Zmęczony wczorajszym, dość wyczerpującym dniem pojawiłem się w
Cannes dopiero około 11:00, jednak patrząc na dzisiejszy plan nie widziałem
w nim nic, co by mnie interesowało. Pamiętając, że czasami można otrzymać w
informacji festiwalowej wejściówki na normalne nie prasowe pokazy, poszedłem
to sprawdzić. Okazało się, że dziś mają bilety na
"Le Silence de Lorna" na
godzinę 13:00. Pokaz prasowy był o 9:00 rano, a ten jest przeznaczony
zarówno dla zwykłych widzów, jak i wszelakich gości festiwalowych i bez
otrzymanego w kasie biletu nie mógłbym na niego wejść. Na nowy film braci
Dardenne czekały prawdziwe tłumy - nic dziwnego, w końcu ich obrazy zawsze
cieszyły się w Cannes wielką popularnością i były tu nagradzane (dwukrotnie Złotą Palmą). Po wejściu na czerwony dywan (pokaz odbywa się w Grand Theatre Lumiere) zostałem
skierowany na balkon, jednak tu czekała już obsługa festiwalu, żeby
powiadomić, iż nie można siadać w środkowych rzędach, lecz tylko tych
bocznych. Wzbudziło to niezadowolenie wielu ludzi, ja jednak przyjmuję to
zupełnie obojętnie - w takich warunkach widziałem już
"Waltz with Bashir" i
oglądanie filmu z takiego miejsca wcale nie psuje odbioru. Przed
rozpoczęciem seansu zaczyna się wielka migracja - ludzie, którzy siedzieli
po bokach, widząc, że wciąż jest dużo miejsc w środkowym rzędzie starają się
tam za wszelką cenę wejść. Oczywiście natychmiast pojawiają się panie z
obsługi, grzecznie informując, iż te miejsca wciąż są zajęte. Siedząca obok
mnie kobieta najpierw wraca zrezygnowana, potem znowu wstaje, a kiedy
zostaje ponownie odprawiona, zaczyna czekać na schodach. Światła gasną,
obsługa wychodzi z sali, a kobieta z radością udaje się do środkowego rzędu, a razem z nią większość osób z bocznych miejsc.

Balkony naprzeciwko Palais de festivals |

IJ4 na DVD ?! Nie, to tylko pressbook ;) |
Film otrzymuje wielkie brawa, mimo iż kilka razy reakcje publiczności
wymijały się z oczekiwaniami reżyserów. Domyślam się, że jutro będzie można
przeczytać bardzo pozytywne opinie o nowym filmie braci Dardenne, jednak mam
wielką nadzieję, że tym razem wyjadą z Cannes bez Złotej Palmy. Po seansie
od razu idę kończyć wczorajszą relację, tym razem jednak nie chce mi się
czekać, aż w kącie "Plug & Play" rozładuje mi się laptop, dlatego udaję się
do innego stanowiska, mieszczącego się na ladzie biura dziennikarskiego. Tu
również można podłączyć laptopa do internetu, ale istnieje też możliwość
podładowania go. Jedyną niedogodnością jest fakt, że trzeba tam korzystać z
komputera na stojąco, gdyż nie ma w pobliżu żadnych odpowiednich krzeseł.
Po skończeniu dzisiejszej pracy planuję po raz pierwszy pójść na pokaz
promocyjny - film "The Escapist" puszczany jest w jednej z małych sal na
trzecim piętrze, wcześniej upewniałem się tam, że zostanę wpuszczony kiedy
wejdą już wszyscy zainteresowani nim dystrybutorzy. Niestety, ku zaskoczeniu
organizatora okazuje się, że zainteresowanie filmem było dość duże, więc
kiedy przyszedłem wolnych miejsc było naprawdę niewiele. Liczbę osób na sali
kontroluje specjalny kasownik, który skanuje kod kreskowy na karcie
akredytacyjnej. Służy to też w tym przypadku innemu celowi - dzięki temu
firma promująca film wie, jaki dystrybutor był produkcją zainteresowany i bez
problemu może się z nim skontaktować w sprawie sprzedaży praw do danego
kraju. Problem z tym pokazem jest jednak taki, że wiele osób wchodzi tu z
biletami, które kasowane nie są, więc organizator co chwila wraca na salę
liczyć, ile zostało miejsc. Okazuje się, że jest już tylko jedno miejsce
(sala na 50 osób), jednak zainteresowani wciąż czekają. Oczywiście teraz
szanse na wejście ma tylko ktoś szczególnie istotny - organizator co chwila
wypytuje nowo przybyłych, czy aby nie są z żadnej firmy zajmującej się
dystrybucją. Wreszcie ktoś się znajduje, więc sala jest pełna i nie ma szans
na wejście na salę. Obok grają jednak inny film -
"The Messenger", a pani
zajmująca się wpuszczaniem ludzi na salę informuje mnie, że spokojnie mogę
wejść do środka. Nie mam żadnych innych pomysłów na spędzenie reszty dnia, więc się zgadzam. Sala jest bardzo mała i siedzi tu tylko kilka osób. Kiedy
zaczyna się film odruchowo mam ochotę wyjść - całość sprawia dość średnie
wrażenie, a obraz zostawia wiele do życzenia. Postanawiam jednak zaryzykować
i doczekać do końca. Większość osób wychodzi jednak w trakcie filmu z sali. Obraz kończy
się dość dziwnie, więc przez chwilę wszyscy jeszcze siedzą i czekają.
Wreszcie na ciemnym ekranie pojawiają się napisy końcowe i następuje
szybka ewakuacja z sali.

Odciski dłoni Verhoevena... |

... i Sharon Stone |
Udaję się jeszcze na chwilę wpaść do stoisk z komputerami dla dziennikarzy (laptop
rozładowany, w pokoju Wi-fi nie ma wolnych miejsc), tam jednak wszystkie
miejsca są zajęte. Chętni do skorzystania z internetu muszą zapisać się u
kobiety zajmującej się przydzielaniem stanowisk komputerowych. Wypatruje ona
wolnych miejsc i po kolei usadawia przy nich dziennikarzy. Z niedowierzaniem
patrzę, jak przepuszcza ludzi, którzy przyszli po mnie. Wreszcie jednak
przypomniała sobie o skromnym polskim dziennikarzu (może przez to, że
wyglądałem na naprawdę zdenerwowanego) i siadam do komputera. Na czas
festiwalu każdy dziennikarz ma swoje własne konto, skrzynkę i ftp-a. Przy
stanowiskach są dwa rodzaje klawiatury: francuska i normalna - angielska.
Dla mnie nie stanowi to problemu - po zalogowaniu system automatycznie
przestawia klawiaturę, więc kiedy piszę z pamięci nie patrząc na klawiaturę
nie sprawia to żadnych trudności. Po załatwieniu wszystkich pilnych spraw
udaję się do wyjścia, gdzie tradycyjnie przebijam się przez tłum
wyczekujących na gwiazdy przechodniów.