Nie wiedziałem zbyt wiele o Coco Chanel. Mała czarna, perfumy, film reklamowy z Nicole Kidman... To właściwie wszystko. Modą za bardzo się nie interesuję, ruchy feministyczne też trudno
uznać za moją specjalność. Do filmu Anne Fontaine podszedłem więc na chłodno - po prostu usiadłem w fotelu, mając nadzieję na obejrzenie ciekawej historii. Ładnie podanej, z udziałem
dobrych aktorów, takiej, którą ogląda się bez znużenia. I nie zawiodłem się. Dla mnie "Coco Chanel" to z pewnością jedna z lepszych propozycji, rozpoczętego właśnie, sezonu ogórkowego.
Ale ja to ja. Do kina w pierwszej kolejności wybiorą się jednak "wyznawcy", a raczej "wyznawczynie" francuskiej ikony mody. Wdzięczne nie tylko za sukienki, garsonki, żakiety, perfumy i
kapelusze. Ale również, a nawet przede wszystkim, za wyswobodzenie kobiet z gorsetów, za pokazanie, że nadają się do czegoś więcej niż bycia tylko ładnym dodatkiem. I tutaj może pojawić
się problem. Film nie jest bowiem laurką, hołdem złożonym życiu i twórczości Chanel. To zaledwie wycinek, pewien niewielki fragment - jak sam tytuł wskazuje (w oryginale brzmi on "Coco
avant Chanel" - czyli "Coco przed Chanel"), dotyczący okresu, zanim rozpoczęła się jej wielka kariera. I ja taką formę kupuję. Mam jednak wrażenie, że jako jeden z nielicznych...
|
 |
 |
|
Filmowe biografie mają to do siebie, że tak naprawdę niewiele się między sobą różnią. Pomimo dużego rozrzutu wśród postaci, o których opowiadają - inne są czasy, w których przyszło im żyć,
problemy, z którymi trzeba było się mierzyć, wreszcie inna jest także dziedzina przynosząca im sławę. Ale schemat opowieści jest zawsze podobny. Trudne dzieciństwo, postanowienie osiągnięcia
sukcesu, powolne wspinanie się na szczyt i spektakularny upadek. Bo geniusze przeważnie okazują się być nieudacznikami w życiu - takim zwykłym, codziennym, w otoczeniu innych, gdzie nie
przydaje się ich talent. I koniec kariery równoznaczny jest z końcem wszystkiego. Wtedy ekran ciemnieje, w tle słychać przygnębiającą muzykę, światła w kinie zapalają się, a my, widzowie,
mamy opuszczać salę z tysiącem kłębiących się w głowie myśli. I zazwyczaj tak się zresztą dzieje. Filmowa biografia to właściwie taki "pewniak" - dobry rzemieślnik bez większego problemu
zrobi z niej obraz, który spodoba się zarówno tłumom, jak i krytykom, nikt nie będzie specjalnie psioczył (po pierwsze - bo z reguły nie ma powodów, po drugie - bo nie wypada), z kolei
kilku oniemiałych z zachwytu pewnie by się znalazło. Reżyser na zawsze zapisze się jako ten, który nakręcił biografię tego lub tamtego, a odtwórca głównej roli - prócz zgarnięcia kilku
cennych nagród - nawet w przypadku późniejszego niefartu, będzie mógł powiedzieć "Tak, to ja - ten od .....". Stąd też gatunek ten ma w ostatnich latach naprawdę dobrą passę - rocznie
docierają do Polski minimum trzy-cztery tego typu filmy. Ale im więcej tytułów, tym wyższe wymagania widza. Schemat powoli staje się już utarty, a nie każdy reżyser jest przecież Milosem
Formanem - filmowa biografia zaczyna nużyć. Nawet, jeśli dotyczy wyjątkowo ciekawych postaci...
"Coco Chanel" w reżyserii Anne Fontaine czekała więc droga pod górkę. I to nie tylko z powodu powolnego wyczerpywania się formuły gatunku. Minęły zaledwie dwa lata od premiery "Niczego nie
żałuję" - filmu, który w jednakowym stopniu pokochała Francja, jak i reszta świata (czy słusznie, to już inna sprawa). Oscar i inne nagrody dla Marion Cotillard, grającej w nim Edith Piaf,
zapewniły temu tytułowi nieśmiertelność. Ale wymusiły też porównania. No i jest z czym porównywać - "Coco Chanel" już w kinach, na premierę czeka film "Coco Chanel i Igor Stravinsky", a w
najbliższych planach jest chociażby biografia Serge'a Gainsbourga. Ja jednak uważam, że Anne Fontaine nie musi się bać. Jej obraz nie jest może tak efektowny i tak podniosły jak "Niczego nie
żałuję", ale w tym właśnie tkwi jego siła. Reżyserka odchodzi od schematu, pokazując nam tylko urywek życia swojej bohaterki. Za to bardzo istotny urywek - ten bezpośrednio przed rozpoczęciem
wielkiej kariery. Bo resztę przecież, w większym czy mniejszym stopniu, już wiemy. Fontaine pozbawiła się tym samym kilku mocnych scen - wszelkich spektakularnych sukcesów, ale i bolesnych
porażek (bo w życiu Chanel i takie bywały), wspinania się na utracony piedestał, ale też kolejnych upadków. Bez łez szczęścia, wybuchów euforii, bez depresji i łez smutku... Cały film jest
zresztą raczej zdystansowany, co przez niektórych może zostać odczytane jako "zbyt nijaki". Moim zdaniem - świadczy to o jego elegancji i klasie. W jednej ze scen Coco Chanel mówi:
"Kobiety noszą za dużo piór, makijażu i ozdób - za dużo wszystkiego". W przypadku filmowej biografii "za dużo wszystkiego" oznacza tani sentymentalizm, patetyczność, a w efekcie śmieszność.
"Coco Chanel", tak, jak jego tytułowa bohaterka, prezentuje raczej styl minimalistyczny. I do twarzy mu w nim.
|
 |
 |
|
A na ten styl składa się co najmniej kilka elementów. Zdjęcia Christophe'a Beaucarne'a, jakby czymś przyprószone, nieostre, sprawiają, że kamera jest gdzieś "obok", zagląda ukradkiem,
nienachalnie. Alexandre Desplat z kolei, może i kopiuje samego siebie, ale jego delikatna muzyka wprost idealnie tu pasuje. Razem dało to naprawdę piękne tło. Na pierwszym planie są
tutaj jednak aktorzy - tworzący swoisty trójkąt miłosny, Audrey Tatou (Chanel), Alessandro Nivola (Boy) i Benoît Poelvoorde (Balsan). Panowie spisują się tutaj świetnie - Poelvoorde
potrafi być przekonujący zarówno jako prostak, jak i czuły przyjaciel, zaś Nivola ubiera swojego bohatera w nieodparty magnetyzm, tworząc wraz z Tatou całe pokłady ekranowej chemii.
Żaden z nich nie ma jednak możliwości przyćmienia odtwórczyni głównej bohaterki. Tatou stworzyła bowiem w tym filmie kreację wybitną. Taką, dzięki której przestanie być w końcu więźniem
jednej roli - przestanie być Amelią. Po pierwszych zwiastunach i zdjęciach z filmu obawiałem się, że przyjmie jedną groźną minę i oprze na niej całą swą grę. Bardzo się jednak myliłem.
Przyznam szczerze, że przed obejrzeniem filmu nie widziałem żadnego wywiadu z Coco Chanel - nie wiedziałem, jaki ma głos, sposób bycia. Niewiele się zresztą w tej kwestii zmieniło, bo
to, co znalazłem na youtube, pochodzi głównie z okresu tuż przed śmiercią, kiedy projektantka miała już ponad 80 lat... Dzisiaj dla mnie Coco Chanel to po prostu Audrey Tatou z tego filmu.
A to chyba najlepsza rekomendacja...
Niestety, znając życie, porównania z "Niczego nie żałuję" właśnie na tej płaszczyźnie przyjmą najgłębszą formę. Tatou i Cotillard są w podobnym wieku, obie zaliczyły krótki romans z Hollywood
(do którego Marion ma chyba jednak większe parcie), no i obie zagrały francuskie symbole. Wygra tę potyczkę Cotillard, ale czy faktycznie była lepsza? Wybór jest oczywiście trudny, jednak ja
skłaniałbym się ku Tatou. Zagrała oszczędniej i bez oręża w postaci kilkugodzinnej (także zresztą oscarowej) charakteryzacji. Nie chodzi przygarbiona, nie wrzeszczy i nie wykrzywia ust w
paskudnym grymasie. Przez te półtorej godziny po prostu jest Coco i stara się zrobić wszystko, byśmy w to uwierzyli. Ja się na to złapałem.
Tatou i Nivola, a raczej Coco i Boy, są też cząstkami jednego z ciekawszych wątków miłosnych, jakie mogliśmy ostatnio oglądać w kinie. Owszem, przyćmiewa on w pewnym momencie wszystko inne i
z próby biografii tworzy się romans, ale epizod ten ukształtował osobowość projektantki i właściwie całe jej przyszłe losy. A do tego jest to miłość tak nietypowa, że w kinie praktycznie
nieobecna - ni to szczęśliwa, ni nieszczęśliwa, trochę spełniona, trochę niespełniona, z jednej strony normalna, z drugiej dziwna... Ja jednak zakończyłbym ten wątek (i cały film) kilka minut
wcześniej, niż zdecydowała się na to reżyserka. W końcówce Fontaine zboczyła bowiem trochę z toru i omal się nie wykoleiła. Na szczęście przepiękna wizualnie ostatnia scena rekompensuje wszystko.
|
 |
 |
|
A trochę do rekompensowania by się pewnie jeszcze znalazło... Przede wszystkim nie jest to film równy - ma swoje lepsze i gorsze momenty. Można mu zarzucić zbyt dużą kompromisowość.
Czasem aż chciałoby się, żeby reżyserka zaryzykowała i popchnęła coś dalej albo bezlitośnie ucięła. "Coco Chanel" nie jest też typową biografią - widzowie chcący poznać najciekawsze
fakty z życia projektantki, będą musieli po seansie usiąść do komputera. Ci, którzy liczyli na półtoragodzinny pokaz mody - włączyć Fashion TV. A tacy, którzy spodziewali się magicznej
bajki w stylu reklamy Chanel no5 - obejrzeć tę nową, z udziałem Tatou właśnie (choć ponoć nie miało to żadnego związku z premierą filmu...). "Coco Chanel" nie stara się uchwycić wszystkich
blasków i cieni z życia Francuzki. Nie ma być hołdem złożonym ku jej czci, swoistą podzięką narodu, jak to trochę było w przypadku "Niczego nie żałuję". To po prostu solidny film,
przedstawiający ciekawą historię, składającą się na jeden z etapów życia Chanel - jeden z wielu... Siedząca niedaleko mnie kobieta, po zakończeniu seansu skwitowała go jednym zdaniem:
"Szału nie było". I, choć wydawać by się mogło, że bronię "Coco Chanel" jak tylko mogę, muszę się z tym zgodzić. Nie było. Pytanie tylko - czy rzeczywiście zawsze musi być "szał"?