Któż nie zna Chucka Norrisa - jedynego człowieka, który policzył do nieskończoności (dwa razy, w tym raz od tyłu) i potrafi naładować telefon komórkowy trąc nim o brodę. Parę lat temu podobne kawały opanowały Internet i przyniosły aktorowi większą sławę niż wszystkie jego filmy razem wzięte. Norris nie tylko się nie obraził, ale wręcz stwierdził, iż sam śmieje się z części tekstów. To dało mi do myślenia i postanowiłem przyjrzeć się bliżej sylwetce Strażnika Teksasu.
Chuck urodził się jako Carlos Ray Norris 10 marca 1940 roku. W jego żyłach płynie mieszanka krwi irlandzkiej i rodowitych mieszkańców Ameryki Północnej - indian Cherokee. Nie miał łatwego dzieciństwa - ojciec nadużywał alkoholu i w końcu opuścił rodzinę. Norris w wieku osiemnastu lat wstąpił do wojska i stacjonował w Korei Południowej. Tam zetknął się ze sztukami walki i zaczął trenować. Przyjął także pseudonim Chuck. W latach sześćdziesiątych zdobył wiele trofeów w amatorskich zawodach karate, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych. Następnie przez sześć kolejnych lat wygrywał międzynarodowe mistrzostwa w karate w wadze średniej. Niepokonany, w 1974 zakończył karierę sportową i został trenerem. Uczył między innymi Steve'a McQueena, który przekonał go do uczestnictwa w kursie aktorstwa. Wcześniej Norris miał kilka małych ról, między innymi kreację czarnego charakteru w filmie Bruce'a Lee "Way of the Dragon" z 1972. Jako protagonista debiutował w 1977.
Na poniższej liście znalazła się większość filmów z Chuckiem Norrisem jako głównym bohaterem i kilka, w których wystąpił na drugim planie. Odpuściłem sobie tylko pierwsze, niewielkie role oraz wszelkie późniejsze cameo (jak na przykład w "Dodgeball"). Przy każdym z tytułów przytaczam nazwisko kreowanej przez naszego herosa postaci, jego popisową kwestię, a także hasło reklamujące (tagline). Słowo komentarza należy się ocenom. Jakimkolwiek człowiekiem Norris nie byłby prywatnie, prawie wszystkie produkcje, w których wystąpił, można określić mianem co najwyżej średnich (stąd też tytuł tekstu - przedarcie się przez niektóre filmy, to zadanie godne greckiego herosa). Oczywiście zdarzyło się kilka wyjątków (np. "Kod milczenia"), ale jednak filmy te należy rozpatrywać w kategoriach czysto rozrywkowych czy też komediowych, a wręcz parodystycznych. Dlatego ocena 5/5 nie oznacza najcudowniejszego arcydzieła pod słońcem, a jedynie określa ile potencjalnej radości da seans. Chciałbym podkreślić, iż abstrachując od jakości produkcji z jego udziałem, osobiście żywię do Chucka Norrisa duży szacunek, należny mu chociażby za karierę sportową. Artykuł ninejszy, to po prostu luźna, humorystyczna zabawa. Gotowi? No to zaczynamy!
Way of the Dragon (Droga smoka), 1972
Reżyseria - Bruce Lee
Swoją karierę Norris zaczął od mocnego uderzenia - nie dość, że zagrał postać negatywną, to jeszcze przegrywającą walkę! Oczywiście zwycięzcą nie mógł zostać byle kto - jedyną osobą godną pokonać Chucka, był Bruce Lee. "Droga smoka" opowiada historię przybywającego do Rzymu Tang Lunga (Lee), który zostaje zmuszony do walki z mafią, chcącą przejąć restaurację jego kuzyna. Gangsterzy dostają stosowny odpór w postaci kopnięć i szybkich ciosów rękami i postanawiają sięgnąć po broń ostateczną - zatrudniają Norrisa do załatwienia sprawy. Film stanowi dziś już klasykę i choć większość elementów okrutnie się postarzała, sceny starć Bruce'a z bandziorami wciąż robią ogromne wrażenie, a finałowy pojedynek z naszym bohaterem w ruinach Koloseum, to prawdziwa perełka i już dla samych tych prawie dziesięciu minut warto obejrzeć "Way of the Dragon". Nawet jeśli Chuck nie nosił jeszcze swojej stalowej brody, ani tytanowych wąsów. Kopniak za Bruce'a, kopniak za Norrisa i kopniak za końcową walkę.
Slaughter in San Francisco (Masakra w San Francisco), 1974
Reżyseria - Wei Lo
Chuck, w swojej nieustającej chęci poznania zwyczajów i odczuć zwykłych śmiertelników, postanowił dać się pokonać po raz drugi - poprzednio na zwycięzcę wybrany został Bruce Lee, ale wszyscy wiemy, że Lee był klasą samą w sobie. A porażka w starciu z mistrzem nie nosi znamiona prawdziwej i nie można jej uznać za miarodajną. Na kolejnego, ostatniego już, pogromcę wybrał mało znanego Dona Wonga. Sam wcielił się natomiast w bezwzględnego szefa gangu trzęsącego miastem. Trudno opisać w tych kilku słowach wszystkie, niezwykle liczne, wady tego filmu, a jeszcze trudniej wymienić zalety, których po prostu nie ma. Każdy element kuleje. Scenariusz stanowi najbardziej dziurawy stek bzdur, jak widziałem od dawna. Książka kucharska zekranizowana od tyłu miałaby więcej sensu. Nawet sceny walk pozostawiają sporo do życzenia. Całości "uroku" dodaje katastrofalny angielski dubbing, pozbawiony aksamitnego brzmienia głosu Chucka. Omijać!
Breaker! Breaker! (Zabijaka, Zabijaka), 1977
Reżyseria - Don Hulette
Chuck Norris w swojej pierwszej głównej roli występuje jako kierowca wielkiej ciężarówki (dorabiający na boku lekcjami medytacji), który udaje się do małego miasteczka, rządzonego przez skorumpowanego sędziego, aby odszukać młodszego brata. Czy można wyobrazić sobie lepsze połączenie niż twardziel Norris za kółkiem potężnego osiemnastokołowca demolującego budynki i spuszczającego łomot okolicznym zbirom? Można, choć nie sposób odmówić pomysłowi wyjściowemu sporego waloru rozrywkowego. Niestety "Zabijaka! Zabijaka!", to film po prostu słaby. Nic nie trzyma się kupy - żałosne aktorstwo, beznadziejny scenariusz, kiepska choreografia walk, nieporadna reżyseria i przyprawiająca o mdłości muzyka. Do tego dochodzą jeszcze tandetne efekty operatorskie i montażowe, w rodzaju nałożenia ognia na kadr jadącego pojazdu czy puszczenie całej ostatniej walki w zwolnionym tempie. Fatalnie wypadł również romans bohatera z kelnerką - kompletnie niepotrzebny i nic do fabuły niewnoszący. Gwóźdź do trumny stanowi wątek głównej postaci negatywnej - bezsensownie urwany i pozostawiający niedosyt. Nie takie finały chcemy oglądać w filmach z Człowiekiem o Brodzie Jak Papier Ścierny.
Good Guys Wear Black (Porządni faceci ubierają się na czarno), 1978
Reżyseria - Ted Post
John Booker stanowi drugą rolę główną Norrisa. Fabuła ociera się o wojnę wietnamską - podczas jednej z misji ktoś wrobił oddział Bookera w zasadzkę, z której żołnierze cudem uszli z życiem. Nie na długo, bo pięć lat później członkowie grupy zaczynają ginąć. John postanawia dowiedzieć się, kto stoi za zbrodniami. Mało w tym filmie pościgów, bijatyk, a także humoru, za to dużo bezsensownego gadania. Bliżej obrazowi do kina sensacyjnego, niż akcji. Niestety, intryga nie trzyma w napięciu i średnio widza interesuje, kto, kiedy, za ile i po co. Chuck wciąż nie nosił wtedy brody, ale zapuścił już wąsy, co zwiastowało jego przyszły, ikoniczny image. Do niewątpliwych plusów zaliczyć można występ uroczej Anne Archer, a także świetne ujęcie kopniaka przez przednią szybę samochodu (wykonane jednak przez Aarona Norrisa - brata głównej gwiazdy). Nieliczne zalety nie są w stanie zrekompensować nudnego i powolnego rozwoju akcji. Dlatego lepiej skupić się na późniejszych dokonaniach naszego herosa, gdzie na pierwszy plan wyszły jego umiejętności kreacji skomplikowanych i niejednoznacznych bohaterów, którzy najpierw walą, a potem ewentualnie walą jeszcze raz.
A Force of One (Jednoosobowy oddział), 1979
Reżyseria - Paul Aaron
Tytuł zdaje się sugerować ociekający testosteronem film w stylu świetnego "Commando" z tą różnicą, iż o ile Arnold strzelał i rozdawał ciosy bez jakiejś specjalnej finezji (wiadomo - łapa jak dębowy pień), o tyle Norris powinien likwidować "przeszkody" za pomocą swoich umiejętności. Zamiast tego, mamy nudną i niepotrzebnie rozciągniętą fabułę. W trakcie półtorej godziny znajdziemy DWIE sceny akcji, z których tylko jedna trzyma jako taki poziom. Przez resztę czasu próbuje się widzowi wmówić, że ogląda poważny film sensacyjny o walce policji (w której oczywiście pracują sami pustogłowi idioci) z handlarzami narkotyków. A, zapomniałbym - Chuck Norris samotnie wychowuje tu afroamerykańskie dziecko. Szkoli go na, jakżeby inaczej, championa wschodnich sztuk walki. Trzeci obraz z naszym herosem jako protagonistą stanowi kolejne nieudane podejście stworzenia czegoś, przynajmniej ocierającego się o dobrą produkcję. Na szczęście później było już lepiej. Oczywiście z zupełnie niezamierzonych powodów.
Octagon (Ośmiokąt), 1980
Reżyseria - Eric Karson
Tym razem na drodze naszego herosa twórcy scenariusza postawili wojowników Ninja. A raczej przebranych w ciemne stroje kretynów, którzy padają jak muchy pod ciosami Chucka i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi wojownikami. Historia niezbyt trzyma się kupy i nie angażuje widza na żadnej płaszczyźnie (nawet humorystycznej). Dodatkowo, ktoś wpadł na genialny pomysł, by dodać głos z offu, aby widz słyszał myśli głównego bohatera. I w porządku, podobny zabieg pojawiał się już nie raz, ale po jaką cholerę wzbogacać go o efekt echa? Nic nie można zrozumieć, i doprowadza to oglądającego do szewskiej pasji. Osobna wzmianka należy się postaciom kobiecym - ani jedna z trzech zatrudnionych aktorek nie potrafi grać i fakt ten irytuje, nawet biorąc pod uwagę standardy kina z Chukiem. Na szczęście znajdą się też plusy. Przyjaciela Norrisa zagrał Lee Van Cleef. Szkoda tylko, że dostał niewiele czasu ekranowego. Ciekawy pomysł natomiast stanowi tytułowy Octagon, czyli arena zmagań, na której odbywa się finałowa potyczka. Ogólnie, kilka poprawnych scen nie jest w stanie zamaskować znużenia i powstrzymać widza od spoglądania co chwila na zegarek.
An Eye for an Eye (Oko za oko), 1981
Reżyseria - Steve Carver
Norris gra tutaj policjanta, któremu zabijają w zasadzce partnera. Fakt ten oczywiście powoduje wściekłość bohatera. Bandyci niespecjalnie się tym przejmują i zabijają mu jeszcze koleżankę (co, zważywszy na jej głupotę wcale nie stanowi wielkiego sukcesu). Nie mogąc liczyć na sprawiedliwość ze strony władz, Kane bierze sprawy w swoje ręce, a zaradny to chłop. W końcu nie każdy potrafi własnymi łapami zbudować dom-twierdzę-przystań na wysepce w pobliżu miasta i mieszkać tam z dala od zgiełku, tłumów i sklepów spożywczych. Mimo niewątpliwych mielizn scenariuszowych i schematycznych rozwiązań, "Oko za oko" ogląda się nad wyraz dobrze. Znajdziemy tu całkiem sporo scen akcji posklejanych tradycyjną dla filmu sensacyjnego fabułą. Obok Chucka na ekranie pojawiają się Christopher Lee i znany z roli oryginalnego "Shafta" Richard Roundtree. Na uwagę zasługuje również niezły motyw przewodni - wprawdzie daleko mu do znanych i rozpoznawanych, ale wpada w ucho i poprawnie wpasowuje się w całość. Ogólnie, i nie wierzę w pisane słowa, można obejrzeć, bo "An Eye for an Eye" to solidna produkcja, wręcz ocierająca się o określenie "dobry film". Spędzony na seansie czas nie powinien zostać uznany za stracony, a już na pewno nie bardziej, niż przeznaczony na inne produkcje z tej listy.
Silent Rage (Utajona furia), 1982
Reżyseria - Michael Miller
Dość wyjątkowy tytuł w filmografii Norrisa. Nie, nie dlatego, że jest dobry. Z powodu przynależności gatunkowej. "Silent Rage" to ni mniej, ni więcej horror. W małym teksańskim miasteczku psychopata morduje dwójkę ludzi - szybko powstrzymuje go szeryf Dan Stevens (oczywiście Norris). Przestępca zostaje ciężko ranny w trakcie zatrzymania i trafia do lekarzy, którzy wstrzykują mu wynalezioną przez siebie uzdrawiającą miksturę. Denat ożywa i rusza w miasto... Reżyser nie zrobił użytku z największego (a wielu powiedziałoby, iż jedynego) atutu Chucka - za mało w filmie scen walk. Właściwie tylko dwie zasługują na wspomnienie - bójka w barze z gangiem motocyklistów i końcowy pojedynek. Za to nadspodziewanie dobrze wyszły twórcom sceny mające trzymać widza w napięciu - oczekiwałem bowiem kompletnego nieporozumienia, a dostałem przyzwoicie nakręcone i całkiem sprawnie zrealizowane ujęcia. W obrazie pobrzmiewają echa "Frankensteina" czy też różnorakich slasherów ("Halloween") oraz dominuje ciężki klimat. Norrisowi towarzyszy znany z "Animal House" Stehen Furst, który kreuje zastępcę szeryfa (a do tego skończonego idiotę) i właściwie nic do fabuły nie wnosi, choć w zamierzeniach miał chyba przyprawić widza o uśmiech. Ogólnie z ciekawości można obejrzeć, ale za mało tu radosnej rozwałki i popisów Chucka.
Forced Vengeance (Mściciel z Hongkongu), 1982
Reżyseria - James Fargo
Chuck wciela się w postać ochroniarza/windykatora pracującego dla właściciela kasyna w Hongkongu. Odwala swoją robotę sumiennie i z dobrymi efektami. Swój czas wolny spędza mieszkając z dziewczyną na łodzi, kupując ryby od miejscowych oraz obdarowując przypadkowo poznane małe dziewczynki prezentami. Przynajmniej dopóki pewien szef mafii nie wpadnie na pomysł przejęcia interesu i to w dość brutalny sposób. Nasz bohater odpowiada mu, używając szeregu argumentów - rozdaje ciosy pięściami, nogami, a nawet czachą (i niech ktoś jeszcze powie, że Norris nie używa głowy). Całość stanowi typowy film akcji z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, ale ogląda się go naprawdę nieźle. Cały czas coś się dzieje - w trakcie dziewięćdziesięciu minut projekcji upchnięto całkiem sporo walk i pościgów. Czołówka "Forced Vengeance" przedstawia pojedynek na tle neonu i bardzo dobrze wprowadza w klimat. Atmosferę wzbogaciło również umiejscowienie wydarzeń w Hongkongu.
Lone Wolf McQuade (Samotny wilk McQuade), 1983
Reżyseria - Steve Carver
J.J. McQuade to... strażnik Teksasu. Tak - film ten stanowi prekursor późniejszego hitu telewizyjnego Norrisa. Do tego stopnia, iż twórcy serialu zostali pozwani do sądu przez producentów obrazu. Główny bohater jest twardzielem nad twardzielami - złapie każdego przestępcę, pokona każdą przeszkodę i w ogóle nie dba o wygląd. Do tego jeździ samochodem, którego pozazdrościłby mu nieustraszony Michael Knight. O przymiotach naszego protagonisty nie wie Rawley Wilkes (David Carradine), przemytnik broni. Nie wie, ale wkrótce się dowie... Pierwsze sceny, za pomocą charakterystycznej pracy kamery i muzyki przypominającej partytury Ennio Morricone, przywodzą na myśl spaghetti westerny Sergio Leone. Wprawdzie akcja toczy się współcześnie, ale cały czas czuje się, iż film ma "ciągoty" ku Dzikiemu Zachodowi. Obraz ogląda się nieźle, choć w środkowej części trochę wieje nudą. Na szczęście, końcowa rozwałka nieco rekompensuje wolne tempo (z cudowną sceną ucieczki z podziemi - dawno nie widziałem tak uroczej bzdury). Koniec końców "Samotny wilk McQuade" stanowi zupełnie przeciętną propozycję w filmografii Chucka. O wiele lepiej wyszedł reżyserowi wcześniejszy "Oko za oko".
Missing in Action (Zaginiony w akcji), 1984
Reżyseria - Joseph Zito
W latach osiemdziesiątych Amerykanom wciąż odbijała się ciężką czkawką wojna w Wietnamie, a szczególnie świadomość, iż nie wszyscy żołnierze wrócili do domu i nadal mogą znajdować się w niewoli, zapomniani przez ojczyznę. Filmowcy podjęli próbę swoistego pokrzepienia społeczeństwa, czego efektem stało się wprowadzenie na rynek kilku mniej lub bardziej udanych obrazów podejmujących tematykę "zaginionych w akcji". Chuck Norris kreuje postać byłego więźnia komunistycznego obozu, który, dręczony przez wyrzuty sumienia wraca do dżungli by uwolnić współtowarzyszy niewoli. Scenariusz, jak to w podobnych przypadkach bywa, to kwintesencja naiwności i uproszczeń, służących jako pretekst do pokazania kolejnych scen akcji. James Braddock to typowy twardziel - małomówny, preferujący akcję heros. Szczególnie cudownie ukazano "romans" głównego bohatera i kobiety imieniem Ann (Leonore Kasdorf), którego łączny czas wynosi może ze dwie minuty projekcji. Ponadto z ekranu emanuje pewna doza przemocy i nieco nagości. Ogólnie, "Zaginiony w akcji" niesie ze sobą całkiem spory walor rozrywkowy, a wręcz komediowy.
Missing in Action 2: The Beginning (Zaginiony w akcji 2), 1985
Reżyseria - Lance Hool
Film realizowano równolegle z pracami nad pierwszą częścią i pierwotnie to właśnie "The Beginning" miała najpierw pojawić się na ekranach kin. Producenci stwierdzili jednak, iż opowieść o ratowaniu jeńców wyszła lepiej (ciekawe, według jakich kryteriów) i zdecydowali się wpuścić je do dystrybucji w odwrotnej kolejności. W "Zaginionym w akcji 2" James Braddock zostaje pojmany i wtrącony do obozu jenieckiego, gdzie jest regularnie poniżany i torturowany przez sadystycznego naczelnika. W czasie seansu widz nie uświadczy zbyt wielu pojedynków i strzelanin, choć kilka udało się twórcom wcisnąć. Gra aktorska... Hmm... Poprzestańmy może na stwierdzeniu, iż Chuck Norris nic sobie nie robi z tortur i wizji cierpienia po kres swoich dni. Jako jedyny z oddziału nie załamuje się, pociesza innych i, mimo podstępnych sztuczek stosowanych przez strażników, dzielnie trwa w swojej nieskazitelnej postawie. Ostatnie dwadzieścia minut, stanowi już typowe kino akcji z wybuchami i wszechobecnymi kulami wystrzeliwanymi z karabinów maszynowych. Nie zabrakło oczywiście bijatyki w stylu wschodnich sztuk walki. Ogółem, jakościowo (taaaaaaak...) tylko nieznacznie odstaje od oryginału, nie na tyle jednak, aby obniżyć wartość czysto rozrywkową.
Invasion U.S.A. (Inwazja na USA), 1985
Reżyseria - Joseph Zito
Pamiętacie scenę z "Oni żyją", w której bohater wparował do banku i zaczął strzelać do obcych? ("I have come here to chew bubblegum and kick ass... and I'm all out of bubblegum." - "Przybyłem tu żuć gumę i kopać tyłki. I nie mam już gumy...") W "Inwazja na USA" podobnych akcji znajduje się więcej, tyle że zamiast Roddy'ego Pipera z shotgunem mamy Chucka Norrisa z dwoma uzi zawieszonymi na wysokości pasa. Scenariusz to jeden z najbardziej kuriozalnych pomysłów, jakie zdarzyło mi się widzieć: otóż jakiśtam terrorysta postanawia opanować Stany Zjednoczone za pomocą... tak na oko trzech setek najemników. Na drodze staje im Matt Hunter, od dawna mający na pieńku z głównym czarnym charakterem. Logiki brak, spójności brak, sensownych ciągów przyczynowo skutkowych brak. Znajdziemy za to humor, rozrywkowo-klimatyczne sceny akcji i grającego... to znaczy używającego jednej miny Norrisa. Zrealizowano kontynuację, w której jednak nie powrócił Chuck. Zamiast tego, zaangażowano jedyną osobę godną go zastąpić - wschodzącą wtedy (a dziś już zachodzącą, przy czym nie było stanu pomiędzy) gwiazdę kina sensacyjnego klasy B - Michaela Dudikoffa. Mój jedyny zarzut do tego filmu, to nieco zbyt nużący początek.
Code of Silence (Kod milczenia), 1985
Reżyseria - Andrew Davis
Rzut oka na nazwisko reżysera (Andrew Davis, twórca "Ściganego") pozwala oczekiwać przynajmniej poprawnego obrazu sensacyjnego. I rzeczywiście, "Code of Silence" to chyba najlepsza produkcja w dorobku Norrisa, a przynajmniej jedyna, którą można oglądać na poważnie bez ironicznego uśmieszku. Niewiele znalazło się w obrazie scen z wykorzystaniem umiejętności Chucka, dominują raczej standardowe ujęcia dla kina akcji ze strzelaninami i pościgami na czele. Świat, w którym rozgrywają się wydarzenia jest znacznie bardziej surowy od znanych z innych filmów bohatera tego artykułu, a postaci nie da się zakwalifikować używając wyłącznie czerni i bieli. Warto odnotować pojawienie się na drugim planie Dennisa Fariny. "Code of Silence" wyróżnia się dość mocno na tle reszty tytułów z przedstawionej listy. Dlatego też wystawiam maksymalną ocenę. I polecam, a nuż Czytelniku mile się zaskoczysz...
The Delta Force (Oddział Delta), 1986
Reżyseria - Menahem Golan
Gdy grupa libańskich terrorystów porywa samolot pasażerski, kto zostaje wezwany na pomoc? Lee Marvin. Wraz z oddziałem Delta. W ostatniej chwili dołącza do nich Norris. Od tego momentu los przestępców zostaje ostatecznie przypieczętowany. Nie żeby wcześniej widz spodziewał się innego finału, ale obecność Chucka dodaje przysłowiową kropkę nad i. "The Delta Force" to całkiem sprawnie zrealizowany film akcji, który przedstawia amerykańskich komandosów w nieskazitelnym świetle. Stanowią oni zbieraninę bohaterów, którzy nigdy nie cofają się przed zagrożeniem, zawsze staną w obronie słabszych i nigdy nie idą spać bez umycia zębów. Wizerunek powyższy utrwala wpadający w ucho heroiczny motyw przewodni autorstwa Alana Silvestri. Wbrew pozorom jednak, wcale nie ma w obrazie Menahema Golana zbyt dużo strzelanin i bijatyk. Fabuła, trzeba to uczciwie przyznać, nawet trzyma się kupy i jest całkiem niezłym preludium do ostatnich trzydziestu minut radosnej rozwałki i pościgów. Wprawdzie motocykl Norrisa z wyrzutnią rakiet trąci myszką, ale podczas seansu chłonie się wydarzenia na ekranie i nie zwraca uwagi na podobne kuriozalne pomysły. "The Delta Force" to relikt minionej, reganowskiej epoki, ale miłośnika lat osiemdziesiątych fakt ten absolutnie nie zrazi. Wręcz przeciwnie.
Chuck Norris: Karate Kommandos (Chuck Norris i jego karatecy), 1986
Reżyseria - John Kimball, Charles A. Nichols
Norris pozazdrościł chyba Mr. T serialu animowanego i postanowił stworzyć swój własny - "Chuck Norris i jego karatecy" (brzmi jak nazwa gejowskiego boysbandu...). Składa się z pięciu odcinków, zmontowanych na polski rynek w jeden film. Wydano też komiks pod tym samym tytułem. Chuck kieruje grupą komandosów, wykonującą zadania dla faceta legitymującego się ksywką Mr. Director. W skład ekipy wchodzą: kobieta mechanik Pepper, jej brat Reed, Tabe - wojownik sumo o inteligencji dżdżownicy, samuraj Kimo i nastoletni dzieciak Too Much. Wszyscy oni walczą z siłami zła uosabianymi przez bezimienne oddziały ninja, na czele których stoją Super Ninja (ja tego naprawdę nie zmyślam) i Claw. Trzeba przyznać, iż twórcy mieli nieziemską inwencję - czego tu bowiem nie znajdziemy: Norris prowadzi super auto, wyposażone lepiej niż samochody Bonda, pilotuje samolot, skacze z samolotu bez spadochronu, lata w kosmos, walczy z aligatorami i zombie (dość łagodnymi - zamiast zjadać ludzi, łapią ich i zamykają w klatkach)... Każdy odcinek rozpoczyna i kończy nasz heros, opowiadając na siłowni jakąś historyjkę z morałem. Ogólnie rzecz biorąc, kreskówka okrutnie się postarzała, ale nadrabia braki estetyczno-fabularne walorami czysto rozrywkowymi, wręcz komediowymi.
Firewalker (Słoneczny wojownik), 1986
Reżyseria - J. Lee Thompson
J. Lee Thompson postanowił po raz drugi uszczknąć nieco z sukcesu Indiany Jonesa (pierwsza próba, to o rok wcześniejsze "Kopalnie króla Salomona") - zrealizował "Słonecznego wojownika" z Chuckiem Norrisem. Miał powstać lekki film przygodowy z dużą dozą humoru i egzotycznymi plenerami. Nie do końca wyszło - humoru znaleźć można sporo, ale raczej niezamierzonego. Za to wyobraźni nie sposób twórcom odmówić - według nich najlepszym pojazdem do podróżowania po dżungli jest Volkswagen "Garbus", a dobrą kwestią włożenie w usta bohatera słów "Wiem jedno - skoro złota nie ma w tej jaskini, to musi być gdzieś indziej". Chuck Norris i Louis Gosset Jr. świetnie się bawili podczas prac nad obrazem i wykreowali całkiem niezły duet dwóch kumpli podróżujących po świecie. Czuć też ekranową chemię między nimi, a pozytywny nastrój chcąc nie chcąc udziela się widzowi. Na drugim planie bryluje John Rhys-Davies (zagrał również we wspomnianych "Kopalniach króla Salomona") oraz znany z "Predatora" Sonny Landham. Gwoli ścisłości - "Firewalker" żadną miarą nie da się określić mianem dobrego, ale mimo wszystko dostarcza sporo rozrywki. I właśnie za to oceniam go wysoko.
Braddock: Missing in Action III (Zaginiony w akcji 3), 1988
Reżyseria - Aaron Norris
Trzecią część "Zaginionego w akcji" wyreżyserował brat Chucka - Aaron Norris i stanowi ona pierwszy człon udanej (?!) współpracy rodzinnej. Tym razem James Braddock wraca do Wietnamu, aby uratować swoją żonę, uznaną wcześniej za martwą, oraz syna. W trzeciej odsłonie widz uświadczy najwięcej akcji, ale ma ona jeszcze mniej sensu niż w poprzednikach. Coś takiego jak realizm nie istnieje w słowniku twórców. Na porządku dziennym są tu takie cuda jak zestrzelenie helikoptera z karabinu, a scenariusz zaprzecza wydarzeniom z dwóch poprzednich części. Paradoksalnie jednak, ostatnie ogniwo wietnamskiej trylogii Chucka ogląda się najlepiej - ze względu na to, że całość zmierza w stronę parodii gatunku, oczywiście zupełnie nieświadomej. Po prostu nie nie da się nie uśmiechać widząc heroiczne wysiłki Norrisa wiozącego autobus pełen dzieci, do którego z sadystyczną zawziętością strzela tępy komunistyczny oficer. Ostatnie pół godziny, to radosna, nieskrępowana rozwałka, najpierw obozu jenieckiego, a później sporego kawałka dżungli. Film wieńczy urocza strzelanina na moście stanowiącym granicę dwóch krajów. Po prostu idealna propozycja na wieczór w gronie kumpli.
Hero and the Terror (Bohater i strach), 1988
Reżyseria - William Tannen
Nie sądziłem, że nadejdzie kiedyś dzień, w którym zobaczę Norrisa wcielającego się w rolę dramatyczną. No dobra, może przesadzam pisząc dramatyczną, ale w "Hero and the Terror" Chuck stara się GRAĆ, a nie tylko być. Niech za najlepszy przykład służy scena, w której główny bohater mdleje. Nie, nie z bólu - z emocji w oczekiwaniu na narodziny potomka. Oczywiście opisywany tytuł gatunkowo pasuje do reszty z niniejszej listy - czyli mamy standardową fabułę o ukrywającym się mordercy i policjancie usiłującym go złapać. Niestety, przez skupienie się na emocjach (okazuje się, że nawet chodząca, hartowana stal potrafi okazywać uczucia), wszelkie sceny akcji zeszły na dalszy plan. Miłośnikom łamania rąk, kości, czaszek i innych części ciała pozostała do podziwiania właściwie jedna dłuższa bijatyka. Całości nie ratuje zupełnie odjechana postać czarnego charakteru. Wspomniane starania Norrisa nie są w stanie wynagrodzić wylewającej się z ekranu nudy. Choć przyznam, że scenę konferencji prasowej potrafię określić tylko jednym stwierdzaniem - czysty geniusz. Doceniam próbę ukazania ludzkiej strony, ale niech Chuck lepiej skupi się na niszczeniu, strzelaniu, kopaniu oraz rzucaniu groźnych spojrzeń zza swojej słynnej brody.
Delta Force 2: The Colombian Connection (Oddział delta 2), 1990
Reżyseria - Aaron Norris
Po rozprawieniu się z libijskimi terrorystami w pierwszym "Delta Force" Chuck postanowił nadepnąć na odcisk baronowi narkotykowemu. Przestępcy trochę to nie odpowiadało i w ramach argumentu zabił brata i żonę przyjaciela naszego herosa. Nie trzeba chyba pisać, iż Norris bierze sprawy w swoje ręce. Kontynuacja przygód McCoya stanowi typowe kino akcji kategorii B z wszelkimi wadami i zaletami. Nie ogląda się filmu źle, szczególnie w drugiej połowie, gdy wydarzenia nabierają tempa, trup ściele się gęsto, a słupy ognia wyrastają na prawo i lewo. Znalazło się też kilka uroczych perełek - na przykład scenarzyści przekonują widza, że limuzyna jest pojazdem terenowym, świetnie trzymającym się podłoża na polnych drogach wśród plantacji kokainy. Warto również zwrócić uwagę na aktora odtwarzającego dowódcę pułkownika Scotta - Johna P. Ryana. Jego gra aktorska polega na tym, iż krzyczy. Zazwyczaj wtedy, gdy nie ma potrzeby. Brakuje motywu przewodniego znanego z pierwszej części, a zamiast niego pojawia się jakieś ledwo słyszalne brzęczenie. Ogólnie, można rzucić okiem na "Delta Force 2" i nawet spędzić miło nieco ponad półtorej godziny, ale jednak oryginał wygrywa na każdej linii.
The Hitman (Zabójca), 1990
Reżyseria - Aaron Norris
Nasz bohater potrafi pokonać każdego i lepiej mu w drogę nie wchodzić, wszyscy to wiedzą. Wszyscy? Otóż okazuje się, że niektórzy nie przyswoili sobie tej ważnej lekcji życia - partner Garreta zdradza go, strzelając dwa razy w klatę. Akcja przenosi się trzy lata do przodu i spotykamy Chucka pracującego dla mafii jako wtyczka. Fabuła w żadnym razie nie zaskakuje, ale też przecież nie o to chodzi. Niestety, scenarzyści kolejny już raz nie skorzystali właściwie z umiejętności Norrisa i w filmie próżno szukać jakiejś czadowej bijatyki. Poza tym przyczepić można się właściwie tylko do jednego, a mianowicie do wszechobecnej nudy. Jest brutalnie, fucki latają na prawo i lewo i oglądałoby się toto naprawdę przyjemnie, gdyby popracować trochę nad tempem obrazu. Dodatkowo, wprowadzono zbędny wątek z małym chłopcem, mającym w szkole problemy z osiłkami. "The Hitman" stanowi kolejny przykład współpracy rodzinnej Chucka i Aarona, nienajlepszy, ale też nienajgorszy. Szkoda drzemiącego potencjału.
Sidekicks (Kumple), 1992
Reżyseria - Aaron Norris
Barry (Jonathan Brandis) to nielubiany nastolatek, uciekający w świat fantazji. W swoich wizjach występuje u boku idola - Chucka Norrisa - zwalczając wszelkie zło tego świata. Problem w tym, iż marzenia są niezwykle intensywne i chłopak często zupełnie zatraca się w wyobraźni. Pewnego dnia poznaje staruszka (Mako), który zaczyna go uczyć sztuk walki. "Kumple" stanowi jeden z najgorszych filmów, nie tylko na tej liście, ale w ogóle. Nie ma tu ani krzty oryginalności, produkcja w całości składa się z utartych i wyświechtanych klisz, podanych w najbardziej łopatologiczny sposób. Nawet biorąc poprawkę na grupę docelową, nie ma żadnego usprawiedliwienia dla idiotycznego scenariusza, nieciekawych bohaterów, nadekspresyjnego aktorstwa i wszechobecnej nudy. Chuck gra tutaj samego siebie i trzeba przyznać, iż wywiązał się z tego zadania znakomicie. Brawo. Pozytywy? Jedynie walka Norrisa w turnieju karate. No i może ścieżka dźwiękowa Alana Silvestri, choć jej też nie da sie określić inaczej niż mianem poprawnej. Na drugim planie pojawia się, znana z "Cudownych lat", Danica McKellar. Chuck, wracaj do kina akcji, tam przynajmniej masz jakąś szansę...
Walker, Texas Ranger (Strażnik Teksasu), 1993-2001
Reżyseria - Różni panie, różniści
Dziewięć sezonów, jeden spin-off i jeden film kontynuujący wątki - oto całkowity zbiór przygód Walkera. W kolejnej dekadzie Chuck postanowił podbić mały ekran i zrobił to tak skutecznie, iż zadomowił się na nim na prawie dziesięć lat. Efekt tego zadomowienia - serial "Walker, Texas Ranger" odniósł ogromy sukces - pokazano go w ponad stu krajach. Oczywiście fakt ten wcale nie dziwi, ponieważ bez względu na tematykę, odcinkowa produkcja sygnowana nazwiskiem Norrisa (i jego brodą) po prostu musiała być strzałem w dziesiątkę (w przeciwnym razie Chuck odwróciłby bieguny ziemi, albo osuszył oceany). Postać Walkera, dzielnego, prawego, uczciwego, skutecznego i w ogóle strażnika Teksasu przeszła do historii i stanowi obecnie najbardziej znany tytuł z udziałem aktora. Zauważyli to również prawdziwi Rangerzy i nadali odtwórcy głównej roli honorowe członkostwo. Gdybym doszukiwał się teorii spiskowych, powiedziałbym, iż "Strażnik Teksasu" powstał jako dodatek do wokalnych prób naszego herosa, który zaśpiewał piosenkę z czołówki, ujawniając światu kolejny ze swych licznych talentów. Za ten właśnie utwór, jeden kopniak więcej.
Hellbound (Moce ciemności), 1994
Reżyseria - Aaron Norris
Chuck pokonał już baronów narkotykowych, gangsterów, ulicznych bandytów, wrogich żołnierzy, najemników, Davida Carradine'a i setki bezimiennych oprychów, którzy mieli pecha znaleźć się na jego drodze. Tym razem postanowił dokopać wysłannikowi piekieł. Fabuła w zamierzeniach stanowiła połączenie elementów zaczerpniętych z Indiany Jonesa i chwytów właściwych dla horroru. Wyszła nędza - film jest nudny i strasznie się ciągnie, mimo zaledwie dziewięćdziesięciu minut. Scen akcji prawie w ogóle nie uświadczymy, postaci zupełnie do siebie nie przekonują, gra aktorska to jakiś żart. Reżyser chciał też doprawić całość dawką humoru, ale widz bawiłby się lepiej, gdyby mu wycinali wyrostek. Na domiar złego dekoracje trącą amatorką i znajdziemy tu takie kwiatki, jak uginająca się pod ciężarem jednego człowieka kamienna podłoga. Czy wspomniałem o soundtracku rodem z jakieś slapstickowej komedii? I niezwykle irytującym przydupasie Norrisa, który nic tylko jęczy, że chce mu się żreć? W roli drugoplanowej wystąpiła znana ze "Strażnika Teksasu" Sheree J. Wilson. Z czystym sumieniem można sobie odpuścić. Dlaczego jednak wystawiłem "Hellbound" dwa kopniaki, zamiast jednego? Ponieważ na niniejszej liście znalazło się kilka gorszych, wręcz wymiotnych tytułów. A opisywany o skręt kiszek jednak nie przyprawia.
Top Dog (Superpies), 1995
Reżyseria - Aaron Norris
Próbowali tego wcześniej James Belushi oraz Tom Hanks. Spróbował również Norris. W "Top Dog" Chuck wciela się w stróża prawa, któremu zostaje przydzielony nowy partner - pies. Razem będą musieli znaleźć sprawców morderstwa policjanta. W zamierzeniach miała powstać produkcja familijna łącząca komedię z akcją. Nie do końca wyszło, ponieważ film nie angażuje na żadnej płaszczyźnie. Scenariusz zawiera mnóstwo rażących uproszczeń i nawet mimowolny podziw nad tresurą tytułowego psa nie daje rady zatrzeć wylewającej się z ekranu nudy. Również ścieżka dźwiękowa momentami irytuje. Jeśli chodzi o wykorzystanie umiejętności naszego herosa, to znalazły się w obrazie dwie większe bijatyki, przystosowane jednak dla potrzeb kina "dla całej rodziny" - krwi właściwie nie uświadczymy, a i radosnego łamania kończyn próżno tu szukać. Ogólnie rzecz biorąc, Chuck wypada znacznie lepiej, gdy tłucze po gębach różnorakich zbirów, niż gdy występuje w filmie stanowiącym idealne tło dla niedzielnego obiadku.
Forest Warrior (Leśny wojownik), 1996
Reżyseria - Aaron Norris
Film zaczyna się nietypowo, ponieważ nasz bohater - traper McKenna - zostaje w ciągu kilku pierwszych minut... zabity. Na szczęście duch lasu ożywia go i od tego momentu Chuck może wcielać się w niedźwiedzia, orła lub wilka i bronić lasu przed wszelkimi destrukcyjnymi działaniami człowieka. Nadchodzą jednak ciężkie czasy, bowiem chciwy właściciel tartaku (znany z "Weekendu u Berniego" Terry Kiser) zamierza wyciąć starodawne drzewa... "Leśny wojownik" to produkt skierowany do młodych widzów i oni powinni bawić się naprawdę nieźle. Tym bardziej, że to nie Norris jest głównym protagonistą, a piątka dzieciaków, udająca się w góry na biwak. Reżyser co i rusz raczy nas ładnymi widokami majestatycznego lasu, zwierząt, jezior itp. Do tego dochodzą standardowe zagrywki kina familijnego w rodzaju zagubionego w problemach dorosłych ojca, który odnajduje nić porozumienia ze swoją córką. Na szczęście nie ma tu infantylnych żartów, choć motyw muzyczny czarnego charakteru brzmi nieco "kreskówkowo". Na drugim planie można dostrzec Williama Sandersona i znaną z "M.A.S.H." Lorettę Swit. Oceniam na dwa kopniaki, ale najmłodsi powinni sobie dźwignąć o jedno lub nawet dwa oczka.
Logan's War: Bound by Honor (Hitman - cena zemsty), 1998
Reżyseria - Michael Preece
Dziesięcioletni Logan Fallon jest świadkiem wymordowania całej swojej rodziny. Pod opiekę bierze go wujek Jake, były żołnierz, mieszkający wraz z teściem (znany z "Nash Bridges i "Major Leaue" James Gammon) na wielkim ranczo. Młodzieniec poprzysięga zemstę i wszelkimi siłami dąży do spełnienia obietnicy (czyli wytrwale ćwiczy kopniaki z półobrotu pod czujnym okiem wujka Chucka). Norris postanowił tym razem pojawić się na ekranie w roli mocno drugoplanowej, a za to zasiąść na fotelu producenta (wraz ze swoim bratem Aaronem). Nie chciało mu się nawet zapuścić brody (facjata na plakacie pochodzi z innego filmu)... Wprawdzie nasz heros sprawdza się całkiem nieźle w roli mentora, ale przecież nie takie filmy chcemy oglądać, choć zdarzają się sceny-perełki - świetnie wyszło na przykład ujęcie kopniaka przez przednią szybę samochodu (stanowiące nawiązanie do jednego z wczesnych tytułów aktora). Co do reszty - wyraźnie widać, iż znane nazwisko, miało przyciągnąć widzów. "Logan's War" zawiera wszystkie klisze charakterystyczne dla kina zemsty, przycięte dla potrzeb telewizji i generalnie sprawia wrażenie pilota serialu. Ogólnie rzecz biorąc, można, ale po co, skoro znajdą się o wiele lepsze (czyt. dające więcej frajdy) tytuły z Chuckiem...
The President's Man (Człowiek prezydenta), 2000
Reżyseria - Michael Preece, Eric Norris
Norris kreuje postać agenta od brudnej roboty, odpowiadającego bezpośrednio przed prezydentem USA, a w cywilu spokojnego wykładowcę (hmmm awanturnik, a jednocześnie profesor na uczelni... przypomina Wam to coś?). Po wykonaniu jednej z misji, Joshua dochodzi do wniosku, że czas znaleźć zastępcę. "The President's Man" to kolejny, po "Logan's War" film telewizyjny, wyprodukowany przez Chucka (a wyreżyserowany przez jego syna Erica - nepotyzm?) i Aarona Norrisa. Stanowi on przerażająco typowe kino akcji z wszystkimi jego zaletami i wadami. Na porządku dziennym są tu więc takie patenty, jak puszczanie fragmentów w przyśpieszonym tempie czy też kilkukrotne wykorzystywanie tego samego ujęcia. Poza tym - Chuck za stary na bijatyki? Co za bzdurny pomysł! Wszyscy doskonale wiemy, że Norris się nie starzeje. Kropka. Na plus można zaliczyć całkiem udane sceny akcji, a także nienajgorsze tempo. No i nasz heros postanowił powrócić do swego ikonicznego image'u i zapuścił brodę. W jednego z negatywnych bohaterów wciela się Soon-Tek Oh i jest to już jego trzecie spotkanie z Chuckiem (wcześniej w "Prawdziwi mężczyźni ubierają się na czarno" i "Zaginiony w akcji 2").
The President's Man: A Line in the Sand (Człowiek prezydenta 2), 2002
Reżyseria - Eric Norris
Druga część "The President's Man" powstała już po ataku 11 września, co znalazło odzwierciedlenie w fabule - czarnymi charakterami są arabscy terroryści, zamierzający zdetonować bombę atomową na terenie USA. Chuck ponownie pojawił się w roli drugoplanowej (zasiadając jednocześnie na fotelu producenta), reżyserię natomiast powierzył swojemu synowi Ericowi. Nie powrócił natomiast Dylan Neal, kreujący protagonistę w pierwowzorze, a zamiast niego zatrudniono Judsona Millsa - żywy przykład na to, iż nie potrzeba kompletnie żadnego talentu aktorskiego, by występować w filmach. Kontynuację można wrzucić do tego samego wora, co oryginał, choć ogląda się ją nieco gorzej. Norris rzuca od czasu do czasu, jakieś mądre stwierdzenia, ale dopiero w finałowej akcji bierze czynny udział. Na szczęście dla obywateli USA, bowiem nawet Jack Bauer nie potrafi z taką skutecznością zwalczać islamskich ekstremistów, a cios, którym Chuck ostatecznie pokonuje głównego bohatera negatywnego powinien przejść do historii. Ogólnie rzecz biorąc, typowa telewizyjna produkcja bez żadnych ambicji i aspiracji. Lepiej obejrzeć któryś z wcześniejszych tytułów Norrisa albo, dla odmiany, jakiś dobry film.
The Bells of Innocence (Dzwony piekielne), 2003
Reżyseria - Ali Bijan
W końcu do tego doszło. Po latach niepewności, podejrzeń i wysnuwania różnych dziwnych teorii nie posiadających potwierdzenia w faktach Chuck wreszcie uchylił rąbka tajemnicy wcielając się w tym filmie w... anioła. Tak, chyba nikt nie wątpił, że nasz heros jest istotą wyższą. Niestety, ludzkość, doznając tego oświecenia, została pozbawiona (na szczęście chwilowo) możliwości podziwiania kopniaków z półobrotu, ponieważ Norris, rzecz niesłychana, ODMAWIA WALKI, pozwalając załatwić sprawy swojemu synowi - Mike'owi Norrisowi! Nie napalajcie się jednak na krwawe sceny, bowiem pojedynek toczy się wyłącznie w duszy Mike'a (współscenarzysta i odtwórca głównej roli). "Dzwony piekielne" wpisują się w nurt produkcji chrześcijańskich i widać to właściwie od pierwszej sceny. Niestety, wiele elementów - montaż, muzyka, scenariusz - trąci amatorką, a całość sprawia wrażenia obrazu paradokumentalnego i to kiepskiego. Do tego dochodzą słabe efekty specjalne. Chuck... proszę cię - pozostań przy tym co ci wychodzi (?!) najlepiej.
The Cutter (Zadanie specjalne), 2005
Reżyseria - William Tannen
W swojej ostatniej (jak dotąd) głównej roli, Chuck wciela się w postać prywatnego detektywa, który pomaga pewnemu szlifierzowi szlachetnych kamieni w rozrachunku z przeszłością. Po naszym herosie zupełnie nie widać upływu czasu - wygląda prawie tak, jak w latach osiemdziesiątych, jedynie zmarszczek wokół oczu więcej. Ciosy też rozdaje z równą swobodą, a i na brodzie próżno szukać siwych włosów. Film ogląda się nadspodziewanie dobrze - wprawdzie jest to standardowa propozycja prosto-na-DVD, ale trzeba uczciwie przyznać, iż nawet w pewnym stopniu angażuje widza. W drugoplanowej roli pojawia się Joanna Pacuła, a na dalszym planie można dostrzec brata Norrisa, Aarona. W kilku scenach razi nadmierna łopatologia, jednak dla kogoś zaznajomionego z innymi produkcjami bohatera niniejszego artykułu, fakt ten nie stanowi wielkiego problemu. Z czystym sumieniem podnoszę ocenę o jedno oczko za to, iż słynne kopniaki z półobrotu wciąż sprowadzają znacznie młodszych zbirów do parteru. Tak trzymaj, Chuck!
[1] W rzeczywistości cytat ten brzmi: "This is an emergency. I am Chuck Norris. Contact me through the american embassy." ("To nagły wypadek! Jestem Chuck Norris. Możecie się ze mną skontaktować poprzez amerykańską ambasadę".) Nie mogłem sobie jednak darować tej małej manipulacji.
Autor artykułu: Piotr Żymełka | Klub Miłośników Filmu, 20 kwietnia 2011
Obróbka: Piotr Żymełka - DIRK
Strona główna | Filmografie | Napisz do autora | Forum