MARZENIA CHARLIEGO, NEUROZY WONKI
"Charlie i fabryka czekolady" wciąga i czaruje od pierwszej do ostatniej
minuty. Tim Burton nie po raz pierwszy udowodnił, że wyobraźnia filmowa
połączona z odpowiednim budżetem potrafi góry przenosić. Tak oto
powstała ciesząca oczy zgrabna, filmowa baśń. Ale gdyby tylko to
stanowić miało istotę tej produkcji otrzymalibyśmy jedynie coś na
kształt kurpiowskiej wyklejanki. A kurpiowskie wyklejanki mało kogo dziś
czarują. Tymczasem magia historii Charliego leży zupełnie gdzie indziej.
Tym, co piękne w filmie Burtona jest właśnie powtykana tu i ówdzie
brzydota. Czyli to wszystko, co nijak ma się do baśni. To świat
dziecięcych traum Willy'ego Wonki i jego niepokojąca ekstrawagancja. To
rozpychający się po fabryce czekolady surrealizm czystej formy. I
wreszcie - na koniec wyliczanki - to krytyka społeczeństwa, które tak
bardzo chce "mieć", że samo od dawna tonie pod stertą medialnego
śmiecia. Czyżby więc pod płaszczykiem familijnej historyjki kryło się w
istocie kino dyskretnego protestu, a Burton stworzył kolejny podstępny
filmowy manifest nieskrępowanej wyobraźni? Byłby to - przyznacie sami –
psikus wielkiej rangi.
A przecież sama historia zdawałoby się reżyserskim psikusom nie sprzyja.
Ot, Charlie Bucket (Freddie Highmore) - chłopiec poczciwy, o dobrym
sercu i wielkiej rodzinie - żyje niepozornie na przedmieściu wielkiego
miasta. Klan Bucketów przymiera wprawdzie głodem, ale sprawia wrażenie
rodziny pełnej ciepła i miłości. Wkrótce jednak wszystko się zmieni. Ich
pociecha zostanie Najszczęśliwszym Dzieckiem Świata - znajdzie Złoty
Bilet i zwiedzi fabrykę czekolady Willy'ego Wonki (Johnny Depp). A
wycieczka to o tyle intrygująca, że Willy Wonka - potentat rynku
słodyczy - nikogo w swojej fabryce zdaje się nie zatrudniać. Jak więc
powstaje czekolada? I w jakim celu pan Wonka zaprasza do siebie
Charliego oraz czwórkę innych dzieci? Te pytania z pewnością niejednego
będą nurtować. Ale wszystko zacznie się wyjaśniać, gdy otworzy się
wreszcie brama tajemniczej fabryki...
"Bunuel byłby zachwycony” – to pierwsza
myśl, jaka przyszła mi do głowy, kiedy jasne już było, co też tak
naprawdę uknuł tutaj Burton. Ten sam świętej pamięci Bunuel, ojciec
filmowego surrealizmu, który to w "Złotym wieku" potraktował widownię
krową przebywającą beztrosko na łóżku w sypialni damy salonowej. U
Bunuela ani krowa, ani nawet biskup wyrzucany z okna w towarzystwie
pierzy i kompletu garderoby nie budziły niczyjego zdziwienia.
Fundamentem tamtego kina było beztroskie zestawienie odległych od siebie
sennych skojarzeń. I tak samo zawadiacko poczynia dziś Burton.
Niestraszne mu różowe owce, niestraszna mu dziewczynka zamieniająca się
w jagodę, ani nawet kpiny z "Odysei kosmicznej" Stanleya Kubricka. Ciąg
absurdalnych skojarzeń, nieuporządkowany zbiór kulturowych odniesień,
chaos barw i treści – wszystko to jest tutaj obecne i pięknie, po
mistrzowsku przez Burtona odmalowane. Ponadto zaś mroki osobowości
Willy'ego Wonki, który z uśmiechniętym panem Blikle niewiele ma
wspólnego, nadają całości nieco demonicznego wdzięku. A wszystkie
fascynacje, lęki i obsesje trochę zdziecinniałego, trochę
ekscentrycznego Wonki mają swe korzenie w dzieciństwie. Tamto
przerysowanie świata, tamto wyolbrzymienie rzeczywistości i tamten
dziecięcy strach stoją zarówno za wyobcowaniem jak i za geniuszem
postaci granej przez Deppa. I wolność wyobraźni, jak również możliwość
dowolnego kreowania przestrzeni stają się dla bohatera jedynym i
najlepszym ujściem dla wszelkich lęków i emocji. To samo postulował
surrealizm, to samo stało się udziałem twórczości Bunuela. Wolność myśli
i wolność marzenia! Choćby nawet owo marzenie dziwne, niezrozumiałe,
niemądre, a najlepiej niemoralne było...
Jednakże to nie jedyna niespodzianka
nowego filmu Burtona. "Charlie i fabryka czekolady" to nie tylko
manifest wolnej wyobraźni, ale w dużej mierze również krytyka
społeczeństwa idącego drogą łatwego sukcesu i nieustannej konsumpcji.
Burton szkicuje postaci zepsutych dzieciaków i ich zepsutych rodziców -
i znowu szydzi, wytyka palcami lub wyolbrzymia. Gdyby mógł domalowałby
pewnie wąsy jednej ze swoich bohaterek - dziewczynce z blond kucykiem, w
wyprasowanym sweterku z Harrodsa. Z resztą owa dziewczynka, jak
wszystkie negatywne postaci u Burtona, dostaje nauczkę - ląduje w zsypie
pełnym gnijących odpadów. Film ma bowiem konstrukcję baśni, a w baśni
sprawiedliwości musi stać się zadość. Burton nie rychliwy, ale
sprawiedliwy - w swoim filmie nagradza głównie indywidualność i
nieprzystosowanie do życia w konsumpcyjnym społeczeństwie. Wszelkie
próby dążenia do ogranych wzorców osobowych propagowanych przez
współczesną kulturę, jak również usilne staranie się o miejsce w
czołówce wyścigu szczurów są w świecie "Charliego" surowo karane.
Wygrywa inność i odmienność. Z jednej strony triumfuje chłopiec o
wielkim sercu, z drugiej strony zwycięstwo odnosi także ekscentryk Willy
Wonka, który w zdroworozsądkowej rzeczywistości z góry skazany byłby na
klęskę. Łączy ich jedno - bezinteresowność działania i szczerość
intencji. Z takim przesłaniem Tim Burton wypuszcza nas z kina. I
faktycznie, jakiś ładniejszy wydaje się świat przez kilka pierwszych
minut po projekcji "Charliego...".
Jednak tym, co dziwi najbardziej i tym, co decyduje, że produkcja
Burtona jest tak wyjątkowa zdaje się być dopiero połączenie manifestu
marzenia i odważnej krytyki społeczeństwa sukcesu z całym blichtrem i
rozmachem typowym dla hollywoodzkiej produkcji. Bo "Charlie i fabryka
czekolady" mimo pokładów ekstrawagancji pozostaje w swej formie miłą,
amerykańską i bardzo familijną opowieścią. Opowieścią fantastycznie
zrealizowaną, dynamicznie przedstawioną, pełną ciepła i humoru. Wszystko
tu wydaje się być przepuszczone przez sito filmowej wyobraźni Burtona.
Wszystko, czyli nie tylko fabryka czekolady, ale także rozpadający się,
biedny dom rodziny Bucketów. Johnny Depp zaś znalazł pośród tego zgiełku
nie pierwszą i nie ostatnią rolę do której wydaje się być nie tylko
najlepszym, ale w ogóle jedynym kandydatem. Znany z "Marzyciela" Freddie
Highmore (Charlie) - mimo młodego wieku – błyszczy zaś na ekranie równie
mocno, co Depp. Ciekawe tylko, czy pozostanie wiecznym "złotym
dzieckiem", czy też może zagości na dłużej w fabryce snów?
I na koniec jeszcze refleksja z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych.
Wiele było w tym roku filmów odważnych i prowokujących do dyskusji.
Przez polskie kina przeszło już "Million Dollar Baby", a na premierę
czekają fantastyczne "Broken Flowers" i bezwstydne czeskie "Opowieści o
zwyczajnym szaleństwie". Jednak na żadnym z tegorocznych filmów nie
bawiłem się tak dobrze i beztrosko jak na "Charliem i fabryce
czekolady". Na płaszczyźnie kina rozrywkowego, które niekoniecznie musi
być kinem pustym, Tim Burton nie ma bowiem w tym sezonie póki co żadnej
konkurencji.
Ocena: 5\6
CHARLIE I FABRYKA CZEKOLADY
(„Charlie and the Chocolate Factory”)
USA, 2005
CZAS TRWANIA: 115 minut | PREMIERA
W POLSCE: 9.09.05 | DYSTRYBUTOR: Warner Bros. Polska
FILM W POLSKIEJ WERSJI JĘZYKOWEJ
|
 |
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: John August (na podstawie książki Roalda Dahla)
Muzyka: Danny Elfman
Zdjęcia: Philippe Rousselot
OBSADA :
Johnny Depp jako Willy Wonka
Freddie Highmore jako Charlie Bucket
Helena Bonham Carter jako mama Bucket
Noah Taylor jako tata Bucket
Jordan Fry jako Mike Teavee
Philip Wiegratz jako Augustus Gloop
David Kelly jako dziadek Joe
Annasophia Robb jako Violet Beauregarde
Missi Pyle jako pani Beauregarde
Julia Winter jako Veruca Salt
James Fox jako pan Salt
Deep Roy jako Umpa-lumpa
Christopher Lee jako Dr Wonka |
 |
| Autor recenzji
: Jacek Kozłowski - SENK |
|
Klub Miłośników Filmu |
08.IX.2005
|