Strona główna KMF

CELULOIDOWY
FETYSZYSTA
#6



Zjadłem dzisiaj gorącego psa, popiłem pepsi, więc tym razem będzie bardzo amerykańsko, bo kilka ciekawych newsów się pojawiło, w tym przedziwna wiadomość od hOPSa.





TELEPACI Z PIŁĄ

Twórca pomysłowego kina tortur, Darren Lynn Bousman, odpowiedzialny za idiotyczne sequele "Pił", zabiera się za remake SCANNERS, kultowego (w pewnych kręgach) filmu Davida Cronenberga.
Na wiadomość o kolejnej przeróbce horroru spoglądam zazwyczaj z niekłamanym politowaniem dla wynędzniałej kreatywności młodocianych twórców, tym razem jednak zaczęła mi skakać powieka. Ostatni raz tik podobny do wspomnianego zdarzył się przy okazji "Psychola" Gusa van Santa - to był jeden z najbardziej niepotrzebnych filmów w historii X Muzy, z którego powstania aż do dzisiaj musi tłumaczyć się, skądinąd znakomity, reżyser. Obecnie wysuszone mózgi amerykańskich producentów coraz częściej sięgają po dzieła klasyczne, których powtórna realizacja ma przynieść kupę zielonych. Ta dość - przyznaję - naiwna konstatacja nabiera siły, gdy myślę o nadchodzącej nowej wersji "Scanners". Zdawać by się mogło, że historia telepatów, których zdolność do eksplodowania głów jest wykorzystywana przez rządową administrację, brzmi jak tani horror nadawany po północy w telewizji kablowej, ale tak nie jest. Z jednego istotnego powodu: David Cronenberg. Specyficzne napięcie, emocjonalna surowość, cielesność i głębia przekazu stanowią o wyjątkowości tego reżysera i nie mówię o tym tylko dlatego, że jest on jednym z moich ulubieńców, ale grzecznie chciałbym zwrócić uwagę na fakt taki, iż jego filmach nie chodzi tylko o efektowne wybuchanie mózgów i brudzenie juchą ścian. Nie chcę przez to powiedzieć, że nowa wersja "Scanners" będzie kiepska - bo taka być przecież nie musi - ale obserwując współczesny trend do hurtowego tworzenia remaków horrorów, które są ładne, lecz głupie i schematyczne, większych nadziei mieć nie mogę.


JEDWABISTA BAJERKA NA PEŁNEJ LAMBADZIE

Wszyscy wiedzą, gdzie spędzał czas Quentin Tarantino przed tym, jak tyłkiem zasiadł na reżyserskim krześle. Nie wiem co porabiał w Meksyku Robert Rodriguez, ale mniemam, że wysiadywał co najmniej 8 godzin dziennie przed telewizorem. Ci dwaj panowie, o niewątpliwie kinomaniackim rodowodzie, łączyli siły już nie raz i nie dwa ("Cztery pokoje", "Desperado", "Od zmierzchu do świtu", "Sin City"), a już niedługo pokażą światu dwie pełnometrażowe nowele pod wspólnym tytułem GRINDHOUSE. I projekt ten zapowiada się wyłącznie zajebiście, jeśli mogę użyć tak mało wyszukanego kolokwializmu. Owa zajebistość ogarnia wszystko - począwszy od fabuły ostentacyjnie efekciarsko-kiczowatej utkanej z klisz, przez stylowe postery i zwiastuny, a skończywszy na trailerach fikcyjnych arcydzieł kina klasy C wplecionych do obrazu (np. "Werewolf Women of the SS" Roba Zombie z Nicholasem Cagem w roli Dr Fu Manchu), których zadaniem będzie wywołanie orgazmu u publiczności i tak wystarczająco rozentuzjazmowanej. Tarantino zaserwuje "Death Proof" z Kurtem Russelem biorącym na przejażdżki słodkie dziewczęta, a Rodriguez zapoda opowiastkę "Planet Terror" o dzielnym szeryfie na wojnie z żywymi trupami.
Seks, przemoc, Crazy Babysitter Twins, zombie, karabin zamiast nogi i inne ekstrema podane w sosie mało poważnym. Tadeusz Sobolewski będzie marudził, że to film skrajnie bezsensowny, ale malkontenctwo miłośników kina filozoficznie zaangażowanego nie zmieni jednego - to jedna z najważniejszych premier tego roku. Miodny trailer tutaj.



EMERYT Z BICZEM

Nareszcie! Steven Spielberg wespół z Georgem Lucasem wybrali scenariusz czwartej odsłony INDIANA JONES po latach mylenia tropów i ignorowania błagań i modlitw o kolejną część najlepszej przygodowej serii w dziejach tego świata. David Koepp (odpowiedzialny za "Wojnę światów", "Zathurę", "Sekretne okno" i "Spidermana" - wymieniam tylko te ostatnie) napisał tekst, który zadowolił dwójkę najbardziej wybrednego tandemu ostatnich lat. Czerwiec tego roku to data rozpoczęcia zdjęć, a premiera ma nastąpić w maju przyszłego roku. I nie wiadomo nic więcej. To nic, że kreatywność Lucasa jest do bani, czemu dał dowód tworząc koszmarne Nowe Epizody, a Harrison Ford w tym roku oficjalnie staje się emerytem (poza tym, nie zagrał od wielu lat w niczym dobrym) - cała nadzieja w Spielbergu, który zaskakuje równą, czyli bardzo wysoką, formą, oraz w scenariuszu, który musi być tylko wybitnie dobry. Hitem będzie, nie ma wątpliwości, pobije wszystkich "Piratów" i "Potterów", ale czy spełni oczekiwania, które już teraz są wybitnie wysokie? W jasnowidza nie będę się bawił, ale będzie trudno.


POWRÓT KRÓLA

Kolejny projekt - AVATAR - rusza z kopyta,a podpisuje się pod nim nie kto inny, jak król świata, James Cameron. To już 10 lat minęło od premiery "Titanica" i najwyższy czas przypomnieć, kto w świecie filmowej rozrywki rządzi niepodzielnie! Nie wiem jak wy, ale ja jestem przekonany, że "Avatar" będzie najważniejszym filmem SF nie tylko tej dekady. Cameron nie będzie bawił się w kopiowanie popularnych idei, nie będzie powielał tanich schematów - on stworzy zupełnie nową jakość windując poziom jakości wykonania w rejony obecnie nieosiągalne. Co ciekawe, w rolach głównych obsadził aktorów praktycznie nieznanych - Sama Worthingtona i Zoe Saldana - i jest to decyzja bardzo odważna, świadcząca jednocześnie o nieprzeciętnej pewności twórcy "Aliens", "Terminatora" i "Otchłani" odnośnie scenariusza i sposobu realizacji. Facet przez ostatnie lata testował najnowocześniejsze techniki przy tworzeniu filmów dokumentalnych ("Głosy z głębin", "Obcy z głębin"), ma również raczej nieograniczone finansowe wsparcie 20th Century Fox, a za jakość efektów specjalnych będzie odpowiadała obecnie najlepsza firma na rynku, czyli nowozelandzka Weta Petera Jacksona.
Jest się czego obawiać? Zdecydowanie nie, choć historia wojennego weterana trafiającego na obcą planetę, gdzie zakochuje się w kosmitce, nie brzmi poważnie. Ale pamiętajcie - to James Cameron, który zrobił tylko kilka filmów, lecz o każdym z nich łatwo powiedzieć, że jest genialny w swojej klasie. Czyżby "Avatar" był najbardziej oczekiwanym filmem XXI wieku? Zgrzytam zębami, popijam kawę, zagryzam ciastkiem i czekam na rok 2009.


SZATAN Z WELMERSKIRCHEN

Najgorszy reżyser naszych czasów, osławiony Uwe Boll, kręci film za filmem i nic go nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją kolejnych wiekopomnych szmir. Łysy Niemiec ma - uwaga! - doktorat z literatury wydany mu na Uniwersytecie Kolońskim, więc duma go rozpiera, czemu daje wyraz w porównywaniu własnego talentu do tego posiadanego przez Sergio Leone czy Davida Lyncha. Niestety, temu bufonowi daleko nawet do nieodżałowanego Eda Wooda. Powiedzieć o filmach Bolla, że są nędzne, to za mało - wiadomo, że są złe, kłopot w tym, że nie są śmieszne, a tylko życzliwy rechot na np. zakrapianej imprezie mógłby ratować te gnioty od permanentnej porażki. Co najciekawsze, po koszmarnych "House of Dead", "Alone in the Dark" i "BloodRayne", Uwe Boll wciąż ma kasę na kolejne ekranizacje gier komputerowych! Nic to, że te obrazy ponoszą spektakularne klęski finansowe; Boll olewa szyderstwa krytyków i widzów. Ma swoją firmę, Boll KG, która odnajduje sponsorów wykładających miliony dolców na kolejny filmowy wytwór ambicji reżysera. W roku 2007 do kin zawitają: horror "Seed" oraz dwie ekranizacje gier - "Dungeon Siege" i "Postal". Ta pierwsza adaptacja, której pełny tytuł brzmi "In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale", zgromadziła sporą grupę mniejszych i większych gwiazd:
- Jason Statham (w głównej roli, wieśniaka)
- Ray Liotta
- Burt Reynolds
- John Rhys-Davies
- Ron Perlman
- Claire Forlani
- Matthew Lillard
- Lelee Sobieski
- Kristanna Lokken

Budżet - 60mln $ i można śmiało założyć, że większość kasy poszła na gaże aktorów, którzy zostali zwiedzeni przez tajemnicze moce niemieckiego szarlatana. Przyszły rok to ekranizacja "Far Cry", sequeli "BloodRayne" i "Alone in the Dark", a być może i "Metal Gear Solid". Kiedy Niemcy przeproszą za Uwe Bolla?


MOJE PRZEWIDYWANIA

Obstawiam w Lotto:
- "Spiderman 3" pobije wszelkie rekordy kasowe (choć oczywiście "Titanica" nie pobije, nie ta bajka);
- "300" i "Grindhouse" z miejsca osiągną status kultowych;
- "Post Mortem. Opowieść katyńska" podbije polski box-office, zachwyci krytyków i rozczaruje publiczność;
- kolejny "Hannibal" będzie niewypałem artystycznym i finansowym;
- "Zodiak" Finchera okaże się przeciętnym thrillerem;
- "Ryś" nie będzie się podobał;
- "Dlaczego nie!" będzie się podobał;
- nowy "Potter" zarobi najmniej ze wszystkich dotychczasowych ekranizacji powieści Rowling;
- "Szklana pułapka 4" będzie najlepszym filmem sensacyjnym roku;
- "Shrek trzeci" się znudzi...
- ... podobnie jak kolejne komputerowe animacje;
- a najlepszym filmem roku będzie ten, o którym teraz nikt nie myśli.


Krótki donos od hOPSa:

Na festiwalu w Sundance, który rusza już 18 stycznia, premierę będzie miał przedziwny film dokumentalny ("ZOO"), skupiający się na postaci Kennetha Pinyana, słynącego z uprawiania seksu z ogierami (tak jest, z końmi! o żesz w dupę!) Amerykanina, który zginął śmiercią tragiczną w czasie jednego ze stosunków - jego organy wewnętrzne w pewnym momencie po prostu nie wytrzymały. Najwidoczniej człowiek nie jest fizycznie zdolny do przyjęcia 80-centymetrowego końskiego członka we własny odbyt. Link tutaj
Jeszcze nie słyszałem o tak popieprzonym pomyśle na film dokumentalny / film festiwalowy. Sundance nie przestaje mnie zadziwiać. Desjudi, może jakiś felietonik na ten temat strzelisz? :)


Chryste panie na gumowym bananie...




W kolejnym numerze będzie więcej seksu.


Napisz do autora Podyskutuj na forum Powrót do wyboru


Wyślij e-mail Autor felietonu:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
09.01.2007