Strona główna KMF

CELULOIDOWY
FETYSZYSTA
#8



Zamknięto napisy.org. Prokuratura ma przeciwko sobie zdecydowaną większość internautów, w szczególności tych, którzy nawykli do oglądania filmów w sposób inny niż w kinie lub na DVD - i właśnie tacy, korzystający z tego rodzaju filmowych dobrodziejstw, nawet pośród czytających ten tekst, są w przytłaczającej większości zbulwersowani postępowaniem Władz Państwowych. Czy słusznie?





NAPISYGATE


Najbardziej bulwersujące wcale nie jest to, że zamknięto serwis, w którym upubliczniano napisy służące do oglądania najczęściej legalnie (!) zdobytych kopii filmu, ale to, że Policja, na wniosek Prokuratury (o tym warto pamiętać, a nie wieszać psy na psach), wpadła do domów Bogu ducha winnych twórców napisów, tłumaczy-amatorów, miłośników kina, studentów filologii obcych, jakby ci byli członkami groźnej grupy przestępczej, którą należy, dowolnymi środkami, wyeliminować z życia publicznego. Spektakl i cud propagandowy w jednym. To jest przerażające - trafić do aresztu za tłumaczenie ścieżki dialogowej! Och, te bandyctwo pleniące się na każdym kroku! Ach, ci paskudni kryminaliści niszczący dobra kulturalne!

Jestem bardzo zaskoczony decyzją o zatrzymaniu internautów. Nie znam szczegółów tej sprawy, ale nawet walcząc z tego typu piractwem, nie wyobrażałem sobie nigdy, że będzie to rozwiązywane w taki sposób - powiedział tuż po komunikacie Policji Jakub Duszyński z Gutek Film, czyli dystrybutora, który w zeszłym roku rozpoczął walkę (i to na wniosek Gutka Prokuratura rozpoczęła dochodzenie) z serwisami udostępniającymi napisy.

Kwestia legalności. Powiedzmy to sobie szczerze: PUBLIKOWANIE napisów - tworzonych legalnie na swój własny użytek - do legalnie nabytych (np. okazyjnie zripowanych bądź ściągniętych z torrenta) kopii filmów, do których prawa posiada producent (a co za tym idzie - dystrybutor), jest nielegalne. I to pomimo tego, że napisy w ten sposób tworzone są lepsze (ten argument jest mało istotny, choć wiadro pomyj zawsze warto wylać na dystrybutorów spieprzających zbyt często tłumaczenia). Mówi o tym Sąd Najwyższy:



Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna (fragment: pytanie i teza orzeczenia) z dnia 23 stycznia 2003 r. II CKN 1399/2000 OSP 2004/3 poz. 36 Biuletyn Sądu Najwyższego 2003/7 str. 11 OSNC 2004/4 poz. 62:

Wątpliwości co do tego, czy dokonanie tłumaczenia warstwy słownej utworu audiowizualnego jest jego opracowaniem i czy wobec tego wymagana jest zgoda twórcy scenariusza na wykonywanie autorskich praw zależnych do takiego utworu, pojawiały się na gruncie nie obowiązującej już ustawy z 10 lipca 1952 r. o prawie autorskim (Dz. U. 1952 r. Nr 34 poz. 234 ze zm.), która kwestii tej nie regulowała wyraźnie, a w szczególności nie zawierała odpowiednika art. 71 ustawy obowiązującej obecnie. Jednak i wówczas już przyjmowano, że łączne zezwolenie producenta i twórców filmu na opracowanie utworu potrzebne było tylko wtedy, gdy chodziło o przekształcenie filmu prowadzące do powstania nowego dzieła. Producent zachowywał natomiast wyłączne prawo udzielania zezwoleń na dokonywanie w filmie takich zmian, które są konieczne do normalnej eksploatacji filmu, a które nie zmieniają w sposób zasadniczy jego istoty. Wskazywano, że producent mógł np. zezwolić na dubbing, na pewną przeróbkę filmu dla celów telewizji, na nieistotne zmiany (np. pewne skróty) podyktowane gustami publiczności itp. Takie uprawnienia producenta wynikały bowiem z przysługującego mu prawa autorskiego do zwykłej eksploatacji filmu (por. uzasadnienie uchwały siedmiu sędziów SN z 19 lutego 1968 r. o mocy zasady prawnej, III CZP 40/67 OSNCP 1969/4 poz. 59). Dubbing ma na celu umożliwienie przyswojenia utworu publiczności nie znającej języka oryginału, a więc zakłada przetłumaczenie wersji słownej.


Dodajmy do tego Artykuł 2. z Ustawy o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych (z 4.02.1994)

1. Opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, jest przedmiotem prawa autorskiego bez uszczerbku dla prawa do utworu pierwotnego. 2. Rozporządzanie i korzystanie z opracowania zależy od zezwolenia twórcy utworu pierwotnego (prawo zależne), chyba że autorskie prawa majątkowe do utworu pierwotnego wygasły. W przypadku baz danych spełniających cechy utworu zezwolenie twórcy jest konieczne także na sporządzenie opracowania. 

I Artykuł 117 tej samej Ustawy:

Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom w celu rozpowszechnienia utrwala lub zwielokrotnia cudzy utwór w wersji oryginalnej lub w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.


I to jest jasne, przynajmniej dla tych, którzy potrafią czytać ze zrozumieniem i nie drżą na widok nowomowy prawniczej. Producent filmowy posiada prawa do utworu. Producent zezwala konkretnemu dystrybutorowi na korzystanie z utworu, w tym daje mu prawo do opracowania tłumaczenia, które jest konieczne do normalnej eksploatacji filmu.

Rozpowszechnianie napisów jest przestępstwem, tak samo jak przestępstwem jest rozpowszechnianie kopii filmów (choć Ustawa nie precyzuje ile, komu i po co, czyli jest konkretna niczym arcyprecyzyjne wypowiedzi Edgara Gosiewskiego) i zdają się o tym wiedzieć autorzy listu otwartego opublikowanego w największych portalach filmowych (również na stronie KMF). Tłumacze-hobbyści mogą jedynie wobec prawa kajać się i grać niewinne owieczki, stąd uległy ton listu, który streścić można w słowach: "nie jesteśmy tacy źli, jak nas malują, choć wiemy, że robimy brzydko. Dlatego też prosimy o zrozumienie i rozgrzeszenie, bo jest nas wielu, w różnym wieku, o różnym statusie społecznym i zawodowym, ba! są nawet niepełnosprawni".
I może właśnie tu czai się kłopot z napisami, a dokładniej z twórcami tychże - karać czy nie karać? Dura lex, sed lex? 2 lata pozbawienia wolności? Grzywna, chłosta, pozbawienie publicznych praw, zakaz wstępu do kina, ban na posiadanie komputera? A może chodzi wyłącznie o wywołanie chwilowego strachu, napięcia i niepewności? Może niepokój moralny? Kto wie, z której strony ugryźć problem ze zbrodnią i karą? W jaki sposób powinny być zabezpieczone interesy twórców i dystrybutorów? Poprzez bat bijący w plecy internautów, co do którego skuteczności można mieć wielkie zastrzeżenia, czy poprzez regulacje prawne sensownie wykluczające absurdalną nadgorliwość Władz?

Wypada postawić pytanie podstawowe, na które odpowiedź powinna paść z ust Władz - jakiego typu działania Policji i Prokuratury ograniczą piractwo? Słyszeliście kiedykolwiek z tamtej strony rzeczowy głos na ten temat? No właśnie.

TITANIC POLAŃSKIEGO?


To się nie może udać, choć miast czarnowidztwa powinienem uśmiechać się życzliwie i nie wydawać z siebie podejrzanie brzmiących negatywnych dźwięków. Ale nie mogę, nie wtedy, gdy jeden z moich reżyserów najbardziej ulubionych, twórca niekwestionowanych arcydzieł, o których wspominać nie ma sensu, chwyta się po raz kolejny projektu nie zasługującego na uwagę tej klasy twórcy, co On. Oczywiście nie mnie sądzić, co jest lepsze i właściwsze, dzięki czemu Polański odniesie sukces i gdzie powinien skierować swą uwagę, niemniej słysząc o najbliższych planach wielkiego Romana (tego naprawdę wielkiego w każdym względzie), mimowolnie nadzieja mnie opuszcza.
Zwyczajnie nie wierzę w sukces Polańskiego-twórcy kina wielkobudżetowego i spektakularnego, który z "Pompejami" podbija światowe box-officy. Fakt, temat nośny (nieuchronna katastrofa), fabuła podobno niezwykle oryginalna (miłość), gwiazdy w rolach głównych (Scarlett Johansson, Orlando Bloom), olbrzymia kasa (oficjalnie przeciętne 130 baniek, będzie ponad 200). Ale nie wierzę, że to może się udać, bo tworząc tego typu kino, przy pomocy podobnych środków, twórca musi iść na olbrzymie kompromisy, na które Polański raczej pójść nie potrafi. Niektórzy - Peter Jackson, Steven Spielberg, James Cameron, Ridley Scott, może kilku innych - świetnie radzą sobie w kinie rozrywkowym naznaczając je, większą niż większość, ambicją, bo wiedzą, że ich twórczość jest przeznaczona do skonsumowania przez współczesnego widza. Znają potrzeby takiego widza, znają jego oczekiwania, obawy, fascynacje i antypatie i dzięki marketingowemu rozeznaniu i talentowi - rządzą kinem. Inaczej się ma rzecz z Polańskim - to kino niewielkich rozmiarów, lecz o oddziaływaniu sięgającym poza ekran. Nie wystarczy powiedzieć, że ambitne. To za mało. Użyjmy zatem następujących przymiotników opisujących kino twórcy "Noża w wodzie": inteligentne, błyskotliwe, mroczne, niebanalne, niekonwencjonalne. Absolutnie nie do zagryzania popcornem, choć jednocześnie nie popadające w zawikłanie fabularne i emocjonalne. Tematyka jest na tyle nieszablonowa, bo brnąca w niełatwe psychologiczne niuanse, że wymagająca od publiczności zaangażowania większego niż tylko obserwacji i podniety wizualnymi fajerwerkami. I tu jest kłopot - "Pompeje" mają być efektowne i spektakularne, bo to powoduje większą ilość gotówki w kasach, i jednocześnie, pamiętając o Romanie Polańskim, będzie unikało komercyjnego blichtru. Ale obie prognozy wzajemnie się wykluczają, wiec ktoś musi przegrać: ambicja Polańskiego (na rzecz sukcesu frekwencyjnego) albo sukces frekwencyjny (na rzecz ambicji Polańskiego). Nie ma innej drogi. Nieuzasadnione czarnowidztwo? Być może. A pamiętacie co było z "Piratami"?

IGNORANCI


Tu również a propos Polańskiego - wielkie brawa za jednoznaczny gest w stronę hołoty dziennikarskiej ("bezmózgich ignorantów")!
Samo Cannes nie ziębi i nie grzeje, bo żeby podniecić się Festiwalem bardziej należałoby obserwować go empirycznie, co jest rzecz jasna utrudnione z punktu widzenia jakiegokolwiek kinomana. Polska, jak zwykle, w konkursie swego przedstawiciela nie ma, więc jakby jej nie było, bo co jak co, ale uwagę opiniotwórców absorbuje wyłącznie konkurs. Niektórzy oczywiście ściemniają, mówiąc, że przecież tyle dodatkowych przeglądów, Dzień Polski, Wajda, "Kanał", blabla, ale wystarczy przejrzeć zagraniczne gazety i portale internetowe, żeby z łatwością zauważyć permanentny brak polskiej kinematografii w setkach relacji. Wielu węszy spisek bądź zwraca uwagę na dziwnego typu ślepotę zachodnich decydentów, którzy co roku ignorują wybitne dzieła rodzime. Cóż za dziejowa niesprawiedliwość, buta i chamstwo z ich strony! Z braku laku dla niektórych powodem do niezwykłego optymizmu i mocniejszego wzwodu jest nareszcie profesjonalny wystrój stoiska bodajże PISFu, dla innych obecność w trzeciorzędnym przeglądzie "Tous les cinemas du monde" czy Tygodniu Krytyków Filmowych - szczerze gratuluję tam obecnym i jeszcze bardziej nagrodzonym, ale nie zmienia to faktu, że Polska na kinematograficznej mapie świata nie istnieje od wielu lat, a dokładniej od śmierci Krzysztofa Kieślowskiego. Kiepski marketing, koślawy PR? To wiele tłumaczy, ale nie wszystko. Może i PISF, TVP i inny sponsorzy wspierają finansowo, ale już nie pomagają w otwieraniu drzwi na najważniejsze festiwale (Cannes, Berlin, Wenecja, Rzym, San Sebastian), do czego potrzebna jest: 1. większa niż zwykle kasa; 2. zwyczajnie dobry film. Jeśli drugi warunek jest spełniony, to pierwszy nie powinien być balastem dla producenta, bo potencjalny sukces - już sama obecność w konkursie, nie mówiąc o nagrodach - przyniesie wiele dobrego dla niego (sprzedaż praw) i skieruje oczy na współczesny polski dorobek. Naiwny optymizm? A może banalne recepty? Niechaj i tak będzie. Polskie kino potrzebuje celuloidowego kopa w dupę. Sami twórcy muszą zrozumieć, że warto robić kino "pod festiwale", a nie tylko zadowalać się rodzimą Gdynią i kilkunastoma kopiami filmu, który zostanie obejrzany przez garstkę widzów. Innymi słowy - więcej zdrowej ambicji, panie i panowie! Sukces nie śmierdzi, dążenie do niego tym bardziej.






Napisz do autora Podyskutuj na forum Powrót do wyboru


Wyślij e-mail Autor felietonu:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
26.05.2007