KLUB MIŁOŚNIKÓW FILMU | FILM.ORG.PL
PODRÓŻ
Do Cannes wylatuję na dwa dni przed rozpoczęciem festiwalu, tj. 12 maja. Najpierw przesiadka w Zurychu, potem przylot do Nicei. Niestety, nie obyło się bez przygód. Przez pół godziny czekałem, aż pojawi się mój bagaż i... oczywiście się nie doczekałem. Poszedłem zgłosić jego zaginięcie, a pani z firmy przelotowej poinformowała mnie, że bagaż już się znalazł i jest w... Zurychu, zostanie mi dostarczony do hotelu. Pozbawiony bagażu, jedynie z jedną torbą i laptopem, poszedłem szukać hostess zajmujących się festiwalowymi dziennikarzami. Nie było ich na pierwszym terminalu, dlatego pojechałem autobusem do drugiego (odległość między terminalami była naprawdę spora). Tu wreszcie je znalazłem, dostałem bilet na autobus do Cannes i instrukcję jak dojść do dworca. Kiedy czekałem na przystanku, przybiegła do mnie hostessa oznajmić, że autobus zatrzymuje się przy dworcu w Cannes, po czym uciekła do budynku, machając mi na pożegnanie :).


W Cannes udałem się na stację, w kasie zapytałem o najbliższy pociąg do Saint Raphael. Facet w okienku odparł, że najbliższy odjazd w tę stronę jest za pięć minut, poprosiłem więc o bilet. Nie powiedział jednak, że wydanie biletu będzie trwało 4,5 minuty, więc kiedy wbiegłem na peron, pociąg właśnie odjeżdżał. Nie dostałem zwrotu (kasjer, mówiący bardzo nieporadnym angielskim, pokazywał mi na francuski napis na bilecie informujący o braku zwrotu - dzięki!), więc musiałem kupić nowy bilet (tym razem z 15-minutowym wyprzedzeniem) i w taki sposób wreszcie znalazłem się w St. Raphael dość szybkim (20 min.) i cichutkim (trochę nawet usypiającym) pociągiem podmiejskim. Na miejscu zadzwoniłem do hotelu, aby mnie odebrali z dworca, a właścicielka poprosiła mnie, abym udał się na przystanek autobusowy i wypatrywał Dużego Czarnego Samochodu. Problem w tym, że takich Dużych Czarnych Samochodów jeździło tam bardzo dużo; a na dodatek drogę do najbliższego przystanku autobusowego każdy pokazywał inaczej - jedni kazali mi iść w stronę morza, inni w głąb miasta, itd. Do teraz nie wiem, gdzie jest ten przystanek. Skończyło się na tym, że nie znalazłem hotelowego samochodu i na miejsce musiałem dostać się sam, co zajęło mi około 1,5 godziny błądzenia po krętych i pustych uliczkach, ogromnie wysokich schodach i wśród starych, acz malowniczych domków; oczywiście wśród deszczu i mrozu.


Jednak udało się wreszcie i z ulgą odnalazłem napis pokazujący kierunek do Hotel Du Soleil. Gdy wszedłem do środka, przemiła właścicielka od razu pokazała mi mapę i zaprowadziła do pokoju. Strasznie przejęła się zniknięciem mojego bagażu oraz faktem, że nie jadłem żadnej kolacji, a jako że wszystkie sklepy i restauracje w pobliżu były już zamknięte, dała mi kilka ciastek, co bym nie umarł z głodu. Pokój jest ładny, z małą łazienką i balkonem z widokiem na plac przed hotelem. Gdy zajadałem się ciastkami, do drzwi zapukała właścicielka, która dała mi jeszcze wodę i więcej prowiantu, po czym dodała, że śniadanie będzie około ósmej. Zanim poszedłem spać, włączyłem jeszcze telewizor. Żałowałem, że nie wziąłem sobie do obejrzenia ostatniej części Indiany Jonesa, którą chciałem przypomnieć przed niedzielnym pokazem "Królestwa Kryształowej Czaszki" (ha!), jednak z pomocą przyszła francuska telewizja, puszczając "Ostatnią Krucjatę". W cieszeniu się najlepszą częścią przygód Jonesa nie przeszkadzał nawet kiepski dubbing. Przeszkadzało za to zmęczenie podróżą - zaraz po scenie wizyty Indiany w Berlinie, zasnąłem.

Autor Relacji: Karol Baluta - KAROL
Powrót do wyboru
Strona główna