Strona główna KMF

CELULOIDOWY
FETYSZYSTA
#7



Słuchajcie, przepraszam za dłuższą nieobecność. Popadłem w małą dilbertozę, więc musicie mnie zrozumieć. Być może to choroba przejściowa, być może przewlekła, na pewno jednak - doskwierająca. Słowo harcerza: systematycznie będę robił pompki, jadł kiełki i regularnie fetyszyzował.





SPÓŹNIONY KOMENTARZ POOSCAROWY (bo dlaczego by nie)


Niemalże miesiąc po rozdaniu złotych rycerzyków rozgrzane głowy trochę się ochłodziły, emocje zastąpił rozsądek, a okrzyk rozpaczy, jeśli takowy ktokolwiek wydał, wspominają jedynie wyrwani ze snu sąsiedzi, a nie poirytowani kinomani. Ceremonia była nudna, nadęta i nieciekawa. Publiczność oklaskiwała co najwyżej dobre filmy, których wybitności dostrzec, przynajmniej ja, nie potrafię, choć oczywiście w swym osądzie mogę się mylić, wszak wielu z nominowanych nie widziałem (podskórnie jednak czuję, że żaden z filmów nie porazi i nie zapisze się na dłużej w pamięci). Całą galę olałbym bez żadnych skrupułów, gdyby nie dwie sprawy, o których nie wspomnieć nie wypada i które wywołały najżywsze dyskusje na forach dyskusyjnych, przy milczącym, a przynajmniej niewyraźnym i spóźnionym, komentarzu ze strony dziennikarskich prasowych i telewizyjnych hien. Otóż brać internetowa solidarnie była zbulwersowana polskim studiem oscarowym, które nazwała - najdelikatniej mówiąc - hucpą, skandalem i grandą. Epitety te końca nie oddają rozpaczy widzów, którzy zostali zmuszeni do przyglądania się bezsensownej błazenadzie Wielkiej Trójki z telewizyjnego, bardzo zacnego zresztą, Łossskotu. Wylansowani, wyluzowani, przypudrowani chłopcy siedzieli sobie na tapczanie, ewentualnie w fotelu, i byli, ot tak trwali, przysypani popcornem, rozglądający się na boki z trwogą i szyderstwem na ustach, które to szyderstwo sensu było pozbawione i zdrowego, pozytywnego cynizmu. Chłopcy alternatywni duchem i ciałem? Być może, szkoda tylko, że zwyczajnie zagubieni w swej kpinie, bo nie wiadomo w końcu: oni tak zawsze, czy na chwilę, znaczy dla jaj. Jeśli to pierwsze, to gorzej dla nich, bo beztalencia z życia kulturalnego należałoby usunąć; jeśli natomiast o zgryw chodziło, to chłopaki rzeczywiście porazili widzów - głupotą raczej niż bystrością swej intelektualnej wolty.

Kwestia druga, znacznie poważniejsza, wcale mniej prowokująca: nagrody dla "Infiltracji". Świetny film, nieprawdaż? Gdyby poprosić zawiedzionych widzów o podniesienie ręki, to w tłumie zadowolonych nie byłoby ich widać. Martin Scorsese zrobił naprawdę dobry film, który jednak nie wiedzieć czemu podniecił tak Akademię Filmową. W kinach pojawiły się bowiem filmy lepsze, oryginalniejsze, świeższe, bardziej niekonwencjonalne. Scorsese zabrał się za realizację remaku - i świetnie - spodziewając się licznych braw, ale raczej nie nagród za odtwórcze, choć zgrabne, rzemiosło. Wyreżyserował co najmniej 10 bardziej zasługujących na nagrody filmów, posługując się znakomitymi scenariuszami, a nie zgrabnie napisaną amerykańską wersją azjatyckiego przeboju sprzed kilku lat, której autor absolutnie nie zasługiwał na wyróżnienie. Bo to tylko remake i już tylko z tego powodu nie powinien być nagradzany Oscarami, które z zasady wędrują w ręce twórców najbardziej w danym roku kreatywnych. W tym względzie pozostanę co najmniej nieżyczliwym widzem, a najchętniej rimejkowym szowinistą. To tyle jeśli chodzi o spóźniony komentarz.


CZUJĘ ZAPACH KRRRWIII...

"300" miażdży, zgniata i bije. Mocno. Kiedyś już wspominałem o filmie Snydera ściskając pięści w oczekiwaniu na premierę. Minęło parę miesięcy i film zadebiutował na ekranach amerykańskich kin. 70 baniek wpadło na konto producentów, więc w 3 krótkie premierowe dni zwrócił się cały koszt realizacji (do dzisiaj zarobił sporo ponad 100!) Oczywiście nie są to jakieś wielkie rekordy kasowe, o których nawet nasze wnuki będą opowiadały, niemniej kino brutalne, niemalże sadystyczne, krwawe i komiksowe nie było predestynowane do zarabiania takiej kasy! Nie ta bajka, nie dla dzieci, nie dla wszystkich i bez biczowanego Chrystusa w roli głównej.
Bardzo ciekawie prezentują się recenzje "300", które porażają albo permanentnym zachwytem, albo permanentnym odrzuceniem. Celuloidowy wzwód odczuwają niemalże wszyscy ci, którym nieobce są wytwory kultury popularnej przełomu wieków: kino akcji klasy niższej, teledyski i gry komputerowe. Przyznam, że jest to trochę niesprawiedliwe uogólnienie spychające na margines pozostałe popkulturowe inspiracje głośnego zachwytu nad Spartanami, jednak właśnie znajomość tych trzech wytworów ułatwia nie tyle oglądanie, co zrozumienie, czym jest "300". Najważniejsza jest bowiem rozpierdalająca wszystko wokół akcja (takie jest najlepsze kino sensacyjne), dynamicznie nakręcona (klipy MTV) i kreatywnie zaaranżowana (gry). Nie oszukujmy się - sceny akcji, czyli strzelanie, zabijanie, uderzanie i zgniatanie, są najlepsze, bo wywołują najmilszy rodzaj podniecenia. Nie jest to bynajmniej prostactwo (chętnie dałbym w mordę tym, którzy wyskoczyliby z takim określeniem), ale zwyczajne poddanie się efektownemu czarowi serwowanej wizji. To właśnie takie sceny świadczą o jakości dzieła i reżyserskim mistrzostwie szczególnie tych, którym bliski jest komercyjny los ich twórczości. Oczywiście, jeśli film skupia się wyłącznie na wtórnym efekciarstwie, to bardziej mierzi niźli fascynuje. Nie wiem jaką drogą podąża "300", bo filmu jeszcze nie widziałem, jednak czując w nozdrzach zapach hemoglobiny, nie powiem, że przemoc tego rodzaju mnie nie intryguje.

Opinia ze Stopklatki, niejakiego DeZa:
Pewnie będę w mniejszości, ale mnie ten film nie zachwycił. Przerost formy nad treścią, poza ładnymi wizualnie kadrami i dynamicznymi scenami walk, to nie ma w tym filmie niczego godnego uwagi. Brakuje napięcia, dialogi brzmią sztucznie, a cała historia została mocno uproszczona i przedstawiona na poziomie inteligencji amerykańskiego nastolatka. Ogląda się to po prostu jak grę komputerową, z brutalnym wykańczaniem przeciwników w zwolnionym tempie. Stylowa, ale pusta nawalanka dla dużych chłopców.

Ohh yeaaah!


COMING OUT KONDRATA

Marek Kondrat wycofuje się z kina. Ktoś uwierzył w tę ściemę? Podobno panu Markowi przeszkadza zaściankowość polskiego kina i decydentów na szczytach władzy kinematograficznej, czemu oczywiście się nie dziwię, bo skrytykować, w przeciwieństwie do pochlebiania, zawsze łatwiej, a rzekłbym nawet - zawsze słusznie.
Gorzki ton, w jakim wypowiedział odważne słowa, łatwo więc zrozumieć - i rozumie to większość z tych, którym dane jest skomentować decyzję pana Marka. Na forach dyskusyjnych rozpętała się dyskusja, w której udział wzięli w większości internauci bijący brawo dla tej odważnej decyzji. A ja się panu Markowi dziwię, że takie cierpkie bzdury przychodzi mu gadać. Nie chodzi tu tylko o to, że to świetny aktor, bo to banał, a nim poprzestać nie można. Największy kłopot z odejściem takiego aktora wiąże się z tym, że mu podobnych - diablo zdolnych, elokwentnych, powszechnie znanych - aktorów będzie coraz mniej. I nawet jeśli jest to tylko jedna osoba, jeden z setek aktorów, to jego nieobecność mogłaby niesłychanie doskwierać (mogłaby, bo, jak powiedziałem, w odejście nie wierzę).
Współczesny polski system gwiazdorski opiera się na szalenie wątłych fundamentach, które podstawą tkwią w świecie serialowym. W kinach niepodzielnie rządzą Zakościelny, Małaszyński, Foremniak, Cichopek, Szyc, Żmijewski i wielu innych, czyli zastęp telewizyjnych odkryć ostatnich lat. Niesprawiedliwością byłoby odmawianie im talentu, jednak ich aktorskie emploi gubi się w gąszczu serialowej miernoty. Ich sława ogranicza się do obecności na okładce "Gali", a prestiż budowany jest ilością stron poświęconych ich zgrabnym nosom. To oni wyznaczają trendy - i wyznaczają je na tyle skutecznie, że warto w nie inwestować, warto obsadzać w głównych rolach i rozwijać przed nimi czerwony dywan. Gdzieś zapodział się Gajos, coraz rzadziej na ekranie widać Majchrzaka, Lindę, Ostaszewską czyli aktorów wyrazistych, którzy swój wizerunek kreślą konsekwentnie, grając zawsze dobrze, zawsze wyjątkowo. Owszem, pojawiają się sporadycznie, ktoś przeprowadzi wywiad, wielu o nich pamięta, wspomina, docenia. Jednak to nie oni - i pośród nich Marek Kondrat - decydują o jakości rodzimego gwiazdorstwa. Może więc to Kondratowi przeszkadza? Trudno mi wikłać się w psychoanalityczne niuanse, tym bardziej, że oficjalny komunikat wspominał coś o mizerii polskiego kina. Po odejściu pana Marka byłoby zdecydowanie mizerniejsze, ale w rozpacz nie popadajmy i nie wierzmy w deklaracje tego typu. Są bowiem w Polsce świetni artyści - reżyserzy, scenarzyści - którzy chętnie skorzystają z doświadczenia Kondrata, jeśli tylko ten wstanie o wiosennym poranku prawą, a nie lewą, nogą.


GÓWNIARSTWO

Pod tym intrygującym tytułem kryje się film, którego zobaczyć nie zamierzam. Nie dlatego, że jest prawdopodobnie zły, bo nie musi taki być, ani też dlatego, że jego podstawą jest serial telewizyjny, bo nie jest.
Nie obejrzę "Alei gówniarzy", bo mam dość przyglądania się spieprzonemu życiu ludzi tkwiących w depresji, zwątpieniu i egzystencjalnym marazmie. Gitarzysta modnego zespołu pseudopunkowego, Cool Kids of Death, podjął się realizacji niepotrzebnego filmu, który miał, wg jego zamierzeń, stać się wykładnią losów kilku przegranych łodzian. To historia trójki brzydkich bohaterów żyjących w obskurnych kamienicach i konsekwentnie przebijających dno własnej wegetacji. Surowe kadry, psychologiczny realizm i autentyczne ponure plenery reymontowskiej Ziemi Obiecanej mają zwabić do kin rzesze Polaków.
Cóż za podniecająca wizja! Jeśli reżyser miał zamiar nakręcić film dla garstki ludzi, to kasa wyłożona na produkcję była wyrzucona w błoto. Bo czego nie cierpię i nie znoszę, to artystycznie natchnionych debiutów filmowych tworzonych przez gości, którzy nie mają pojęcia o potrzebach widzów i tworzą kino, które widzowie (nie krytycy!) ignorują. Albo jeszcze gorzej - tego typu filmy burzą wizerunek polskiego kina, bo zaspokojona reżyserska ambicja prawie nigdy nie idzie w parze z atrakcyjnością fabularną i formalną. Czy można więc oczekiwać od publiczności szacunku dla polskiego kina, skoro jest ono do widzów odwrócone plecami? Chyba o tym mówi Dux w recenzji "Testosteronu" nawiązując do "Placu Zbawiciela" - mizeria polskiego kina zaangażowanego doskwiera coraz bardziej, więc odczucia i ocena Duxa są bardzo zasadne, choć osobiście poglądu na film Krauzego nie podzielam (bo to najwybitniejszy film zeszłego roku!). Oczywiście, są komedie romantyczne Zatorskiego, pojawił się ""Świadek koronny" zwiastujący napływ serialowej jakości na ekrany kin, jednak, pomimo frekwencyjnego sukcesu kilku dzieł, nie można powiedzieć, że ilość zarobionej kasy współgra z jakością wykonania, pomimo zwrócenia się w stronę publiczności. Nie jest więc dobrze, ale nie jest aż tak źle - wystarczy zajrzeć do kina na "Testosteron" lub "Bezmiar sprawiedliwości", aby uznać, że gadam tak naprawdę bzdury.
Co do samego plakatu widniejącego obok - jak zwykle nic dobrego.


ARCYDZIEŁO NA EKRANIE!

Ależ niesamowita książka zostanie zekranizowana! "Miasto ślepców" portugalskiego noblisty, Jose Saramago, należy do tych utworów, które bez żadnych kompleksów mogą być postawione obok największych arcydzieł literatury światowej. Po pierwsze liczy się u niego pomysł - "Miasto ślepców" (albo "Ślepota") to trochę apokaliptyczna historia, w której ludzie tracą wzrok. Nie zdradzę nic więcej, powiem jedynie, że na pytanie "dlaczego ludzie oślepli" pada odpowiedź daleka od hollywoodzkiej sensacji. Powieści Saramago traktują o etyce, o moralności, filozofii, polityce, więc egzystencjalne problemy, które poruszają, na pierwszy rzut oka nie wydają się atrakcyjne, pomimo arcyciekawego punktu wyjścia (np. w "Kamiennej tratwie" kawałek lądu oddziela się od kontynentu i dryfuje w nieznaną stronę; w "Podwojeniu" opowiada o sobowtórze; w "Ewangelii wg Chrystusa" przedstawia znaną wszystkim historię opowiedzianą tym razem językiem realizmu historycznego i psychologicznego). Za realizację bierze się Fernando Mereilles, jeden z najlepszych, obok Cuarona, del Toro i Innaritu, latynoskich reżyserów, który wsławił się ostatnio znakomitym "Wiernym ogrodnikiem", a wcześniej niesamowitym "Miastem Boga". W rolach głównych świetny duet - Julianne Moore i Daniel Craig. Co cieszy, to fakt, że Craig wyrywa się jak może z bondowskich kajdan i porywa się na role, które wymagają od niego tężyzny nie tylko fizycznej, bo przede wszystkim aktorskiej. Czy film się uda? Raczej tak, bo spieprzyć dobrą i niebanalną historię trzeba umieć, a talentu Mereillesowi bozia przecież nie poskąpiła. Czekam więc z utęsknieniem i lekkim zdenerwowaniem na premierę.


PIEPRZYCENIE

Znowu o kinie polskim. Pomimo słusznych narzekań na jego jakość warto dać jednak szansę tym twórcom, którzy chcą wyrwać się z mentalnego zaścianka naszej kinematografii. Maciej Pieprzyca, twórca naprawdę niezłego telewizyjnego "Inferna", podejmuje się realizacji pogodnej komedii ze Śląskiem w tle (i nie jest to żaden oksymoron). Przede wszystkim chcę opowiedzieć o młodych ludziach, o miłości, wzajemnych poszukiwaniach. Trochę też o ślepym losie - zapowiada Pieprzyca - Ma to być historia trochę do śmiechu, chwilami wzruszająca również refleksyjna.
Czytając streszczenie, dokonane przez samego reżysera, nic ciekawego nie można powiedzieć, może oprócz wyrażenia nadziei na udane skopiowanie kina czeskiego (ha, ha, ha, już to widzę...), co będzie jednak oszukiwaniem samego siebie, bo na tak mizernie - bo odtwórczo - zapowiadające się projekty trudno mi spoglądać życzliwym okiem. Ja lubię takie słodko-gorzkie kino i będę starał się właśnie tak to poprowadzić - grzecznie zapewnia reżyser.
Bać się czy nie bać? Artystyczna kicha czy komercyjne szaleństwo? Odważnie zapowiadam to pierwsze, bo nie lubię koniunkturalizmu, nawet najbardziej niewinnego. Pieprzyca bowiem zarzucił realizację ambitniejszego "Urwiska", opowiadającego o księdzu rzucającym klątwy - skuteczne klątwy. Jakże pogańsko, jakże intrygująco to brzmi! Od PISF nie dostał pełnego dofinansowania, a przy okazji zmieniła się ekipa TVP, a to właśnie telewizja rządowa miała być głównym sponsorem. Klops, na czym cierpi reżyserska ambicja, choć rozumiem pewną bezsilność reżysera o jako-tako wyrobionej marce. Brakuje mi dużego filmu, stanowiącego jakąś wizytówkę, wyznaczającego pewną pozycję, pomocną przy ewentualnych rozmowach czy negocjacjach. Chcę, aby "Drzazgi" pomogły mi zrobić następny film i mam nadzieję, że będzie nim właśnie "Urwisko". Z tego projektu wcale jeszcze nie zrezygnowałem. Za rok, czy dwa powinienem film ten w końcu zrobić - deklaruje reżyser. Brawo za trzeźwość umysłową i rozsądek, ale nie tym zdobywa się uznanie publiczności. Idźże chłopie w stronę komercji, oglądaj się na światowe trendy i przestań słuchać mruczenia niezadowolonych krytyków - kino jest dla ludzi, co nie znaczy, że takie kino nie musi być wymagające! Trzymam kciuki, choć do końca sam nie wiem dlaczego.


Krótki list od wielbiciela dotyczący CF#5


W związku z zamieszczonym przez Pana artykule na stronie KMF, dotyczących portali internetowych wymienił Pan wiele ciekawych adresów odsyłających do portali. W podsumowania Pana wypowiedzi odnalazłem krzywdzącą uwagę na temat portali zajmujących się krytyką filmową, która dotyczy nie wymienionej w opisie strony www.arenahorror.pl . W podsumowaniu określił Pan jednoznacznie iż nie odlazł Pan innych portali godnych polecenia czytelnikom Państwa serwisu. Pomimo wpisania kluczowych słów, które Pan wymienił w tytule przy użyciu wyszukiwarki google.pl. Mam nadzieję iż to niedopatrzenie nie jest spowodowane sceptycznym podejściem do prezentowanych na stronie materiałów oraz ubogościom szaty graficznej. Moim zdaniem jest to portal rozwijający się, zyskujący uznanie internautów, w związku z czym zasługujący na wzmiankę w Pańskim artykule (-> pasja). Proszę ustosunkować się do mojej wypowiedzi, ewentualnie odnieść się do mojej wypowiedzi w formie pisemnej, ewentualnie wskazać wszelkie niedociągnięcia wskazujące iż ten portal "jest bliźniacza do siebie podobny, nieciekawy, nudny, zaśmiecający pikselową przestrzeń".
Kamil Grab


Szanowny Panie!
Niewątpliwie zacna idea, wykonanie takie sobie. Rzekłem.







PS#1. Esensjo, dzięki.
PS#2. W kolejnym numerze naprawdę będzie więcej seksu. Wyuzdanego.



Napisz do autora Podyskutuj na forum Powrót do wyboru


Wyślij e-mail Autor felietonu:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
21.03.2007