Strona główna KMF

CELULOIDOWY
FETYSZYSTA
#3



Za nami patriotyczny weekend - w sobotnie popołudnie spoglądając przez okno zauważyłem dwie zaledwie flagi narodowe wywieszone przez tych nie mających problemów z pamięcią o tym, co wydarzyło się 88 lat temu. Niedziela to z kolei dzień, w którym Krzysztof Kononowicz uzyskał poparcie bliskie 2% w prezydenckich wyborach w Białymstoku. Zachwyt nad przypadkowym politycznym idiotą to doskonały temat na socjologiczny esej bądź szyderczy program publicystyczny. Albo film, powiedzmy sequel "Hydrozagadki" - bohater naszych czasów na tropie handlarzy alkoholu, papierosów i wszystkiego. Kubistyczny sweter jak najlepszy kostium; szlachetne intencje, które dzieli ze swymi braćmi, Człowiekiem-pająkiem i Człowiekiem-nietoperzem. I głos! Głos, od którego miękną nogi u najbardziej ponętnych mieszkanek podlaskich równin. Czujecie to? Polscy filmowcy potencjału Kononowicza jeszcze nie odkryli, a szkoda, sukces na miarę "Borata" murowany. Odważnych patriotycznych uniesień w polskim kinie na razie brak, niemniej plany na najbliższe miesiące i lata nastrajają wyjątkowo optymistycznie. Wraz z IV RP nadciąga moda na dzieła ku pokrzepieniu serc, szczególnie tych nastoletnich, bowiem moralna przytomność jest obecnie w cenie.



JAK POWSTAĆ?


Polski Instytut Sztuki Filmowej oraz Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego kilka miesięcy temu kolektywnie ogłosili arcyciekawy konkurs na scenariusz filmu o Powstaniu Warszawskim. Od czasu rewelacyjnego serialu "Kolumbowie" z 1970 roku polska publiczność nie miała okazji obcowania z ekranizacją stołecznych walk, więc aktywność na tym polu dziwić nie może, wszak tematyka szlachetna, a i potencjał komercyjny całkiem spory. Jest jeden tylko kłopot - brak artystów, którzy potrafiliby odważnie zmierzyć się z narodowym mitem. Uczyniono jednakże pierwszy krok - w październiku 2005 rozpoczęto poszukiwania tekstów, których zadaniem jest zwalenie z nóg konkursowego jury. Prac napłynęło kilkadziesiąt plus kilkanaście dotyczących filmów dokumentalnych (ale o tych z premedytacją mówić nie będę). Właśnie - Jury. Szanowne, nobliwe i lekko stetryczałe towarzystwo. Jerzy Kawalerowicz, Janusz Morgenstern, Tadeusz Sobolewski oraz Jan Ołdakowski. Pomijając tego ostatniego, zawodowo związanego z najciekawszym muzeum w Warszawie (ul. Grzybowska 79), pozostałe towarzystwo jakością swej intuicji nie poraża, przynajmniej takie mam odczucia po zapoznaniu się z laureatami. Nagrodzono trzy scenariusze, w tym dwa zgarnęły niejako główną nagrodę w wysokości 50 tysięcy złotych, jeden połowę tej sumy.

Pierwszy z nich, autorstwa Krzysztofa Steckiego i Tomasza Zatwarnickiego, ma ambicję stania się polskim "Szeregowcem Ryanem", co się chwali. Koszt produkcji będzie z pewnością rekordowy, bowiem spektakularnością musi bić dotychczasowe superprodukcje narodowe (co będzie zadaniem łatwym), poziomem zbliżając się do efektowności naszych braci ze wschodu (a to już nie będzie takie proste). W uzasadnieniu Jury padły słowa jakoby "Tekst w wysmakowany artystycznie sposób łączy wielki obraz historii z ludzkimi, osobistymi dramatami". Oto krótki abstrakt:

"1944: Warszawa" to scenariusz wielkiego fresku filmowego, od dnia poprzedzającego wybuch Powstania aż do ostatnich minut walki. Osią scenariuszową filmu są losy kilkunastu, czy wręcz kilkudziesięciu bohaterów, których losy splotły się podczas 63 dni warszawskiej walki. (...) Scenariusz "1944: Warszawa" w nowoczesnej, dynamicznej formie filmowej, ogarnia wszystkie najważniejsze epizody Powstania. Wielkie sceny walk - takich jak na Przyczółku Czerniakowskim czy na Starówce, przeplatają się z kameralnymi dramatami ludzi, których los na zawsze określiło lato 1944 roku.

Drugi z nagrodzonych scenariuszy, autorstwa Dariusza Gajewskiego (reżyser przecenianej "Warszawy") i Przemysława Nowakowskiego, to bardziej kameralna opowieść. Jury dowodzi, że "nie pokazuje Powstania jako przygody wojennej dla małolatów":

Akcja "Ostatniej niedzieli" rozgrywa się jednego dnia podczas Powstania Warszawskiego, w niedzielę 13 sierpnia 1944. W tym jednym z najtragiczniejszych dni Powstania splatają się drogi powstańca o pseudonimie "Romeo" i łączniczki "Akme". Bohaterowie przechodzą przez ogarniętą walkami Warszawę, na swej drodze spotykając wielu przypadkowych bohaterów: żołnierzy, cywilów, dzieci, niemieckich żołnierzy. Kroki ich wszystkich skrzyżują się na ulicy Kilińskiego, gdzie rozegra się jeden z najkrwawszych epizodów Powstania. Starówką wstrząsa eksplozja tankietki - pułapki...

Trzeci scenariusz , autorstwa Jarosława Wójcika, powala sentymentalizmem, który wzruszyć może wszystkich, bo to, w opinii Jury, materiał na "subtelny i przejmujący film dla każdej widowni, również bardzo młodej":

Bohaterem "1944 Odyseja" jest powstaniec, który porzuca walkę, by dotrzeć przez ogarniętą walkami stolicę do ukochanej żony. Powstańczy Odyseusz pokonuje nierealną na pozór drogę z Woli, poprzez Starówkę, śródmieście, aż na Mokotów. Powstanie ogląda z perspektywy zrujnowanych ulic, piwnic w zniszczonych kamienicach i kanałów. Obserwuje cierpienie i lęk zwykłych ludzi. W wielodniowej tułaczce Jerzemu towarzyszy niezwykły nowy przyjaciel: mały Franek, który marzy roznoszeniu listów i czapce listonosza. Razem z Jerzym zostają powstańczymi listonoszami, donosząc - lub nie - listy od członków rozrzuconych po mieście rodzin.

Cudownie poprawne politycznie i niezmiernie wygodne. Bezpieczne, szablonowe i zachowawcze.

Powstanie Warszawskie można ukazać na wiele różnych sposobów, poczynając od bogoojczyźnianej elegii, a skończywszy na abstrakcyjnej postmodernie. Nie chodzi jednak o to, aby iść w bełkotliwe ekstrema. Celem jest stworzenie filmu, który okaże się sukcesem. Tak po prostu, tak zwyczajnie - sukces, czyli dobry film, który utemperuje język nieznośnych krytyków i przyciągnie do kin miliony widzów. Pozwolę wyrazić nadzieję, że film będzie pozbawiony natrętnego banału i krzykliwego zadęcia, bo te, w połączeniu z przeciętnym wykonaniem technicznym, spowodują oczywisty odruch wymiotny. Przyznam, że paw zbliża się do gardła nieubłaganie, także gdy widzę niebezpieczny mariaż polityki i sztuki szukających w sobie nawzajem wsparcia.
Zachwyt nad pomysłowością polskich decydentów wykładających grube miliony na produkcję jest zasadny, po premierze nie ma zmiłuj, jeśli będzie kiepsko. Po pierwsze, musi znaleźć się reżyser, o którym nie wystarczy powiedzieć "zdolny". Odważnie, kontrowersyjnie i oryginalnie - musi działać w ten sposób. Bez zbędnego asekuranctwa i oglądania się na oczekiwania kilku polityków (a tych było sporo przy ogłaszaniu wyników konkursu, na czele z prezydentem RP - każdy oczywiście deklarował pomoc). Po drugie, modlę się o zignorowanie ogranych twarzy polskiego kina i telewizji, bo w tym kraju są jeszcze inni aktorzy prócz Chyry, Szyca i Żebrowskiego, a to o nich mówi się zawsze i wszędzie w kontekście nowych hiperprodukcji. Jasne, to gwiazdy przyciągają przed ekran, to na ich widok ślinią się prawie wszyscy, ale... Pamiętacie niedawny, genialny film Paula Greengrassa "Lot 93"? Obsada kompletnie pozbawiona znanych nazwisk, ale nie z powodu producenckiego sknerstwa - łatwiej się bowiem identyfikować emocjonalnie z bohaterami, którzy pozostają anonimowi i przez to bardziej realni, bardziej podobni do Ciebie, drogi czytelniku. Owszem, to zupełnie inna historia, tło, ludzie. Ale zabieg Greengrassa szalenie intrygujący, czyż nie? Brytyjski reżyser udowodnił, że komercyjny szlagier nie musi się podpierać sezonowymi gwiazdkami, wystarczy ciekawa historia. Casus polski? Proszę bardzo - Krzysztof Krauze, najlepszy obecnie polski reżyser, który w swoich filmach zatrudnia aktorów szerzej nieznanych i mimo wszystko zawsze triumfuje. Gdyby oddać w jego ręce jeden ze scenariuszy... Nie spodziewam się jednak śmiałych posunięć specjalistów od castingu, choć wrodzona naiwność nie pozwala mi w to nie wierzyć.



DRACULSKI


Aż mnie zamurowało. Oto polski twórca pragnie dokonać ekranizacji powieści Brama Stokera! Taki zamiar może mieć grupka zapaleńców z praskiego podwórka, która pragnie dać upust swej fantazji nawiązując do czołowego wampira świata, ale tutaj mamy do czynienia z produkcją ze wszech miar komercyjną. Twórca tejże, Grzegorz Lewandowski, wsławił się na festiwalu w Gdyni filmem "Hiena", który okazał się podobno bardzo porządnym thrillerem z elementami horroru. Idąc za ciosem reżyser postanowił strawestować opowieść o zmorze Karpat umieszczając akcję w roku bieżącym w okolicach Kotliny Kłodzkiej, gdzie pojawi się spragniony krwiopijca. Niby można zakrztusić się śmiechem zapoznając się z lakonicznym zarysem fabuły, ale odstawmy na bok ironię. Film ma mieć spory budżet wielkości 4 mln złotych i profesjonalne zaplecze techniczne. Może to być niezły film przygodowy, straszący, z niewielką dawką społecznych akcentów. Myślę, ze jeżeli dojdzie do tego dobra muzyka, a mierzymy najwyżej, dobre efekty specjalne, to na pewno będzie to obraz na poziomie - zapewnia reżyser. Cóż, wypada przyklasnąć i niecierpliwie przebierać nogami w oczekiwaniu na przyszłoroczną premierę. Tak, jestem śmiertelnie poważny.



ŻÓŁTA KPINA


Dlaczego, dlaczego, dlaczego do ciężkiej cholery "Simpsonów" nie ma w Polsce? W Stanach zadebiutował właśnie osiemnasty sezon przygód sfrustrowanej rodzinki z przedmieść Springfield, natomiast w naszym absurdalnym kraju Simpsonów można spotkać w jeden sposób - korzystając ze słynnych torrentów. Wszystkie telewizje mają w dupie Homera, dystrybutorzy dvd podobnie ostentacyjnie ignorują jeden z najlepszych seriali w historii telewizji. Pamiętam, że ponad chyba 13 lat temu TVP powodowała, że około 18.00 podwórka pustoszały, bo zapoznanie się z dziwactwami Simpsonów było rozrywką obowiązkową. To serial niebanalny, który naśmiewał się z ludzkich słabości używając do tego delikatnego cynizmu i sporej dawki ironii. Kpił, ale inteligentnie, bez popadania w wulgarny ton. Rzecz bez wątpienia kultowa, która zasługuje na to, aby o niej pamiętać, nawet wtedy, gdy dystrybutorzy pokazują nam figę. W lipcu przyszłego roku "Simpsonowie" pojawią się po raz pierwszy na ekranie kinowym i z pewnością osiągną duży sukces, jest więc nadzieja, że rodzimi telewizyjni szefowie pójdą po rozum do głowy i coś w tym temacie zrobią. Jeśli nic się nie ruszy, to będę pierwszym, który będzie namawiał do piractwa. A stąd możecie zassać teaser długometrażowych żółtych ludzików.



KROWA DAJE MLEKO


David Lynch jest artystą wyjątkowym. Nie dość tego jednak - to również sprytny marketingowiec. Kilka dni temu zaczął promocję najnowszego arcydzieła (nie, jeszcze nie widziałem, ale jestem o nieprzeciętności przekonany) INLAND EMPIRE wychodząc na ulicę z... krową i plakatem Laury Dern, na którym widnieje napis "For Your Consideration". I to się nazywa niebanalna kampania promocyjna! Surrealistyczna otoczka wzmocniona została plakatem, na którym widniał taki oto napis: "Bez sera nie byłoby Inland Empire". Nie mam pojęcia, czy o coś głębszego nie chodzi, być może istotna jest tylko krowa. Albo ser. Może mleko? Wszak Lynch mówi "Cheese is made from milk". W każdym bądź razie, na INLAND EMPIRE pójdę z butelką mleka.

















I na koniec nieśmiały donos dla koleżanki Artemis rozkochanej w plotkach ze świata hollywoodzkiego blichtru.
Szok, niedowierzanie, skandal! Angelina Jolie i Brad Pitt zrezygnowali z castingu na nowe dziecko! Podobno przestraszyli się tego, co media zrobiły biednej Madonnie, która niedawno kupiła małego Malawińczyka. Nie znam szczegółów i w sumie mam je gdzieś, chciałbym tylko powiedzieć, że gwiazdy są zdrowo popieprzone.


Napisz do autora Podyskutuj na forum Powrót do wyboru


Wyślij e-mail Autor felietonu:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
15.11.2006