chcą raczej porzucić wspólne życie i udać się w różnych kierunkach. Mogą jedynie przeczuwać, że przez długi czas jeszcze prześladować ich będzie ta namiętność, która każe im rozstawać się i powracać, być może do momentu, gdy któryś z nich wyzionie ducha. Ten strzał to ryzyko. Ten strzał odmienia ich życie. Verlaine zostaje wtrącony do więzienia, tam, gdzie nie ma już co marzyć o bezkresnych polach i szumie morskich fal. Rimbaud w tym czasie kończy książkę, wraca na wieś, do swojej rodziny, pisze, szukając zrozumienia u matki i siostry. Zrozumienia, którego nie znajduje. Być może jedynym człowiekiem który go rozumiał, był rzeczywiście ten kulejący, łysy poeta, który tkwi teraz w więzieniu, pokutując za namiętność, która odmieniła jego życie, wywróciła świat do góry nogami. "Co znaczy twoja książka?", pyta matka. Czeka ją sucha, gorzka odpowiedź - "znaczy to, co tam napisano, słowo w słowo. Ani więcej, ani mniej". I chłopak rzuca kartki w płomienie, wyrusza z domu, po raz kolejny idąc w niewiadomym kierunku. Opuszczający więzienie Verlaine jest już innym człowiekiem - nawrócił się, jest pobożny, wszędzie widzi dzieło Boga, próbuje przeciągnąć na "stronę dobra" Rimbauda, który rzucił pisanie, bo uważa, że nie ma już nic do powiedzenia. Powiedział już wszystko; chce jedynie, by dano mu spokój. Od lat nawiedza go wizja pustyni, nieskończoności obserwowanej zza powiewającej na wietrze płachty. Ta wizja wkrótce się spełni, u kresu jego życia, gdy wyruszy do Afryki, tym razem sam, bez Verlaine’a. Verlaine zostanie w Paryżu, również samotny, samotny we własnych rozmyślaniach...
Po śmierci Rimbauda - przedwczesnej, jak na prawdziwego wybrańca bogów przystało - Verlaine, spotykając się z siostrą kochanka, musi stawić czoła wspomnieniom. Kim tak naprawdę byli dla siebie, jakimi słowami opisać można ich relacje? Arthur pojawił się w momencie, gdy Paul próbował osiągnąć szczęście poprzez związek z Mathilde, kobietą którą kochał jedynie pod względem cielesnym. Był chyba jednak zadowolony ze swojego życia, a raczej - robił dobrą minę do złej gry. Cieszył się z dziecka, pisał wiersze miłosne - "przemałżeński bełkot" - czytywał swoją poezję, ukrywając ciągoty do alkoholu zakopane gdzieś w podświadomości pragnienia szaleństwa. Rimbaud wyciągnął te pragnienia na wierzch, być może przyczynił się do jego rozpicia, zniszczenia statusu społecznego. Ale też pokazał mu morze, pokazał mu, co to znaczy spać w stogu siana, pić pod gołym niebem, wstawać o dowolnej porze, korzystać z życia. Dzięki niemu Verlaine, jak sam przyznaje, uwolnił się zarówno jako człowiek, jak i pisarz. Czy łączyła ich miłość? Trudno powiedzieć. Paul na pewno nie kochał Mathilde - uległej, niezbyt błyskotliwej, nudnej. Ale czy kochał Arthura? Czy Arthur kochał jego? Od początku wytwarzała się między nimi specyficzna więź (dzisiaj nazwano by to prostacko "chemią"), ale czy można to nazwać "miłością"? Na pewno było to uczucie wolne i nieskrępowane, na dodatek jeszcze zakazane, uważane powszechnie za grzeszne - Rimbaud na samym początku, rozprawiając o miłości podkreślał, że prawdziwe uczucia muszą rodzić się poza strukturami społecznymi, poza zwierzęcym pragnieniem przetrwania, przedłużenia rodu. Relacje pomiędzy poetami z pewnością spełniały te warunki. Ale Rimbaud i Verlaine zdawali się chwilami pałać do siebie bardziej nienawiścią niż miłością. Faktem jest jednak, że gdy odchodzili, to powracali, będąc od siebie uzależnionymi. Ekonomiczne więzy raczej ich nie łączyły (chociaż starszy pisarz utrzymywał młodszego podczas życia w Londynie) - więc co decydowało o tym, że wciąż, mimo kolejnych trudności, huśtawek nastrojów, Mathilde..., spotykali się i jeszcze raz uciekali razem od sztywnych konwencji obyczajowości dziewiętnastowiecznego społeczeństwa? Targani niezrozumiałymi dla innych ludzi pasjami, tworzyli i pili, a gdy byli razem - i jedno, i drugie przychodziło im łatwiej. Być może nie była to miłość. Może było to "jedynie" pożądanie powiązane z faktem, że tylko oni potrafili się zrozumieć - jak artysta artystę. Rimbaud gardził Verlainem, ale zaproponował mu przecież, że przywróci mu wenę, więc nie traktował go jak przeciętnego poetę. Poetę, na którego można nasikać z szerokim uśmiechem. Verlaine podziwiał Rimbauda. Był nim zafascynowany, a jednocześnie przekonany, że tylko on może temu chłopakowi pomóc, co zresztą kilkakrotnie powtarzał. Czując zbliżający się koniec znajomości, w momencie gdy Verlaine odpływał z Anglii, Rimbaud stanął na brzegu i wyzbywając się nagle całego, tak charakterystycznego dla niego cynizmu i złośliwości - zaczął płakać. Płakać jak dziecko. Jakie uczucie - oprócz miłości - mogłoby go do tego zmusić? Lęk przed samotnością, któremu sam zaprzeczał...?
Czy Arthur Rimbaud i Paul Verlaine sami się uzupełniali? Jeden z nich był młodszy, drugi starszy, jeden cieszył się życiem, drugi, dręczony wyrzutami sumienia, raz po raz wracał do żony, by po raz kolejny ją opuścić. Jeden uczył drugiego. Byli swoimi przeciwieństwami. Zmęczony życiem Verlaine będzie wspominał chłopaka jako tego, przy którym napisał swoje najlepsze wiersze. Będzie widywał go co noc, swój wielki, świetlisty grzech.
"Zawsze byliśmy szczęśliwi. Zawsze. Pamiętam to...".
"(...) Zaś najpiękniejszy z wszystkich tych złych aniołów
Miał lat szesnaście, na skroniach z kwiatów wieniec.
Ramiona skrzyżowawszy i chyląc czoło
Marzy, a w oczach jego łzy i płomienie.
Próżno tam wokół coraz szaleńszy krążył,
Próżno siostry i bracia jego, Szatani,
Aby go wydrzeć trosce, co tak go drąży,
Chcieli zwabić go pieściwymi gestami.
On się wymykał ich przymilnym pieszczotom,
A nadmiar smutku czarnym motylem znaczył
Drogą głowę płonącą skrami klejnotów.
O nieśmiertelna i straszliwa rozpaczy!
Mówił im: "O, zostawcie wy mnie samego!"
Po potem czule uścisnął wszystkich dokoła,
Wyrwał się zwinnie i oto ich odbiega:
W dłoniach została im tylko sukni poła.
Czy go widzicie tam, na podniebnej wieży,
Na szczycie zamku, z płomienną żagwią w rękach?
Wznosi ją w górę jak miecz wznaszą rycerze:
Z dołu się zdaje, że to świta jutrzenka.
Cóż mówi jego głos głęboki a tkliwy,
Który się splata z jasnym trzaskaniem ognia,
A księżyc słucha go w ekstazie, szczęśliwy?
O! to ja będę tym, który stworzy Boga! (...)" 4
 |
 |
________________________________________
1 Paul Verlaine "Wielki, czarny sen"
2 Arthur Rimbaud "Śpiący w kotlinie"
3 Arthur Rimbaud "Moja bohema"
4 Paul Verlaine "Crimen Amoris"
 |
CAŁKOWITE ZAĆMIENIE
Tytuł oryginalny: Total Eclipse
Rok produkcji: 1995
Kraj: Wielka Brytania, Francja, Belgia, Włochy
Czas trwania: 111 minut
Reżyseria: Agnieszka Holland
Scenariusz: Christopher Hampton
Zdjęcia: Yorgos Arvanitis
Muzyka: Jan A. P. Kaczmarek
Obsada: Leonardo DiCaprio, David Thewlis, Romane Bohringer, Dominique Blanc, Felicie Pasotti Cabarbaye, Nita Klein, James Thierree, Emmanuelle Oppo, Denise Chalem, Andrzej Seweryn, Christopher Thompson, Bruce Van Barthold, Christopher Chaplin, Christopher Hampton, Mathias Jung, Kettly Noel, Cheb Han, Aza Declercq
|
 |
 |
Autor opracowania: Klara Kukowska - ARTEMIS |
Klub Miłośników Filmu 18.01.2006 |
|