Skurwysyny zabiły żółwia dla zabawy! Nie, zabili dla
zabawy żółwia i ryjówkę! Co tam jakieś durne zwierzęta – nadziali na pal
prawdziwą kobietę i jeszcze jej zdjęcia robili! Takie to właśnie komentarze
krążą wokół „Cannibal Holocaust”, filmu, który od czasu premiery pławi się w
skandalu i kontrowersji. A człowiek, stworzenie z natury głupie i leniwe, nie
chce sprawdzić, co to się w tej Kolumbii faktycznie wydarzyło, bo patrzy na
gatunek i widząc ‘gore’ ślizga się po stereotypach i dochodzi do wniosku, że nie
ma ochoty na styl motylkowy w basenie sztucznych kiszek i łamanych żeber.
Obejrzał wprawdzie kiedyś jakąś „Martwicę mózgu”, która udowodniła, że i w
kosiarce może kryć się odrobina poezji, ale co z tego? Głupi jest tak samo, jak
był przed sceną z uchem w budyniu… Szczęśliwie przychodzi jednak czasem pewien
sadomasochistyczny impuls, który szepcze: „Ej, dawaj, popatrzymy, jak kroją
jakiegoś skubańca. Krew się poleje, będzie ciekawie… Co masz do stracenia,
najwyżej wyłączysz w połowie i odegrasz kulturalnego ważniaka zniesmaczonego
tym, co szanowny Pan Reżyser zwykł trzymać w swym niemniej szacownym łbie?”. No
i impuls trafił i we mnie. Pomyślałem sobie – „a niech, cholera, trochę
pokroją”, a że wieść gminna niesie, iż całkiem nieźle szło im w „Cannibal
Holocaust”, to po co rozdrabniać się na jakieś nieznane historyjki ze
śledzionami w rolach głównych?
No i usiadłem i włączyłem, z ludyczną namiętnością oczekując, aż komuś
przysiepią, wbiją dzidę w plecy czy chociażby strzelą ze śrutówy w kolano. Z
piwkiem w ręku, w cieplutkim i bezpiecznym domku fajnie popatrzeć, jak ktoś się
tam męczy i brudzi, krzyczy i chowa za krzakami. I o ile kilka scen początkowych
potraktowałem jedynie jako przystawkę przed daniem obiadowym – no bo jak inaczej
nazwać w tym przypadku szkielet, odpoczywający wśród równikowej roślinności, czy
kilku tubylców ogryzających z mięska palce ludzkiej dłoni – to w momencie
zaserwowania pierwszej części dania głównego zdałem sobie sprawę, że zamawiałem
coś zupełnie innego. Co nie znaczy jednak, że to, co zaserwował mi Deodato, było
rzeczą niestrawną. O nie! „Cannibal Holocaust” to cholernie dobry kawałek mięcha
(a co tam, zostańmy jeszcze przez chwilę w nomenklaturze gore). Z tym że nie
jest to wcale kurs instruktażowy dla seryjnych morderców zwierzątek czy adeptów
trudnej i leciwej sztuki palowania. Film Deodato to bardzo wrażliwe i głęboko
humanistyczne spojrzenie człowieka Zachodu na „Innego”, ale i jednocześnie próba
odtworzenia spojrzenia „Innego” w naszym kierunku…
Tak, tak, tak… Ostatnie zdanie poprzedniego akapitu cuchnie sztampą i banałem na
odległość. Oto biały człowiek ze swoją maczetą i dwururką wpada do dżungli i
zgrywa Pana i Władcę, a reżyser pokazuje, że biały jest zły, a dzikus dobry i
niewinny. I wiecie co? W zasadzie sam koncept „Cannibal Holocaust” faktycznie
powoli zaczyna uchylać wieko kosza, do którego już lata temu wrzucono wspomniany
schemat. Robi to jednak w sposób niezwykle umiejętny i twórczy, bo przecież
nonsensem byłoby odmawianie tych określeń filmowi, który z „dobrego dzikusa”
robi kanibala, przy tej transformacji nie odmawiając mu jednakże stanowiska
ofiary. Oprawcami stają się cywilizowani Amerykanie, którzy ostatecznie zostają
zabici i prawdopodobnie spożyci, bo mięsa przecież zmarnować nie można.
Podsumowując: ofiary brutalnego morderstwa (Amerykanie) są realnymi oprawcami w
stosunku do swych morderców (tubylców z kolumbijskiej dżungli). Przewrotnie, a
ile w tym wszystkim poezji!
Wyraża się ona przede wszystkim w warstwie formalnej, którą rozpatrywać należy
jako realną ‘treść’ „Cannibal Holocaust”. Rolę szczególną pełni w tym przypadku
muzyka (ścieżka dźwiękowa Riza Ortolaniego to geniusz w czystej formie), która w
większości przypadków stanowi kontrapunkt dla wizualności. Widzimy zatem
brutalną scenę morderstwa białej kobiety (poprzedzonego penetracją w obecności
dziesiątek osób) czy też zabicie i oprawianie sławetnego żółwia (tak, był
prawdziwy), a w tle słyszymy muzyczny komentarz – spokojną, wręcz melancholijną
muzykę Ortolaniego. Dźwięk wprowadza ambiwalencję, z którą ciężko się pogodzić z
perspektywy człowieka Zachodu. Bo jak tu sympatyzować z bandą gęgających
dzikusów w bambusowych kieckach, kiedy zabijają osobę, którą potencjalnie
moglibyśmy spotkać w drodze do warzywniaka? Co do cholery ma znaczyć ta muzyka,
gdy gardło ściska nam gniew, gdy konwencja tak znacznie przełamuje zabawne gore
i wcinanie paluszków z pierwszych scen filmu (jak sądzę, żart samego Deodato)?
A jednak muzyka coś znaczy, ba!, coś bardzo oczywistego. W końcu nie tak dawno
rozbrzmiewała jako akompaniament dla pozbawionych sensu, orgiastycznych wręcz
zachowań grupki białych bohaterów, zabawiających się w Boga na terenie tubylczej
wioski. Tam też był seks, też przy dziesiątkach osób, które, sterroryzowane
przez wystrzały, w strachu zgromadziły się w jednym miejscu, czekając na koniec
przedstawienia, odejście intruzów. Ta sama biała kobieta czerpała perwersyjną
przyjemność z wlepionych w nią i jej partnera oczu „dzikusów”. Ironia… Mamy
zatem most dźwiękowy pomiędzy śmiercią jednych a drugich. I zarówno w stosunku
do jednej, jak i drugiej Deodato jest ambiwalentny. Stało się, polała się krew,
ale czy polać się musiała? Czy winni temu są kanibale w bambusowych kieckach,
czy ‘cywilizowany’ człowiek, który po półtorej godziny zdaje się być „Innym”
znacznie bardziej, aniżeli kolumbijski „dzikus”? Chyba, co przerażające, jednak
ten drugi – ten, któremu mówimy „dzień dobry”, „jak się masz”, pytamy go o
godzinę w drodze do warzywniaka.
Jest zatem dla Włocha stylistyka szoku jedynie środkiem do refleksji nad
„Innością-Obcością”, ale i doskonałym sposobem na to, by postawić znak zapytania
przy haśle „cywilizowany człowiek Zachodu”. Wątpliwości Deodato zostają
przedstawione w sposób przemyślany i niezwykle nowatorski, nawet jak na
dzisiejsze realia. „Cannibal Holocaust” to wcale nie głupie gore, kiszki wiszące
na żyrandolach czy grzyby atomowe uformowane z naszego ‘wewnętrza’. Wielka
szkoda, że w historii zapisał się właśnie pod taką postacią. Bo zabili żółwia
czy ryjówkę – no i? Nie wszędzie są KFC, a jeść przecież trzeba...
Świetny motyw przewodni Riza Ortolaniego
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 3 listopada 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]