Strona główna KMF

Poniższy tekst nie ma charakteru szczegółowej relacji.
Na CAMERIMAGE byłem tylko 2 dni (według mnie najciekawsze)
i poniżej opisałem moje z tej imprezy wrażenia...



Znalazłem się w grupie 10 osób z Wyższej Szkoły Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie, które zostały wydelegowane na "Camerimage 2001" do miasta Łodzi. W sobotę (1.XII.2001) dotarłem na miejsce (wraz z Taskerem) o godzinie 17:30; niestety, recepcja już była nieczynna i nie mogłem odebrać akredytacji, przez co nie udało mi się obejrzeć najnowszego filmu Davida Lyncha "Mullholand drive" i wyświetlanego później "Francuskiego łącznika" Williama Friedkina. W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na fakt, że nie tylko ja dojechałem w sobotę po godzinie 17:00. Wraz ze mną spóźnionych było wiele innych osób, jednak organizatorzy nie mieli zamiaru wydać nam akredytacji. Zaprosili nas za to na dzień następny, tłumacząc, że wtedy "kasy będą otwarte cały dzień, aż do początku ostatniego filmu". Wiadomo, w sobotę, gdy NIE sprzedawali biletów tylko mieli wydawać akredytacje (zaproszenia) zamknęli swój "kiosk" o 17:00, a we wszystkie inne dni, gdy już wpływały pieniążki za bilety - kasa czynna była non stop. Cóż, w końcu żyjemy w Polsce...



Dux i Tasker Autor zdjęć do Das Boota



Przyjechałem więc po raz drugi w niedzielę. O godzinie 10:00 jako "Pokaz specjalny" odbyła się projekcja filmu "Das Boot" Wolfganga Petersena. Była to wersja przemontowana, trwająca o godzinę dłużej od oryginału (Tej wersji nie wydano na żadnym nośniku. Przyjechała prosto z Niemiec na dwóch szpulach!). Tak więc spędziłem na sali kinowej dokładnie 3,5 godziny oglądając fenomenalny film o przygodach załogi niemieckiej łodzi podwodnej. Przed filmem, na scenie pojawił się autor zdjęć do "Okrętu". Jak widać na zdjęciu, był bardzo pewny siebie, jedna ręka w kieszeni, w drugiej kwiatki którymi wymachiwał we wszystkie strony opowiadając o pracy nad filmem ;). Ogólnie, wrażenie niezbyt pozytywne.
Później (po projekcji "Das Boota") dołączył do mnie Director i resztę filmów oglądaliśmy razem. Kolejnym obrazem był startujący w konkursie japoński "Desert moon" - strasznie nudny i nie mający zbyt wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem film. Nawet zdjęcia nie rzucały na kolana i chyba tylko w dwóch momentach widać było rękę dobrego i nowatorskiego operatora. O godzinie 16:30 w cyklu "World Panorama" puszczono polskie "Requiem". Trzeba przyznać, że film to ciekawy, zabawny i dający do myślenia. Do tego doszła świetna gra aktorska (Pieczka i inni), oraz wspaniałe zdjęcia wspomagane ciekawym oświetleniem i niezłą muzyką. Jednym słowem; wreszcie jakiś dobry, polski film. "Hearts in Atlantis" - film z Anthonym Hopkinsem, na podstawie prozy mistrza Stephena Kinga, ze zdjęciami zmarłego niedawno Piotra Sobocińskiego zostal puszczony jako następny. Film startował w konkursie, jednak mi osobiście nie podobały się ani zdjęcia, ani Hopkins, a już najmniej fabuła, gdzie wszystko opowiadane było rozwlekle i bez żadnego polotu - film w moim odczuciu jest wielką porażką na każdej płaszczyźnie. Na zakończenie dnia zaserwowano wersję reżyserską "Egzorcysty" - dłuższą o prawie 10 minut od oryginału. Najwspanialsza z nowych scen była ta, w której Regan zbiega po schodach na czworaka, w pozycji "mostka". Ta scena przeraziła mnie bardziej niż obrót głowy o 360 stopni czy sam głos wydobywający się z trzewi Regan. Przed filmem odbył się krótki wywiad z operatorami "Egzorcysty", Owenem Roizmanem i Billy'm Williamsem (który robił tylko początkową sekwencję na pustyni). Roizman opowiadał o klątwie jaka wisiała nad realizacją filmu, a Williams o kręceniu jego sekwencji. Zarówno Williams jak i Roizman wydawawali się ludźmi sympatycznymi, skorymi do opowiadania o wydarzeniach z planu filmowego. Słuchało się ich bardzo przyjemnie, choć Williams opowiadał wszystko zbyt szczegółowo ;)



Director i P.Jerzy Płażewski Dux
Billy Williams i Owen Roizman Dux i P.Jerzy Płażewski



Pierwszy raz w życiu spędziłem w kinie ponad 12 godzin na ciągłym oglądaniu filmów. Wrażenie niesamowite, choć chwilami zmęczenie dawało znać o sobie. Wielka szkoda, że organizatorzy między filmami robili bardzo krótkie przerwy i nie było praktycznie czasu na to, by oczy odpoczęły od ekranu, nie mówiąc już o jedzeniu czy udaniu się na konferencje prasowe - które odbywały się zawsze wtedy, gdy na sali kinowej lecial jakiś film. Najciekawszym jednak punktem tego dnia nie były wcale filmy, tylko nasze (Directora i moje) spotkanie z Jerzym Płażewskim. Przez przypadek dosiedliśmy się do stolika przy którym siedział. Zrobiliśmy sobie z Panem Płażewskim po zdjęciu, oraz porozmawialiśmy o nowym filmie Lyncha i całej "organizacji" festiwalu.

Director był jeszcze w Łodzi przez poniedziałek i wtorek. Ja w niedzielę w nocy pojechałem do domu i "zamiarowałem" przyjechać jeszcze w piątek. We wtorek usłyszałem w TV, że do Łodzi ma przyjechać John Malkovich - więc chciałem jechać jeszcze we środę, gdyż premiera "Shadow of the wampire" miała być właśnie we środę i myślałem, że właśnie we środę Malkovich pojawi się w Łodzi. Niestety, we środę cały dzień trąbiono w radiu o padającym i marznącym śniegu, oblodzeniu dróg i wypadkach, więc z wyjazdu zrezygnowałem. Żałowałem strasznie, że przegapiłem (jak wtedy myślałem) przyjazd Malkovicha...

Ponownie w Łodzi pojawiłem się wraz z Tomkiem - kolegą ze studiów, w piątek (7.XII.2001) i od razu wpadliśmy na salę, na film (konkursowy) "Pianistka". Film był strasznie zakręcony i dość kontrowersyjny (kogo zbulwersowała scena porno w "Idiotach" Von Triera, niech omija "Pianistkę" szerokim łukiem). Przed następnym filmem, ogłoszono... przyjazd Johna Malkovicha! Ucieszyliśmy się bardzo i zajęliśmy sobie miejsca w pierwszym rzędzie, by móc zrobić dobre zdjęcia i nagrać wszystko na kamerę. John Malkovich rzeczywiście przyjechał, udzielił dość ciekawego wywiadu, a nam udało się zobaczyć go z bliska i wszystko uwiecznić zarówno na taśmie filmowej jak i na zdjęciach. Oczywiście prowadzący wywiad nie mogli się powstrzymać przed zadaniem głupiego pytania:
"Co w Pańskim życiu zmieniły wydarzenia z 11 Września?"
Na sali słychać było jedynie pomruk niezadowolenia i zażenowania, wtedy prowadzący syknął do mikrofonu:
"Mieliśmy zadać to pytanie i zadajemy!"
Malkovich nie odpowiedział zbyt wylewnie na to pytanie, jedynie tyle, że te wydarzenia wzbudziły w nim złość itp. itd. Cóż można powiedzieć... to bardzo przyjemne uczucie móc zobaczyć na własne oczy aktora takiego kalibru jak John Malkovich. Sprawiał wrażenie człowieka "ciepłego" (może to ten jego głos), bardzo zrównoważonego i (wbrew temu co pokazuje na ekranie) nad wyraz spokojnego. Teraz zupełnie inaczej będzie się oglądało filmy z jego udziałem, nawet te starsze...



Tomek i Dux 
John Malkovich 



Po wizycie Malkovicha, rozpoczął się film "Król tańczy", produkcji (podobnie jak poprzedni) francuskiej. W "Król tańczy" wystąpił również ten sam aktor, który grał główną rolę w "Pianistce" - co udało się wypatrzyć zarówno mi, jak i Tomkowi. Konkursowy "Król tańczy" (Operator Gerard Simon zdobył za zdjęcia ZŁOTĄ ŻABĘ!) był filmem dość ciekawym, na którym paradoksalnie omal nie usnąłem. Nadeszła w końcu chwila, gdy wszyscy zgromadzeni na sali mieli obejrzeć najcięższy (chyba) i najbardziej bezsensowny film tegorocznego festiwalu; historię dwójki przyjaciół, którzy spotykają się po latach "nie widzenia" w szpitalu. Co tam się działo.. aż trudno opowiedzieć; chwilami film zalatywał Lynchem, chwilami Dogmą, czasem czuć było absurd, by za chwilę można było odczuć maksymalne obrzydzenie i zdziwienie tym, co widzieliśmy na ekranie. Pod koniec filmu wszyscy byli totalnie znudzeni, wkoło było słychać śmiechy (choć film usiłował wpadać w poważny ton) i w powietrzu czuć było jednogłośne znudzenie filmem "The Sea" pokazanym w cyklu "World panorama". Najgorsze było za nami; teraz mogło już być tylko lepiej. I było! "Cześć Tereska" (również w cyklu "World panorama") udowadnia, że nawet w zakalcowatym cieście o nazwie "Polska kinematografia" zdarzają się naprawdę smaczne rodzynki. Kto nie widział filmu, niech koniecznie zobaczy! O godzinie 19:30 na scenę wszedł Joel Coen i Roger Deakins (reżyser i operator filmu "Człowiek którego nie było"). Odebrali kwiaty, podziękowali za miłe powitanie i zniknęli ze sceny, by widzowie mogli bez przeszkód obejrzeć ich najnowsze dzieło. Pani, która zapowiadała wejście Joela Coena na scenę, powiedziała:
"Do Łodzi przyleciał Joel (fonetycznie) KOHEN..."
- wtedy na sali aż zawrzało; zewsząd słychać było, jak wszyscy poprawiają prowadzącą, cedząc przez zęby: (fonetycznie) "KOEN".
Wtedy Pani prowadząca zeszła z tematu i powiedziała nagle:
"Dzisiaj pytałam się bardzo dobrze poinformowanej osoby i wiem na pewno, że mówi się KOHEN..."
i już cały czas gdy mówiła coś o braciach Coen, nie mówiła poprawnie, tylko uparcie przez (nie wiedzieć czemu!) "H" ;)))
"Człowiek którego nie było" okazał się filmem bardzo dobrym i, choć nakręcony został w konwencji czarno-białej, aż czuło się rękę Coen'ów; ten niesamowity (a jakże spokojny) klimat, ciekawe postacie (szczególnie Billy Bob Thornton w roli małomównego fryzjera) i muzyka klasyczna (po raz pierwszy u braci Coen). Po filmie odbyła się konferencja prasowa z udziałem Joela Coena i Rogera Deakinsa - sala była wypchana po brzegi, nam jednak udało się znaleźć miejsca siedzące, z których wszystko było dobrze widać i słychać. Podczas trwania konferencji, wpadliśmy z Tomkiem na szalony pomysł; skoro już tu jesteśmy, to może by rzucić jakieś "głupie" pytanie do Coena ;) Na szybko wymyśliliśmy owe pytania i podnieśliśmy ręce.

Pierwszy został wybrany Tomek i zapytał:

"Przede wszystkim korzystając z okazji chciałem podziękować za Pana
twórczość i powiedzieć, że jest Pan prawdziwym Mistrzem Świata i zadać
takie pytanie; bo to co Panowie robili przed "Śmiertelnie proste"
jest dla mnie zupełnie nieznane. Czy powstały może jakieś filmy
krótkometrażowe, czy istnieje jakiś scenariusz który nie ujrzał
jeszcze światła dziennego... mógłby Pan coś o tym powiedzieć?"


Odpowiedź Joela Coena była krótka, zwięzła i na temat:

"Tak, ale nigdy tego nie zobaczysz" ;)



Roger Deakins i Joel Coen Joel Coen i Roger Deakins



Po kilku minutach jakimś cudem do zadania pytania wybrano mnie. Pytanie nie grzeszyło inteligencją,
ale w wielkich nerwach nic lepszego nie zdołało przyjść mi do głowy:

"Dlaczego w "Człowieku którego nie było" nie pojawił się
żaden z etatowych aktorów braci Coen, czyli John Goodman,
John Turturo czy chociażby Steve Buscemi, którzy jak wiemy,
są wielkimi ozdobnikami Waszych filmów?"


Tym razem odpowiedź była nieco dłuższa, choć tak naprawdę
spodziewałem się odpowiedzi w stylu: "Next question please" ;))

Odpowiedź Joela Coena:

"Po prostu nie pomyśleliśmy o żadnym z nich do konkretnych ról
które mieliśmy w filmie. Jak już mówiłem, na etapie scenariusza,
pewną część ról, to jest zwykle jakieś 30% piszemy z myślą już
o konkretnych aktorach. Natomiast jeżeli chodzi o resztę postaci
w naszych filmach, to proces castingowy polega na tym, żeby stworzyć
jak najlepsze "małżeństwo" aktora z rolą którą odgrywa i zawsze
szukamy jak najbardziej odpowiednich aktorów do konkretnych ról.
W przypadku "Człowieka którego nie było" po prostu dla tej trójki
nie było żadnych odpowiednich ról, ale to nie jest tak, że się
z nimi pokłóciliśmy. Uważamy ich za naprawdę dobrych aktorów
i sądzę, że jeszcze nie raz z każdym z nich będziemy pracować."


Cóż, pytania może i nie były zbyt ambitne (ale i nie tendencyjne... ;),
ale mamy chociaż wielką satysfakcję, że odważyliśmy się je zadać ;)
Roger Deakins wyglądał na bardzo miłego, starszego Pana. Joel Coen sprawiał natomiast wrażenie "patrzącego na wszystko z góry". Na konferencji prasowej niewiele się uśmiechał i wyglądał na nieco zadufanego... takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
Po konferencji prasowej wpadliśmy na ostatni film tego festiwalu; "Trzy dni Kondora" ze zdjęciami Owena Roizmana. Film był naprawdę wciągający i stanowił idealne zakończenie festiwalu.

Nie byłem na rozpoczęciu, ani na zakończeniu, nie byłem na rozdaniu nagród, nie oglądałem żadnej etiudy studenckiej... bo mnie to nie interesowało. W czasie festiwalu udało mi się (w ciągu dwóch dni) obejrzeć 11 filmów i tylko po to pojechałem do Łodzi.
Za rok wybiorę się znowu i też głównie po to, żeby oglądać Filmy, bo
...ja naprawdę lubię oglądać filmy.



AUTOR RELACJI:
Rafał Donica - DUX
FOTO: DUX i DIRECTOR
      dux@warka.net