|
|
|||
|
|||
|
Minął miesiąc od ostatniego odcinka CF, przez co wiernych czytelników (tak, są tacy, nawet listy piszą!) muszę poprosić o rozgrzeszenie, albowiem kajam się pokornie i szczerze. Chwilowa absencja to wynik nawału obowiązków, które zwalają się zazwyczaj na człowieka właśnie pod koniec każdego roku. Nie zagłębiając się w szczegóły muszę wyjaśnić, że poniższe felietony, jak i inne teksty, które zdarza mi się na stronie KMF popełnić, nie są działalnością sponsorowaną przez nikogo - tym samym odpowiadam na pytanie niejakiego Tomka, który zapytał mnie mailowo całkiem niedawno, ile biorę za pisanie. Nic nie biorę, robię to, co robię, aby podbudować własne ego bezczelnie dokonując niekonstruktywnej krytyki i dając światu parę bezcennych przemyśleń. Amen. CINEMA ZNIKA
Chciałbym poczuć doskwierający co wieczór smutek, ale nie potrafię, nie mogę, nic nie czuję. "Cinema" to było bardzo słabe filmowe pismo i na nic zdają się tu wątpiące pochrząkiwania. Od pierwszego numeru redakcja oraz wydawca nie byli w stanie zaproponować nic, co by w jakiś sposób czytelnika ujęło, zafascynowało, oczarowało i intelektualnie przekręciło. Był to taki mizernej jakości tabloid, w którym obok zdjęcia na półtorej strony pojawiał się akapit z kilkoma lakonicznymi zdaniami. Albo recenzje - zazwyczaj gorsze niż przeciętne, krótkie i płytkie niczym filmowy alfabet Mossakowskiego z telewizyjnej Gazety. Ostatnio (od zeszłego roku) coś jakby drgnęło: przyszedł nowy naczelny, Bartek Fukiet, nastąpiła znacząca poprawa np. Dux zaczął podsyłać do redakcji teksty, a sam KMF miał kącik z wpadkami. Ale szczerze muszę przyznać - zniknięcia gazety nie żałuję. A nuż Krzysztof Lipka-Chudzik wróci na łamy Stopklatki i będzie drapał trochę mocniej swym kolcem? A może "Cinema" powstanie za kilka miesięcy jak feniks z popiołów, wszak podobna sytuacja podobno się już parę lat temu zdarzyła? Wiemy jedno - zostaje hermetyczne i stetryczałe "Kino", przy którym onanizują się zawodowi filmoznawcy , oraz "Film", który staje się powoli pierwszej klasy tabloidem z Marcinem "pytanie na śniadanie" Prokopem za biurkiem rednacza. Co do "Filmu" - zmienia się wydawca! Hachette zamierza pożegnać się z tytułem, bo trafia on do coraz mniejszej liczby czytelników. Podobno trzeci kwartał tego roku przyniósł hiobowe wieści o spadku sprzedaży o ponad 50% w stosunku do tego samego okresu w zeszłym roku. Jak długo gładkolicy Prokop będzie figlarnie spoglądał na czytelników? Przyjmuję zakłady: 1:1,1 - do końca lutego; 1:2 - do końca czerwca; 1:22 - do końca roku 2007. A może czas na debiut KMF w formie drukowanej? KRUCYFIKSEM W SKROŃ
Ha, będzie serial, który spowoduje moherową rewolucję na ogólnoświatową skalę. Jedna z amerykańskich telewizji - i to niezawodne HBO! - zakupiła prawa do ekranizacji komiksu autorstwa Gartha Ennisa, północnoirlandzkiego antychrysta. "Kaznodzieja" to opowieść o pewnym duchownym, który (dosłownie) szuka Boga, który (dosłownie) opuścił Niebo. Jest bluźnierczo, kontrowersyjnie, wulgarnie. Jest wyuzdany seks i krew na ścianie, na podłodze, stole, krześle, szybie, podkoszulku, rękawie i piasku. Będzie miło, tym bardziej, że historia Jesse Custera jest przepełniona błyskotliwym i cynicznym komentarzem filozoficzno-socjologicznym.Co mnie martwi - za scenariusz odpowiada niejaki Mark Steven Johnson, który spłodził film koszmarny czyli "Daredevila", a przed chwilą zakończył realizację "Ghost Ridera", który wygląda równie intrygująco jak przygody ślepego Bena Afflecka. Oby "Kaznodzieja" nie był podobnie bezstylowy. HOMO DIGITALIS
Nadchodzi ten dzień, na który wszyscy czekają, lecz którego wszyscy się również obawiają. Będzie to wydarzenie porównywalne do pojawienia się dźwięku w filmie, albo "Borata" w kinach. Pewien słaby żydowski reżyser, Rob Cohen, odpowiedzialny za dresiarskie kino typu "Szybcy i wściekli" i "xXx", staje na czele rewolucji - chce w dość bezczelny sposób sprowadzić na ekran Bruce'a Lee. Tak, TEGO Bruce'a Lee, który nie żyje od kilkudziesięciu już lat, a który ma być wirtualnie stworzony przez firmę Digital Domain. Pierwsza myśl - przepraszam za kolokwializm - chyba ich permanentnie pojebało. Kto o zdrowym rozsądku, z czynnymi zwojami mózgowymi, mógłby podjąć się tak bezmyślnego zamachu nie tylko na człowieka, który spoczywa w spokoju od wielu lat, ale i osobę-instytucję, legendę, której towarzyszy kult związany zarówno z talentem, jak i tragicznym końcem aktorskiej kariery. Tak się po prostu nie robi, trupa się nie tyka. Z drugiej jednak strony taki pomysł na wskrzeszenie brzmi bardzo podniecająco. Jeśli efekt komputerowy będzie w sugestywny sposób oddawał rzeczywistość, to Rob Cohen wraz z ekipą stworzą coś na kształt celuloidowego precedensu - na potrzeby filmu wykreują człowieka, który może i będzie oddychał pikselami, ale jednocześnie będzie żył, grał, pocił się, mrugał oczami i wchodził w bezpośrednie interakcje z homo sapiens. Gdyby się udało, to już wkrótce obejrzymy komedię romantyczną z Audrey Hepburn w roli głównej, nostalgiczny thriller z Jamesem Stewartem, kryminał z Humphreyem Bogartem i western z Johnem Waynem. Może już niedługo nie trzeba będzie oglądać się na aktorów, którym mięsień wiotczeje, klata się zapada, a libido opada. Taki Harrison Ford może zdziadzieć do reszty, a i tak pojawi się na planie z cyfrowo odmłodzonym "dublerem", co kłopotem dla twórców czwartej części Indiany raczej być nie powinno. Problem pojawi się wtedy, gdy komputerowa Marilyn Monroe będzie musiała zagrać jak prawdziwa Marilyn Monroe. I z tym zakalcem będą musieli poradzić sobie twórcy. Życzę wszystkiego najlepszego. THIS IS SPARTA!
W powietrzu unosi się testosteron i kwaśny pot ze spoconego męskiego torsu. Elementy liryczne i emocjonalne ograniczono do minimum. Króluje za to archetypiczna męskość, bojowość, heroizm, braterstwo i nieustraszoność. Faceci krzyczą, plują, skaczą, złoszczą się, klną, zabijają - obraz Zacka Snydera zapowiada się na doskonały filmowy steryd, który nieśmiałych umotywuje do większej odwagi, a u tych bardziej zahartowanych spowoduje szybszy przepływ krwi w pobliżu gruczołu krokowego. Niewątpliwie to uczta dla duszy. Zmysły połechcone zostaną efektownym tłem i ostrzejszymi dźwiękami (oby Nine Inch Nails, błagam!), z tego też powodu film ten zdaje się być jedną z najważniejszych premier przyszłego roku. Jeśli nie najważniejszą (bo chyba nie "Spiderman 3", dajcie żyć). Polski tytuł "300tu Spartan" bulwersuje kinomaniackie grono, choć według mnie tłumaczenie jest dość trafne, bo z marketingowego punktu widzenia czytelniejsze dla potencjalnego widza. "300" to abstrakcja, "300tu Spartan" to zapowiedź historycznej bijatyki na miecze, noże i kamienie. Tak dobrego zwiastunu nie było od czasu trailera "Sin City". Czekając na pojawienie się filmu na ekranach kin warto odwiedzić siłownię. NOMINACJE DZIENNIKARZY
W zeszłym tygodniu pojawiły się nominacje. Według podpisanego poniżej Złote Globy zasługują na większą uwagę niż przeceniane Oscary z prostego powodu: głosują dziennikarze, nie branża filmowa, więc cała impreza odbywa się w sposób mało zobowiązujący, nie tak sztampowy i przewidywalny, jak bywa często z Oscarami. Ponadto obiektywizm dokonanego wyboru zdaje się być większy, bo nominacje nie ograniczają się do pięciu tytułów (siłą rzeczy Akademia Filmowa zawsze kogoś niesprawiedliwie pomija), a do dziesięciu, tutaj, jak wiadomo, ułożonych w dwie grupy - komediowo-musicalową i dramatyczną. A jeszcze telewizja - nie będzie zbyt wielkim przegięciem, jeśli powiem, że wybitnie dobrych seriali tv pojawia się więcej niż wybitnych filmów. Istnieje jeszcze cała wielka kupa argumentów przemawiających za tym, że to Złote Globy są najważniejsze, ale nie czas tu i miejsce na zbędne dywagacje.W tym roku nominacje dość nieprzewidywalne. Po pierwsze kilku tytułów wśród nominowanych bardzo brakuje, niektóre są zwyczajnie zbędne. Do tych pierwszych zaliczę kompletne zignorowanie "Ludzkich dzieci", wg wielu (np. wg hOPSa i Artemis, znanych piewców geniuszu Alfonso Cuarona) arcydzieła kina nie tylko sf. Ponadto zlekceważono bardzo ważny "Lot 93" Paula Greengrassa oraz olano "INLAND EMPIRE" w reżyserii Davida Lyncha, co już jest niesłychaną zbrodnią na sztuce. I wcale nie żartuję. Do tych drugich, przecenianych, chętnie zaliczę "Infiltrację", która jest dobrym filmem, ale bicie piany z zachwytu jest przegięciem: Martin Scorsese potrafi robić lepsze filmy i to na podstawie oryginalnych scenariuszy. "The Departed" to tylko remake - owszem, ładny i ciekawy, ale to tylko przeróbka genialnego hongkongskiego "Infernal Affairs". Znajomość pierwowzoru umniejsza większość zalet filmu Scorsese, niestety. Inny tytuł - "Diabeł ubiera się u Prady". No litości, to wyłącznie miła w konsumowaniu filmowa kanapka, której zawartość nie dostarcza ponadprzeciętnych sensualnych doznań. Takie bezsmakowe przekąski zjada się w niedzielne popołudnia przed obiadem, a nie podaje w ekskluzywnej restauracji. Jakby nie było - szczerze kibicuję najnowszemu i wyśmienitemu dziełu Alejandro Gonzalesa Inarritu pt. "Babel" oraz "Little Miss Sunshine", bo to film cudownie orzeźwiający (koniecznie zapłaćcie za bilet, bo film pojawi się w kinach już w styczniu!) CZY KTOŚ Z PAŃSTWA POPEŁNIŁ LUDOBÓJSTWO?
Krzysztof Krauze jest obecnie najwybitniejszym reżyserem polskim, więc jego kolejne filmy zawsze będą wydarzeniami na naszym lichym filmowym podwórku. Autor "Placu Zbawiciela" wyjechał wraz z żoną do Afryki, aby rozpocząć pracę nad historią miłości młodej, czarnej lekarki i europejskiego lekarza. W tle - uwaga - pamiętny konflikt Hutu i Tutsi. O ludobójstwie w Rwandzie w 1994 (w krótkim czasie zginęło milion osób!!) powstaje coraz więcej filmów, przy tym z każdym z nich wypada się zapoznać - większość zapewne kojarzy tylko "Hotel Rwanda", lecz są jeszcze - równie znakomite - "Sometimes in April" i "Shooting Dogs". Krauze z tematyką zmierzy się zapewne w sposób jedyny możliwy czyli pozbawiony taniego sentymentalizmu, bliższy rzeczywistości odartej ze sztuczności, autentyczny emocjonalnie, co może skutkować powstaniem dzieła wyjątkowego pod względem i treści, i formy. Jestem co do tego święcie przekonany. Ciekawe tylko, czy reżyser zdecyduje się na zachowanie tytułu tożsamego z tytułem opowiadania (i tytułem widniejącym kilkanaście wersów wyżej) autorstwa Wojciecha Albińskiego, na podstawie którego stworzony zostanie scenariusz? Byłby to krok intrygujący, nośny i marketingowo odważny. W kolejnym odcinku CF pojawi się m.in. zwięzła i złośliwa analiza krytyki filmowej w polskim internecie. W czasie najbliższego weekendu spodziewajcie się więc od fetyszysty życzliwej pocztówki świątecznej i wypatroszonego karpia.
|
|||
|