Następny dzień przynosi wielkie rozczarowanie - okazuje się, że najbliższy
pociąg (choć przychodzę na stację około 9:30) będzie dopiero o 14:00. Idę więc
do informacji turystycznej w centrum miasta. Tam dowiaduję się, że
najbliższy autobus wyjeżdża o 13:00, a w Cannes będzie o 14:10 (pokaz "Che"
jest o 13:00...), więc wygląda na to, że podróż na festiwal jest dziś
bezcelowa. W ten oto sposób przegapiam jeden z najbardziej wyczekiwanych
przeze mnie filmów tego festiwalu, dzięki - jak wnioskuję z wypowiedzi pani
informatorki - protestowi na kolei. Chętnie bym im za taką sytuację
podziękował, jednak nie ma to najmniejszego sensu, bo i tak większość
pracowników stacji nie rozumie angielskiego. Zrezygnowany, postanawiam nie
jechać dziś do Cannes w ogóle, ale zostać i pozwiedzać miasto. Szybko udaje
mi się znaleźć kino, gdzie grają już nawet nowego Indianę Jonesa, jednak nie
udaje mi się dojść do porozumienia z pracownikiem kina w temacie tego, czy
filmy puszczane są tu z francuskim dubbingiem, czy z napisami. A szkoda, bo
w programie na jutro widzę "Be kind, rewind", na które bardzo chętnie bym
się wybrał, gdyby chociaż dialogi były w oryginale. Wychodzę z kina zmieszany
i udaję się do portu, a potem na plażę, gdzie nie ma dziś wielkich tłumów.
Wracając do domu udaję się jeszcze do sklepu muzycznego, gdzie mają trochę
półek z filmami - znajduję kilka ciekawych pozycji, z czego największe
wrażenie robią francuskie wydania anime - 2-płytowe wydanie "Księżniczki
Mononoke" z figurką i masą dodatków i "Twelve Kingdoms" w pudełku
stylizowanym na książkę (niestety, całość w oryginale albo po francusku);
wyglądają wprost genialnie, ale straszą wysoką ceną. Ponieważ o 20:00
wszystko w St. Raphael zostaje zamknięte (wyjątek stanowią 2-3 restauracje i
bary), muszę jeszcze szybko zrobić zakupy, po czym wracam do hotelu.