Po przyjeździe do Cannes od razu udałem się w stronę kolejki do Grand Theatre Lumiere, gdzie miał się odbyć pierwszy pokaz nowego filmu wytwórni Dreamworks -
"Kung Fu Panda". Zainteresowanie było spore, jednak dziś wpuszczali dziennikarzy z żółtymi akredytacjami od razu, bez uprzedniego czekania, aż wejdą bardziej istotne osoby. Sporo osób przyszło z biletami, bez jakichkolwiek akredytacji - na niektóre pokazy można kupić wejściówkę w kasie festiwalowego sklepu. Grand Theatre Lumiere, jak sama nazwa wskazuje, jest naprawdę ogromny - to tutaj odbywają się ceremonie otwarcia i zamknięcia festiwalu oraz pokazy konkursowe dla jury. Rano jednak sala dostępna jest dla dziennikarzy i zwykłych widzów. Z racji, że "Kung Fu Panda" to film animowany przeznaczony też dla młodszej widowni, na sali było bardzo wielu rodziców z dziećmi. Kilka osób przyszło bardzo elegancko ubranych, jakby sam fakt przejścia się czerwonym dywanem (bez blasku fleszy, kamer telewizyjnych i gwiazd) wymagał takiego stroju. Tymczasem po wejściu na salę tacy ludzie wyglądali raczej jak wyciągnięciu z innej bajki, wśród normalnie ubranych dziennikarzy i rodzin z dziećmi.

Sala internetowa dla dziennikarzy |

Event |
Kiedy pokaz się skończył, film dostał wielkie brawa od entuzjastycznej widowni. Udałem się na trzecie piętro, do sali dziennikarskiej, gdzie o tej porze było jeszcze całkiem spokojnie. Sala jest spora i najczęściej nie ma problemu ze znalezieniem miejsca... chyba, że nie masz modemu (tak jak ja), który pozwalałby na używanie bezprzewodowego internetu. Dla takich dziennikarzy przygotowane jest stanowisko "Plug & Play", dzięki któremu wystarczy podpiąć kabel, aby korzystać do woli. Miejsce te jest niestety dość niewielkie i mniej wygodne, niż pozostałe stanowiska. Do tego nie ma tam możliwości podłączenia komputera do ładowania, a po tym, jak zacząłem pisać przed pokazem "Kung Fu Pandy", moja bateria znajdowała się w krytycznym stanie. Na szczęście po sali krążą chętni do pomocy pracownicy festiwalu. Jedna z takich osób - bardzo miła dziewczyna - pomagała już mi wcześniej, więc i teraz zaproponowała rozwiązanie. Znalazła mi miejsce blisko stacji "Plug & Play", gdzie znajdowało się gniazdko, po czym przyniosła bardzo długi kabel do podłączenia internetu.
Idąc na
"Hunger" moją uwagę zwróciła grupka młodzieży z Japonii, z planszami przedstawiającymi kilka filmów festiwalowych i napisem na każdej z nich "Czy będziesz na tym filmie?". Jeden z nich, widząc moje zainteresowanie, odpowiedział, że robią "event" i chcą, żeby każdy, kto wie już, że pójdzie na jakiś film, przykleił flagę swojego państwa na właściwym plakacie. Zgodziłem się przystąpić do "eventu", chłopak pokazał mi więc naklejki z różnymi flagami. "Nie wiem jednak, czy mamy flagę Polski" - powiedział - "Jednak zawsze możesz przykleić flagę najbliższego kraju. Może Rosja? Albo Niemcy?". Jak miło, że choć raz ktoś wie, gdzie znajduje się Polska! Pokazałem czerwono-białą flagę, na co Japończyk odparł "Ale to jest Monako...". Odpowiedziałem, że tak, ale jeśli nakleję ją odwrotnie, to będzie to flaga Polski ;). Doczepiłem więc odwróconą flagę Monako na planszach z filmami "Kung Fu Panda", "The good, the bad and the weird" oraz
"Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull" (ha!). Pozostawiłem za to plakat z nowym filmem Allena - jego pokazy odbywają się w godzinach wieczornych, więc mam raczej małe szanse na załapanie się na seans.

Widok na namioty dystrybutorów - nie wszystkim starczyło miejsca w Palais des festivals |

Skrzynki dla prasy |
Pokaz filmu Stevena McQueena był dość ciężkim przeżyciem nie tylko poprzez trudną tematykę, ale i fakt, że byłem naprawdę głodny. Biorąc pod uwagę fakt, że film nazywa się "Hunger", a główny bohater odbywa w więzieniu strajk głodowy, możecie sobie wyobrazić jak głupio się czułem, kiedy nagle bardzo głośno zaczęło mi burczeć w brzuchu, a siedzący obok ludzie spoglądali co chwila w moją stronę. Jedzenie na festiwalu to bardzo droga kwestia - w pobliżu Palais des Festivals jest sporo barów i restauracji, ceny są jednak dość makabryczne. Poprzedniego dnia zamówiłem omlet z frytkami, za który zapłaciłem naprawdę spore pieniądze. Jedynym pocieszeniem był fakt, że jedzenie to było naprawdę dobre i obfite, dzięki czemu najadłem się na cały dzień. W drodze pomiędzy Palais des Festivals a stacją jest też kilka pomniejszych knajp, gdzie można kupić bardzo dobre kanapki. W samym budynku festiwalu jest natomiast kawiarnia, która znajduje się na najniższym piętrze, w okolicy stanowisk Marche Du Film.
Po zaspokojeniu głodu wróciłem na trzecie piętro, które teraz było przeładowane dziennikarzami. Powód okazał się dość oczywisty - konferencja filmu "Kung Fu Panda", z udziałem obu reżyserów oraz wielkich gwiazd: Dustina Hoffmana, Lucy Liu, Jacka Blacka i Angeliny Jolie. Tych ostatnich dwoje udało mi się nawet zobaczyć, ale uciekali od prasy tak szybko, ze nawet nie zdążyłem wyciągnąć aparatu. Black rzucił coś w stronę dziennikarzy (chyba po francusku?), wywołując wśród nich sporą konsternację. Kiedy gwiazdy już przeszły przez salę, można było się udać do sali Wi-fi dla dziennikarzy (która na czas przejścia sław obok była na chwilę zamykana), która jednak pękała w szwach. Musiałem zadowolić się miejscem na schodach, a zanim rozładowała mi się bateria, udało się znaleźć wolne miejsce przy jednym z biurek, jednak daleko od stanowiska Plug & Play. Dopiero w okolicach 18:00 dziennikarze zaczęli się rozchodzić, dzięki czemu na moment mogłem wejść do internetu, aby przesłać Klubowi relację. Dziś ostatni pociąg odjeżdżał o 18:30, musiałem wiec się spieszyć. I choć na stację zdążyłem, okazało się, że pociąg się spóźni - na początku miało to być 20 minut, jednak czas ten sukcesywnie - po każdym komunikacie po francusku - powiększał się, ażeby po godzinie pociąg pojawił się wreszcie na stacji. I tak oto wróciłem do siebie, zły, że przez spóźnienie nie uda mi się pójść do sklepu (wszystko zamykają tu bardzo wcześnie).
A jutro recenzje znakomitego koreańskiego thrillera "The Chaser" oraz ciekawego projektu "Tokio!", stworzonego przez trzech dobrych reżyserów.