|
|
|||
|
|||
|
Po ostatnim CF dostałem kilka maili od wzburzonych czytelników, którzy byli zbulwersowani filmami YT umieszczonymi pomiędzy wersami. Według antagonistów takich edytorskich zagrywek miał to być dowód na wkradanie się na łamy CF niskich obyczajów internetowych i irytujących rozwiązań technologicznych, które do tej pory omijały cały KMF, nie tylko tę skromną rubrykę. Nie dość, że nieestetyczne, to stopklatki brzydkie, w ogóle niepotrzebne, tym bardziej, że KMF to oaza zdrowego konserwatywnego spokoju. Dla internetowych liberałów nie bojących się poznawczych wyzwań wklejam pod tekstem jutubowe filmy obrazujące to, o czym mówię poniżej. Oburzeni, zniechęceni lub leniwi są proszeni o nie patrzenie w tym kierunku. W tym numerze tylko dwa tematy, gorące newsy, wg mnie istotne na tyle, na ile ktoś zechce się z nimi zapoznać.
GORĄCY TOWAR W ostatnim CF wspomniałem co nieco o nadziejach i obawach związanych z nowym polsatowskim serialem. Teraz czas na krótką recenzję, którą jednak uprzedzę osobistym wyznaniem. Otóż, tak się złożyło, że interesuję się polityką. Zwrot "interesuję się" jest tutaj całkiem odpowiedni, bo ani nie kojarzy się z pasją, ani z przypadkowym zainteresowaniem, tylko zwyczajną ciekawością daleką od olewania. Pochwalę się tym, że: regularnie czytam gazety, w miarę systematycznie śledzę wydarzenia okołopolityczne i głosuję w każdych wyborach. Nieźle, no nie? Nie żeby polityka w wykonaniu polskim mnie nie irytowała - bo irytuje coraz częściej - po prostu lubię wiedzieć, co się dzieje i autentycznie śmieszy mnie ekwilibrystyka słowna niektórych politykierów. Ponadto: niecierpliwie przebieram nogami w oczekiwaniu na występ wszechpolaka w "Tańcu z gwiazdami" i uwielbiam propagandową tandetę spotów wyborczych serwowaną w (szczególnie) telewizji lokalnej w sposób godny popuszczenia pawia. Wracając do meritum: aby polubić "Ekipę" trzeba mieć cierpliwość do polityki. Serial jest nią przesiąknięty w każdym momencie, a wtręty natury obyczajowo-melodramatycznej, których obecność jest reklamowana przez twórców, są praktycznie niewidoczne. I jest to cecha dość negatywna, bo odróżniająca wyraźnie produkcje amerykańskie - doskonale łączące wiele konwencji, schematów, spostrzeżeń - od polskich. Polityka to gra na wielu polach, a to prywatne jest nie mniej ważne od publicznego, tym bardziej, gdy mowa o serialu telewizyjnym przewidzianym na kilka sezonów. Jack Bauer w "24" ratuje swój kraj przed bandą terrorystów ze względu na swą córkę, która jest w zagrożeniu, lekarze z "ER" nie zajmują się wyłącznie pacjentami, a "West Wing" nie skupia się tylko na polityce prezydenckiej. Wątki są sprawnie ze sobą łączone, a antyterroryści nie są tylko antyterrorystami, politycy nie są tylko politykami. Tego typu schematu w "Ekipie" trochę zabrakło, choć to dopiero początek i mam nadzieję, że akcja nie zabrnie wyłącznie w polityczne knucia, tylko zaciekawi czymś ponad to.
To, co jest, jest wyśmienite - scenariusz jest bardzo precyzyjny i dość złożony, jak na produkcję telewizyjną, co w tym przypadku znaczy: wymagający większego zaangażowania intelektualnego od widza. Złożona i niebanalna intryga jest całkiem ciekawa, choć mało prawdopodobna. I właśnie tutaj czai się jeden z najważniejszych zarzutów skierowanych pod adresem "Ekipy", a szczególnie kreacji jednej z głównych postaci - Perchucia vel Konstantego Turskiego. Idealista z misją - uczciwy, twardy, diablo inteligentny, błyskotliwy. I ten wzorowy bohater życia codziennego zasiada na fotelu premiera i zaczyna zmieniać kraj. Co więcej, jest kompetentny - liczą się wyłącznie decyzje słuszne ekonomicznie, a nie żałośnie propagandowe. Perchuć jest w tej roli świetny i przekonujący, choć jego trzeźwa postawa jest niemożliwa do uwierzenia, gdyby skonfrontować ją z obecnie nami rządzącymi. I tu jest ten ból - część widzów oleje, część się poirytuje, garstka się przejmie, może kilku otworzy oczy. I w związku z tymi kilkoma, czy taka jest misja "Ekipy" - zmieniać? Cholera go wie, ale nie byłoby tak źle, gdyby oczekiwania w stosunku do polityków uległy choć lekkiemu przepoczwarzeniu. Telewizja czyni cuda, czyż nie? Kolejna kwestia - aktorzy. Janusz Gajos jest wielki i basta. Scena, w której przekonuje koalicjantów do zajęcia konkretnego stanowiska w sprawie nowego premiera - bezcenna. Każde słowo jest wypowiedziane bez przesady, bez nadęcia i to pomimo chwilami patetycznych dialogów. Andrzej Seweryn równie znakomity, choć czekam na więcej w jego wykonaniu. Perchuć, o którym już wspominałem, jest bardzo dobry. Maćkowiak - ok, zawsze go lubiłem. Podobnie Herman i Bosak - pewnie pokażą więcej, a Grochowska najwięcej, bo wystąpiła aż w jednym ujęciu. Największym zaskoczeniem jest Krzysztof Stroiński w roli szefa kancelarii premiera - człowiek, który traci (powoli) życie osobiste i (szybko) życie zawodowe, ale z pewnością będzie o oba walczył. Postać dość intrygująca i zwyczajnie ciekawa, choć o przełamywaniu konwencji mowy być nie może. Przy okazji, jedne z pierwszych scen w domu szefa kancelarii i jego dialog z żoną: nachalna teatralność bije po gałach, wyjątkowo - w porównaniu do całości - żałośnie rozpisane niezwykle-mądre-dialogi, czyli koszmar, który chwilowo zniechęcił mnie do "Ekipy". Na razie tyle, będę relacjonował na bieżąco, o ile zdrowie i cierpliwość dopiszą. PS. Piątkowe popołudnie upłynęło mi na grze w ciuciubabkę, bo za cholerę znaleźć nie mogłem "Ekipy" - w połowie kiosków nie było, w reszcie wyprzedane, ostał się jedynie mały sklep spożywczy, w którym jakimś cudem zachował się jeden jedyny i do tego ostatni egzemplarz. Gratuluję wydawcy.
Być w Wenecji, to jakby zjeść
całe pudełko czekoladek z likierem naraz (Truman Capote tak błyskotliwe powiedział)
Pierwsza sprawa - Ang Lee. Znowu. Nie żebym się nie cieszył, bo amerykańskiego Chińczyka lubię niezmiernie i jego "Lust, Caution" zapewne okaże się co najmniej bardzo dobrym obrazem. Cieszę się bardzo, bo facet okazuje się być jednym z najrówniejszych reżyserów, od którego można spodziewać się czegoś co najmniej wyjątkowego pod względem formy i treści. Mam tę pewność, że jeśli Lee bierze się za thriller erotyczno-szpiegowski, to będzie to wzorowy thriller erotyczno-szpiegowski. Tak samo jak "Brokeback Mountain" było wybitnym dziełem melodramatycznym (ha!), "Burza lodowa" nieco zapomnianym, ale rewelacyjnym dramatem obyczajowym, "Hulk" świetną i niecodzienną ekranizacją komiksu i "Przyczajony tygrys, ukryty smok" filmową siurpryzą skutecznie rozbudzającą kinematografię Zhonghua Renmin Gongheguo. Druga sprawa - Brian de Palma czyli reżyser ostatnio mniej poważany, bo podupadły. Jego twórczy spadek formy jest zdecydowanie zbyt duży i nazbyt widoczny, żeby przypomnieć tylko nieudane twory, cztery pod rząd, w kolejności powstania: "Snake eyes", "Misja na Marsa", "Femme fatale" i "The Black Dhalia". De Palma wraca jednak, podobno z filmem niesamowitym, skierowanym ostrzem przeciwko mediom i politykom zaangażowanym w wojnę w Iraku. "Redacted" to historia oparta na faktach o gwałcie i zabójstwie irackiego nastolatka i jego rodziny dokonanych przez oddział jankeskiej armii. Brzmi groźnie, niewygodnie i pacyfistycznie. Film jest do bólu realistyczny i oczywiście autentyczny, więc sporo namiesza w rozgrzanych konserwatywnych głowach. Czarny koń przyszłorocznej batalii oscarowej? Propagandowe narzędzie liberałów w wojnie o prezydencki fotel? "Pluton" wojny irackiej? Autentyczny wpis z forum YouTube: Fuck DEPALMA and the cowards that will not fight the JIHAD cowards on their own turf. Forget about the Jihadi pussies who cut the heads off innocent people,everyone?NEVER forget Clinton started the rumor "WMBs " were in Irag .Clinton was just too busy getting blowjobs to do anything about it or Bin Laden ! YOU PEOPLE ARE SPINELESS IN HOLLYWOOD AND THE EMENEMY OF WESTERN CIVILIZATION ! America, Fuck yeah!!! Trzecia sprawa - "Sztuczki" i całkiem poważna nagroda, która zawędrowała w ręce polskiego twórcy. Oczywiście nie jest to Złoty Lew, bo oczywiście - oczywiście jak zawsze - polskie kino było nieobecne w konkursie głównym, niemniej nagroda Europe Cinemas (coś w stylu: najlepszy mały film europejski olany w czasie selekcji do konkursu) dla Andrzeja Jakimowskiego to niejako potwierdzenie tego, że autor "Zmruż oczy" - jednego z najlepszych filmów polskich w XXI wieku - idzie odważnie w kierunku kina prostego, wszędzie rozumianego, a przy tym niebanalnego. Czyli odwrotnie niż Trzaskalski (po przecenianym "Edim" zrobił tandetnego "Mistrza") albo Niewolski (po dobrej "Symetrii" ładny, ale schematyczny "Palimpsest", oraz idiotyczny "Job"), którzy szukają swego stylu serwując, po udanym debiucie, często niestrawne gnioty. Jakimowskiemu życzę wszystkiego najlepszego. W kinie będę na premierze.
Czwarta sprawa - Brad Pitt i nagroda dla najlepszego aktora. Że utalentowany, to nie trzeba nikomu przypominać. Jeśli ktoś sądzi, że to tylko śliczny blondasek w sam raz na plakat nad łóżkiem gimnazjalistki, to jego/jej kłopot wynikający z osobliwego ociemnienia, a nie rozsądnej oceny talentu 44-letniego artysty. "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" przybliża Pitta do granicy wybitności. Zwracam więc uwagę na nagrodę dla Pitta, a jeszcze bardziej na western, jako gatunek, który może zarządzić w przyszłorocznym rozdaniu Oscarów. Świetne oceny zbiera "Zabójstwo...", ale i opinie towarzyszące nowej wersji "3:10 do Yumy" są co najmniej znakomite. A nie ma nic lepszego ponad wypas krów ze spluwą przy nodze. Żadne debilne "Transformersy" czy inne efektowne sieczki nie są w stanie zagrozić niewątpliwemu szlachectwu prawdziwie męskiego kina, jakim jest western. Dowód? Dwa słowa: Sergio. Leone. I pytanie za 100 punktów na koniec: co Jacek Żakowski, świetny skądinąd publicysta polityczny, będzie robił w "Filmie" po październikowym relaunchu? Antyamerykański proterroryzm nihilisty De Palmy: Tchórzliwy Robert Ford zabija Jessego Jamesa: Bale, Crowe, Fonda czekają na pociąg do Yumy: Wojciech Waglewski mruży oczy:
|
|||
|