Strona główna KMF

- Pamiętasz jak obiecałem, że zabiję Cię na końcu?
- Tak
- Skłamałem.


    W 1985 roku, premierę miał kolejny wybuchowy hit z Sylvestrem Stallone, pod tytułem "First Blood: Part 2" u nas lepiej znany jako "Rambo 2", a między Arnoldem i Sylvestrem wciąż trwała w najlepsze, nieoficjalna walka o tytuł największego ekranowego herosa. W tymże samym roku 1985, do kin trafił "Commando" - Schwarzeneggera odpowiedź na przygody heroicznego i niepokonanego Johna J. Rambo. O ile jednak w "Rambo 2" postawiono na nieco dramatyczny motyw uwalniania więźniów z obozów w Wietnamie, a wszystko zroszono kilkoma kroplami patriotyzmu, tak w "Commando" John Matrix (Arnold Schwarzenegger) walczy już w zupełnie prywatnej sprawie - oczywiście obowiązkowo sam przeciw wszystkim. W filmach tego pokroju można zauważyć przez to pewien schemat; im bardziej główny bohater jest sam, i im więcej jest "wszystkich", tym na ekranie będzie niedorzeczniej i zdecydowanie krwawiej.



 
 



    Naszemu bohaterowi źli ludzie porywają 10-letnią córeczkę, żądając w zamian od (jak się okazuje) byłego komandosa, wykonania jednego wyroku śmierci na... jednym prezydencie Kuby. Nasz bohater jednak, jak na bohatera przystało, nie godzi się na wykonanie tego haniebnego i jakże nie bohaterskiego zadania, w zamian zabijając po kolei wszystkich, którzy umoczyli przestępcze paluchy w porwaniu jego córeczki. Na to wszystko John Matrix ma niespełna 11 godzin, czyli o 10 godzin więcej niż bohater Johnny'ego Deppa z "Na żywo". Upływający czas nerwowo buduje atmosferę beznadziejnej walki o życie córki; tak naprawdę jednak, kwintesencją "Commando" jest spektakularny finał; chyba nikt nie zapomni słynnej sceny, w której Arnold ubiera się w wojskową kamizelkę, obwiesza granatami, maluje na twarzy czarne pręgi, ładuje karabiny i tak bogato wyposażony rusza dzielnie do walki. Ciężko też zapomnieć nieco naciągane, ale wciąż dające się przyjemnie oglądać wszelkie sekwencje z użyciem karabinu M-60, gdy Arnold kosi całe zastępy wroga.



 
 



    To nic, że realizmu wydarzeń nie uświadczymy tu nawet za grosz; po prostu nie na tym miał polegać ten film. To nic, że krucha, filigranowa dziewczyna bez trudu zarzuca na ramię potężną wyrzutnię rakiet, a Arnold uprawia ekstremalne skoki z samolotu. Jeśli bowiem przymknąć oko na te drobne (drobne? ;) niedorzeczności i permanentne naciągactwo scen akcji, można się (nawet dziś) dobrze bawić podczas seansu "Commando" i z nostalgią powspominać czasy, gdy Arnold wyznaczał kierunek i trendy kina akcji, a my z wypiekami na twarzy "łykaliśmy" wszystkie cuda niewidy jakie pojawiały się na ekranie ;)




 
Ciekawostką jest fakt, że w "Terminatorze" i "Commando" jest scena, w której Arnold mówi słowo "Wrong", po czym strzela ;)




AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl