"Co jest grane?" to wiwisekcja amerykańskiego środowiska filmowego, niezbyt dogłębna i pozbawiona chociażby krzty polotu. Reżyser brnie przez oporną materię odgrzewanego jak przysłowiowy kotlet tematu, z gracją słonia w składzie porcelany. Sceny topornie następują po sobie, rzadko kiedy z siebie wynikając. Narracja jest chaotyczna, rwie się, szarpie... Aktorzy grają bez przekonania, mają wręcz wypisane na twarzach motto: To po prostu nie może się udać! De Niro - mistrz ekranowej metamorfozy - nie ma tutaj nam, widzom, zbyt wiele do zaoferowania. Sunie przez film z beznamiętną miną pokerowego gracza, przemieszcza się tu i tam, coś mówi, głównie do swojego telefonu komórkowego, czasami zmieni wyraz twarzy z beznamiętnego na jeszcze bardziej beznamiętny, czasami podniesie głos, dając nam do zrozumienia, że przemawiają przez niego jakieś emocje. W przesadnie ascetyczny sposób stara się wmówić nam, że a) jest wielką rybą w wielkim stawie i demonem bezkompromisowych negocjacji w jednym, b) spala się dla wielkiej sprawy, poświęcając na ołtarzu sztuki coś więcej, niż tylko siebie samego oraz c) żyje w wielkim pośpiechu i stresie, pod ciągłą presją kurczących się terminów, budując swoją zawodową pozycję na gruzach tego, co zostało z jego szeroko pojętej sfery prywatnej. Ale my tego nie kupujemy. Nie wierzymy w to, co widzimy, bo Ben (pierwowzór postaci to Art Linson, amerykański producent filmowy) nie jest Benem, tylko przebranym za Bena innym mężczyzną, nieudolnie go naśladującym. Na ekranie jest jedynie Robert De Niro i tylko Robert De Niro, facet w zaawansowanym wieku, który zapomniał, że nie wystarczy już po prostu być, ale trzeba jeszcze tak po prostu... grać. Nie wcielać się w filmową postać, nie w pełni się z nią identyfikować, nie z namaszczeniem ją kreować - tylko po prostu... GRAĆ. Stanąć przed obiektywem kamery w swojej nieprzetransformowanej na potrzeby kolejnej wielkiej roli postaci i korzystając jedynie ze swoich naturalnych - wzbogaconych szczyptą wrodzonego talentu - środków wyrazu, po prostu odgrywać ekranową postać, w tym konkretnym przypadku postać Bena, steranego życiem producenta kinowych hitów.
Ben w interpretacji De Niro niby jest, ale tak, jakby go nie było. Co ma same wady i tylko jedną zaletę: nie przeszkadza on w odbiorze innych postaci, niekoniecznie również interpretacyjnie (i nie tylko interpretacyjnie) trafionych. Przerysowana, wręcz karykaturalna postać reżysera Jeremy'ego Brunella (Michael Wincott), nawiedzonego artysty, broniącego zaciekle swojego prawa do nieskrępowanej kompromisem twórczej wolności - również nie przekonuje. To czysta sztampa, kalka tego, co widzieliśmy w kinie już dziesiątki, wręcz setki razy. W dodatku ów manifest reżysera jest sztuczny, jest grą na pokaz, jest elementem swoistego PR, na który wydaje się mieć milczące przyzwolenie tych, dzięki którym w ogóle jako twórca może istnieć w skali dużo większej niż offowa. Czemu zresztą finał niekoniecznie zaprzecza. Środowisko filmowe to kloaka hipokryzji, to świat, w którym kłamstwo jest na wagę złota, a trudna sztuka pokrętnej dyplomacji - bezcenna, o czym my, widzowie, doskonale wiemy. Bo gdzieś to już widzieliśmy, gdzieś już o tym słyszeliśmy. Więc czy koniecznie trzeba nam o tym znowu przypominać?

Na szczęście dla nas, widzów, po ekranie kręci się jeszcze Bruce Willis, luźny gość, mocno do siebie zdystansowany. Pół żartem, pół serio zapytam: czy na pewno? Czy na 100% możemy mieć pewność, że serwowany nam luz Bruce'a nie jest jedynie dobrze sprzedającym się elementem perfekcyjnie realizowanego marketingu? Jeśli tak - chwała Bruce'owi! Bo to by oznaczało, że przynajmniej on nie zapomniał, jak odwalać dobrą aktorską robotę, taką nieskomplikowaną, taką prosto z serca płynącą... No i jest jeszcze John Turturro, jego kłopoty żołądkowe i stres, spowodowany strachem przed... wszystkimi. Do plusów dorzuciłbym jeszcze scenę z kelnerką w restauracji, odczytującą wiadomość dla Bena oraz scenę na pogrzebie, która niby jest, ale której tak naprawdę... nie ma. No i jest jeszcze scena oczekiwania na wyjście Bruce'a z przyczepy, rzekłbym, że zabawna. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o pozytywy.
Ten film jest za mało śmieszny, jak na komedię, i za mało dramatyczny, jak na dramat. To ciężkostrawna papka, okraszona jedynie kilkoma lekkostrawnymi składnikami. Jeśli kochasz Roberta De Niro - odradzam. Jeśli jesteś miłośnikiem twórczości Barry'ego Levinsona - odradzam. Jeśli jesteś po kilku piwach i akurat przechodzisz koło kina, w którym grają niniejszy film - zachęcam. Wejdź do środka, usiądź wygodnie w fotelu, zdrzemnij się... I nie zapomnij poprosić kogoś z widzów, by obudził cię raz na kwadrans, może raz na dwa kwadranse. Przy odrobinie szczęścia może trafisz na scenę, która cię rozbawi, na scenę, która spowoduje, że z uśmiechem na twarzy zaśniesz na kolejny kwadrans.


wytwórnia - 2929 Productions, 2008
reżyseria - Barry Levinson
scenariusz - Art Linson
muzyka - Marcelo Zarvos
montaż - Hank Corwin
zdjęcia - Stéphane Fontaine
czas projekcji - 104 minuty


Robert De Niro
Robin Wright Penn
Stanley Tucci
Catherine Keener
Kristen Stewart
Michael Wincott
John Turturro
Bruce Willis
Sean Penn

Ben
Kelly
Scott Solomon
Lou Tarnow
Zoe
Jeremy Brunell
Dick Bell
on sam
on sam


Autor recenzji: Bolesław Dochuński-Duchoński - BD-D | Klub Miłośników Filmu, 29 kwietnia 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA