Strona główna KMF

CELULOIDOWY
FETYSZYSTA
#9



Po letniej przerwie - nowe otwarcie?




TAKICH GOŚCI ZAZWYCZAJ WYPADA OLEWAĆ


Śliczne chłopię, król parkietu, następca Króla Popu (jedynego i prawdziwego), niegdyś złote loki, teraz seksowna łysina, chińskie tatuaże na kaloryferze, obiekt dziewczęcych i męskich westchnień i błyskawicznie rodząca się na naszych oczach gwiazda filmowa. Facet niewątpliwie zdolny: niegdyś w boysbandzie, obecnie solo (i to lepiej niż możnaby się spodziewać) i coraz częściej, z powodu muzycznego gwiazdorstwa, także na celuloidzie. Najważniejsze - pojawia się na ekranie i nie powoduje głośnego zgrzytu zębów kinomanów i krytyków. I właśnie dlatego nie wypada nie wspomnieć choć w kilku zdaniach o Justinie, tym bardziej, że jest ku temu okazja w postaci trzech filmów z jego udziałem. Poza tym, wspominając o JT, wpiszę się w popularne trendy okołopudelkowe i może zjednam sobie nastoletnie fanki blondasa z kultowej kapeli N'Sync, co nie byłoby niemiłe.
Niewielu widziało "Alpha Dog", prawda? Film nie trafił do kin, na innych legalnych nośnikach również nie jest łatwo dostępny, a właśnie w tym bardzo przyzwoitym dramacie sensacyjnym główna rola przypadła boskiemu Justinowi. Film wypada oczywiście polecić, bo to sprawnie i atrakcyjnie opowiedziana historia oparta na faktach, a jeszcze bardziej polecam ze względu na Timberlake'a, który udowadnia, że nie jest wyłącznie gogusiem rozgrzewającym dziewicze uda. Potrafi zagrać i potrafi powiedzieć więcej niż 3 zdania (w tym nie unikając zdrowego mięsa). Czyli zdolny - to raz. Dwa - chłopię występuje w filmach nieprzeciętnych. Po "Alpha dog" wpadł na plan jeszcze lepszego "Black Snake Moan" czyli również mało znanego nad Wisłą filmu, w którym Justin znowu gra. GRA. Jak aktor. Tak po prostu, w największym skrócie. Następnie wpadł na plan nowego dzieła Richarda Kelly'ego (od arcygenialnego "Donniego Darko", więcej o tym projekcie niżej) i wygląda tak:

Może nie porazi nikogo wybitnością - chłopak pewnie nie ma nawet takich ambicji - lecz, uwzględniając nachalne gwiazdorstwo, Justin daje radę, no nie?



HAVE A NICE APOCALYPSE

A propos "Southland Tales". Niewiadomo czym jest ten film - dlatego to jedna z najważniejszym premier tego roku. O ile kiedykolwiek nastąpi jego premiera, bowiem pierwszy seans nastąpił na festiwalu w Cannes w 2006 roku, po którym żaden z amerykańskich dystrybutorów nie zdecydował się na w miarę szybkie wprowadzenie filmu do kin. Na ekranach jankeskich kin ST zadebiutuje dopiero w grudniu, na kilku kopiach, po czym zniknie z ekranów zdecydowanie szybciej niż się na nich pojawił. Nie wspominam już o dystrybucji polskiej, której na 99,9% nie będzie, warto więc wysilić wzrok i wypatrywać mniej legalnych źródeł.

Mamy jednak kilka danych dobitnie świadczących o wadze najnowszego filmu Kelly'ego. Po pierwsze - to film twórcy "Donnie Darko" i już samo to wystarczy, żeby obdarzyć ST większym niż zwykle zaufaniem. Kto raz obejrzał DD ten wie, o co może chodzić; niewtajemniczonym podpowiadam: chodzi w głównej mierze surrealistyczny klimat połączony z obyczajową przenikliwością. Precyzyjnie utkany scenariusz stanowił podstawę "Donnie Darko" - historii w odbiorze niełatwej - i podobnej jakości można oczekiwać od "Southland Tales". Sam Kelly mówi, że to przedziwna artystyczna hybryda łącząca wrażliwość Andy'ego Warhola z błyskotliwością Philipa K. Dicka. Czarujące. Coś w tym musi być. Po drugie, wiadomo tylko tyle, że to wielowątkowa postapokaliptyczna historia dziejąca się jednego dnia (4 lipca 2008) mająca w sobie coś z komedii, dramatu, musicalu, fantasy i Orwellowskiej dystopii.
Krytycy w Cannes zgodnie uznali ST za najgorszy film festiwalu. Z powodu bełkotu, niezdarności twórcy czy niezrozumienia intencji? Prawie nikt nie wie, bo prawie nikt nie widział, więc uzbrójmy się w cierpliwość i czekajmy, przebierając nogami, na ośle. W rolach głównych - uwaga - The Rock (jako bohater kina akcji z amnezją), Sarah Michelle Gellar (jako nawrócona gwiazda porno), Sean William Scott (jako glina z rozdwojeniem jaźni). Poza tym pojawia się wspomniany powyżej Justin Timberlake, kolejna muzyczna gwiazdka Mandy Moore, Cichy Bob, nieśmiertelny Christopher Lambert i inni, mniej lub bardziej znani. Muzyka - kolejna uwaga - Moby, weganin z Nowego Jorku, dla którego ST jest muzyczno-filmowym debiutem.
Uwaga na "Southland Tales".

Klip z ST z Buffy, postrachem wampirów:





BE KIND REWIND aka MIŁOŚĆ DO VIDEO HOME SYSTEM

Michel Gondry to obecnie jeden z trzech najlepszych młodych reżyserów (pozostali Święci w Trójcy jedyni prawdziwi: Darren Aronofsky i Alejandro Gonzales Inarritu). W mym małym rankingu chodzi w głównej mierze o to, kto jest najrówniejszy tj. za najlepszego może być uznany ten, który tworzy filmy zbliżone do wybitności albo ten, który granice wybitności przekroczył choć jeden raz, a pozostałe jego dzieła są co najmniej zajebiste, przy czym owych dzieł musi być względnie niewiele i to od niedawna. Tyle w teorii. Empirycznie zostało udowodnione, że Gondry jest autorem trzech wyjątkowych filmów - jednego wybitnego ("Eternal Sunshine of the Spottless Mind" z obrzydliwym i wprowadzającym w błąd polskim tytułem "Zakochany bez pamięci") , drugiego ("Jak we śnie") podobnie znakomitego, choć nie tak jak eksperyment doktora Mierzwiaka (ale w tym przypadku bezkrytycyzm musi być ujarzmiony z powodu niewygodnych foteli i kiepskiej pogody - inne argumenty przeciwko "Science of Sleep" nie przychodzą mi do głowy) i trzeciego, debiutanckiego "Human Nature", czyli komedii błyskotliwej, choć pozostawiającej wrażenie intelektualnego niedostatku. Poza tym ten Francuz z Wersalu to Fellini reżyserii klipów muzycznych i Hitchcock filmów reklamowych, czego dowody znajdziecie o tutaj:

Reklama Levi's (swego czasu - w połowie lat 90. - najczęściej nagradzany klip reklamowy):



Pomysłowy klip Cibo Matto "Sugar Water":



Wracając do "Be kind rewind". Jak zwykle historia niezwykła i zasługująca na większą uwagę szczególnie miłośników kina. W wypożyczalni kaset video taśmy ulegają zniszczeniu, więc dwaj kolesie, uczynny Mos Def i życzliwy Jack Black, nagrywają filmy od nowa. I to wszystko po to, aby uszczęśliwić pewną staruszkę, stałą klientkę wypożyczalni. Brzmi genialnie, czyż nie? Zabawa w Robocopa, Króla Lwa, Powrót do przyszłości, Ghostbusters, Wożąc Miss Daisy i tak dalej. Gondry to bardzo rozgarnięty facet, który robi mądre, niebanalne kino dla poprawienia nastroju, bez pretensjonalnego napuszania się pomimo nieprzeciętnych ambicji. Premiera 25 stycznia 2008. Jedna z czterech najważniejszych premier przyszłego roku (tak, wszyscy czekają na 22 maja).

Cholernie dobry zwiastun:





W POLITYCE GŁUPOTA NIE STANOWI PRZESZKODY
(rzekł Napoleon Bonaparte)

W najbliższy piątek "Ekipa" z Wyborczą. Reklamowana codziennie i intensywnie w Gazecie i Polsacie i tym bardziej zauważalna, że polityczny klimat i miłosiernie nami panujący swoja cegiełkę do działań marketingowych dodają. Ma to być pierwszy z prawdziwego zdarzenia serial polityczny, dziejący się tu i teraz, sprytnie posługujący się i nawiązujący podobno-nie-bezpośrednio do faktów, miejsc i instytucji doskonale znanych społeczeństwu. Mam nadzieję, że fikcyjne nazwiska i fikcyjne problemy staną się jednocześnie ozdrowieńczym kopem w dupę dla konkurencji czyli kręgów władzy, swoją drogą władzy wyśmienicie się ostatnio bawiącej. Trudno się czegoś konkretnego spodziewać, bo dokładniejszych opisów fabularnych staram się wyjątkowo unikać, aby nie popsuć sobie przyjemności obcowania z nieznanym, lecz oczekiwania mam duże.
Z jednej strony chciałbym niczym nie skrępowanego cynizmu i perwersyjnej groteski, ośmieszania i idiotyzmów skąpanych w absurdzie - innymi słowy portretu realistycznego naszych narcyzów politycznych. Z drugiej jednak strony przydałby się zwyczajnie dobry serial demaskujący mechanizmy władzy, ale jednocześnie (i przede wszystkim) moralnie nienaganny, obywatelsko prawy, w zdrowy sposób manipulujący percepcją polityki, co niechybnie doprowadzałoby do zmiany optyki z tumiwisizmu na obywatelskość. Czego się boję? Banałów przede wszystkim, które potrafią zniszczyć największe ambicje twórców. Boję się także łatwych i przewidywalnych chwytów dramaturgicznych, z którymi polscy twórcy mają olbrzymi kłopot, bo niepotrzebnie (i nieumiejętnie) starają się naśladować obce wzory, czego skutkiem jest serialowa mizeria ostatnich lat.
Gwarancją sukcesu "Ekipy" mają być twórczynie dzieła, reżyserski trójkšt - Agnieszka Holland, jej córka Kasia Adamik oraz Magdalena Łazarkiewicz. Scenarzystą jest Wawrzyniec Smoczyński, którego kojarzę ze zgryźliwych politycznych komentarzy w "Przekroju" i tylko tyle, nic okołofilmowego, więc wróżyć to może zarówno dobrze, jak i źle. Obsada to dwa aktorskie granaty czyli Andrzej Seweryn i Janusz Gajos i młode strzelby w osobach Rafała Maćkowiaka i Agnieszki Grochowskiej. Jak na ich tle wystrzelą nieznani szerzej Perchuć, Herman, Bosak, Kutynia? Aby sie przekonać trzeba będzie czekać w piątek o 6 rano na otwarcie kiosku.

Zwiastun wygląda całkiem zgrabnie, nawet gdy dość nieudolnie naśladuje znane techniki realizacji seriali o zbliżonej tematyce ("West Wing", a nawet "24"). Mimo wszystko lepiej, jeśli twórcy skutecznie kopiują niż brną w kolejne chałturnictwo telewizyjne (czego przykładem zdaje sie być "Tajemnica Twierdzy Szyfrów" albo "Twarzą w twarz").

Można zassać tutaj



KABUSHIKI-GAISHA SUTAJIO JIBURI

A teraz nastąpi reklama, za którą nikt mi nie zapłacił, choć chciałbym, ale sprawa wygląda obiecująco na tyle, że zaangażuję się ile mogę w darmową i chwilową promocję filmów z japońskiej wytwórni Ghibli.
Jest ku temu okazja: Monolith, dystrybutor nienajlepszy, wydaje od września (w częściach) prześwietną kolekcję DVD z dwunastką rewelacyjnych Anime. Niektórzy mają to szczęście, że widzieli np. najpopularniejsze "Mononoke Hime" bądź "Spirited Away" (oba Mistrza Miyazakiego), więc wiedzą, w czym rzecz, gdzie ów słynny geniusz i niewątpliwa odmienność od innych animowanych produkcji. Jeśli ktoś przeszedł obok nich obojętnie, to nie pozostaje mi nic innego, jak współczucie, bowiem geniusz Anime nie ma sobie równych, a ignorowanie japanimation jest czystą głupotą bez względu na zależności cywilizacyjne. Na płytach zostaną wydane: "Porco Rosso - Szkarłatny pilot", "Podniebna poczta Kiki", "Mój sąsiad Totoro", "Nausicaa z Doliny Wiatru", "Spirited Away", "Ruchomy zamek Hauru" (wszystkie sześć Miyazakiego, "Księżniczka Mononoke" do dostania w hipermarketach za 9.99zł), "Powrót do marzeń", "Rodzinka Yamadów" i "Szopy w natarciu" (trzy Isao Takahaty) oraz "Laputa" i "Narzeczona dla kota" Mority i "Szept serca" Kondo.
Pytanie podstawowe - czy warto? Cóż, odpowiedź na to pytanie może być jedna - WARTO. Cztery powody:

1. Anime nie jest dla dzieci, choć dzieci mogą oglądać Anime;
2. Anime ze studia Ghibli jest doskonale wykonanym filmem animowanym, wiec można tu mówić o wrażeniach estetycznych dalekich od popularnej tandety;
3. To inteligentne historie nie unikające trudnych problemów i pytań okołofilozoficznych bez pseudointelektualnego nadęcia i sięgania po fabularne klisze;
4. Ważny jest kontekst kulturowy, choć znajomość tegoż nie jest koniecznością (w moim przypadku nieznajomość kontekstu działa motywująco tj. zachęca do sięgnięcia do źródeł tłumaczących pewne zjawiska widoczne w Anime, a nie do końca rozumiane. Niezrozumienie, hermetyczność - są to argumenty wysuwane najczęściej przeciwko Anime, szkoda tylko, że antagoniści tej sztuki są zbyt leniwi, żeby postarać się zrozumieć, czym te historie są i jakie jest ich znaczenie).

Rzekłem. Gońcie do sklepów.





I tyle. Wkrótce znowu sie pokażę.


Napisz do autora Podyskutuj na forum Powrót do wyboru


Wyślij e-mail Autor felietonu:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
04.09.2007