MACHANIE MIECZEM
- recenzja nowego "Conana barbarzyńcy"
Będę szczery - przepis Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, na utwór
literacki z tymże bohaterem nie był jakoś szczególnie wysublimowany.
Opowiadania o wielkim Cymmeryjczyku odznaczały się przeważnie prostotą.
Owszem, jest wśród tych utworów kilka dłuższych (i zwykle lepszych) o
bardziej rozbudowanej fabule (jak "Godzina smoka", "Za Czarną Rzeką", czy
mój numer jeden - "Ludzie Czarnego Kręgu"), ale można je policzyć na palcach
jednej ręki. Z reguły opowieść o przygodach Conana nie sili się na
wielowątkowość czy choćby zaskoczenie czytelnika. Ot, Conan dociera do
jakiegoś wymarłego miasta, po którym grasuje jakiś potwór lub demon, ubija
maszkarę i odchodzi. Albo na przykład chce zdobyć skarb, którego strzeże
jakiś potwór lub demon, ubija więc maszkarę, zabiera skarb i odchodzi. Jeśli
w pobliżu Conana znajdzie się jakiś szkielet lub posąg, to bez wątpienia
wkrótce ożyje, by zmierzyć się z barbarzyńcą. Jeśli pojawi się niewiasta, to
zawsze piękna i skąpo odziana (lub w ogóle). Aha, no i prędzej czy później
ktoś będzie ją chciał pewnie złożyć w ofierze.
Fabuły większości tych utworów nie zachwycają zatem misterną konstrukcją,
ale też nie o to chyba autorowi chodziło. Jego opowiadania pozwalają
czytelnikowi wejść w prehistoryczny, brutalny świat i po prostu przeżyć
przygodę. Prostą, bo też bohaterem jest barbarzyńca, który woli proste
rozwiązania, zamiast więc układać misterne intrygi, sięga po miecz i
rozwiązuje problem, dostarczając jednocześnie czytelnikowi dynamicznej
akcji.
|
 |
|
Przy okazji premiery nowego filmu o Conanie, wszyscy chyba zdajemy sobie
sprawę, że będzie on nieuchronnie porównywany z klasykiem Johna Miliusa, w
którym w Conana wcielał się Arnold Schwarzenegger, choć obie produkcje
znacznie różnią się fabułą (mimo wspólnego punktu wyjściowego i wynikającego z niego kluczowego motywu zemsty). Wielbiciele owego klasyka już z góry oczywiście postawili kreskę na nowym filmie, traktując go jako swego rodzaju zamach na świętość, zupełnie jakby produkcja z Arnim była niedoścignionym wzorcem i ideałem. A może warto spojrzeć na nowy film przez pryzmat prozy Howarda i spytać, czy lepiej niż ten starszy oddaje jej klimat?
Moja odpowiedź na to pytanie zapewne wzburzy niejednego z Was, ale myślę, że wchodzący na ekrany film Marcusa Nispela ma w sobie więcej z ducha
literackiego oryginału niż dzieło Johna Miliusa. Właściwie, choć opowiadana
tu historia nie została zaczerpnięta z żadnego utworu Howarda, to jednak
zarówno pod względem konstrukcji fabularnej, elementów składowych, jak i
klimatu, nowa produkcja wygląda jakby była napisana przez samego
twórcę Conana. Jakby jakiś nieznany, zaginiony utwór Howarda ukazał się po
latach w wersji filmowej. Film Nispela przejmuje od autora literackiego
pierwowzoru wszelkie zalety jak i wady związane na stałe z tym cyklem.
Między innymi wspomnianą wcześniej prostotę.
Dlatego nie sposób zaprzeczyć, że film ze Schwarzeneggerem był ambitniejszy.
Odwoływał się do filozofii (już na początku mieliśmy cytat z Nietzschego),
toczył się wolno, rzadko serwując sceny akcji - stawiał raczej na klimat. To
pewnie godne pochwały, ale jednak chyba niezbyt howardowskie. Utwory Howarda to przede wszystkim dynamiczna i krwawa sieczka. Jeśli trochę upraszczam albo odbieram te dzieła powierzchownie, to wybaczcie, ale tak po prostu to widzę. Literackie historie o Conanie nie siliły się na głębię, za to
zawierały w sobie dużo akcji (która, nie oszukujmy się, sprowadzała się
przecież z reguły do wyrzynania przeciwników), dynamicznie podanej, bez
przestojów i dłużyzn. Jeśli pojawiały się (rzadko) jakieś refleksje (jak te
o przejściowym charakterze wszelkiej cywilizacji w "Za Czarną Rzeką"), to
były podane mimochodem, w taki sposób, by nie spowalniać rozgrywających się przed oczami czytelnika wydarzeń.
Film Nispela stara się podążać ściśle za tą formułą. Cały czas serwuje się
nam akcję, a przerwy pomiędzy jedną dynamiczną sceną a następną, są naprawdę krótkie. Jakiego rodzaju akcję proponuje nam ten film? Cóż, mamy tu sceny walki, potem sceny walki, później trochę scen walki, i na koniec sceny
walki. A w międzyczasie jeszcze trochę walk. Chyba niczego nie pominąłem.
A nie, przepraszam! Jeszcze jest pościg... wzbogacony o walkę. Naprawdę
walczy się tu w każdej sytuacji, nawet zwisając na łańcuchach. Ale czy ktoś
spodziewał się czegoś innego? Na plakacie widnieje wszak napakowany gość z
potężnym mieczem.
|
 |
|
Powiadam Wam, Conan-Schwarzenegger nigdy nie był wrzucony w taki wir akcji. Zawsze miał wystarczająco dużo czasu, by po prostu nieśpiesznie jechać sobie konno z punktu A do punktu B na tle malowniczych krajobrazów, albo siedzieć na głazie i dumać. Conan-Momoa zdecydowanie częściej ma okazję, by pomachać mieczem i to zbliża go do literackiego pierwowzoru. Wszak to "Conan barbarzyńca", a nie "Conan myśliciel". Na hasło "barbarzyńca" wyobrażam sobie dzikiego, nieokrzesanego gościa, którym rządzą pierwotne instynkty. Takiego, co siecze, niszczy i plądruje, a nie takiego, co siedzi i duma nad istotą życia i tajemnicami wszechświata.
Nowego Conana zatem znacznie częściej mamy okazję obserwować w boju, a
sprawia się on w takich sytuacjach efektywnie i efektownie. Większość walk w
filmie ma dobre tempo i całkiem nieźle pomyślaną choreografię, choć można im niekiedy zarzucić trochę zbyt chaotyczne ujęcia (ostatnio coraz częstsze w
kinie). Montaż bywa zbyt pocięty, choć nie przeszkadza to w ogarnięciu tego,
co dzieje się na ekranie (w przeciwieństwie do tego, z czym mieliśmy do
czynienia np. w "Quantum of Solace").
Trzeba też nadmienić, że te sceny walki oddają styl literackiego pierwowzoru,
nie stroniąc od drastyczności. To nie jest jeden z tych, jakże licznych,
filmów, w których miecz bohatera po starciu z wrogiem w tajemniczy sposób
pozostaje niesplamiony nawet kroplą krwi. Twórcy nowego "Conana" nie
przedstawili złagodzonej wersji przygód Cymmeryjczyka (co można było odczuć przy wersji ze Schwarzeneggerem - poza śmiercią matki Conana i końcową rozprawą z Tulsą był to film jednak dość łagodny). Tutaj krew leje się
gęsto, roztrzaskują się czerepy, głowy są odcinane. Wszyscy, którzy obawiali
się, że z Conana, brutalnego barbarzyńcy i zabijaki, twórcy nowego filmu
uczynią bohatera bajki w PG-13, mogą odetchnąć z ulgą. Przemocy jest
niemniej niż w prozie Howarda, a kamera nie ucieka przed jej pokazywaniem,
choć nie ma tu też sadystycznego lubowania się w scenach makabry. To po
prostu jeden z elementów filmu, a nie centralny i dominujący. Stopień
brutalności jest spory (choćby to, jak okrutnie nasz barbarzyńca potraktował
pewnego beznosego gościa), ale nie skrajny. Pewnych granic twórcy nie
przekraczają. Jasne, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, może mieć z tym filmem
problem, ale jednak wcale nie trzeba być hardcorowcem, żeby przez niego
przebrnąć. Pamiętacie np. scenę z okiem z drugiej części "Kill Bill"? Żadna
scena z "Conana" nie jest aż tak drastyczna. Przemoc jest tu raczej gdzieś
tak na poziomie "300" Snydera (choć nie tak odrealniona). Wystarczająco
mocna, by uznać, że to film wyłącznie dla widzów dorosłych, ale
niewystarczająco, by uznać, że to film dla psychopatów. Na marginesie taka
drobna obserwacja: im bliżej końca, tym brutalności jest mniej. Nie czepiam
się tego, bo krwawe jatki mnie wcale jakoś wybitnie nie rajcują, ale to chyba
jednak pewna niekonsekwencja stylistyczna, jakby Nispel w miarę zbliżania
się do finału chciał być bardziej klasycznie hollywódzki.
|
 |
|
Kolejnym ściśle howardowskim elementem filmu jest obecny w nim mrok i pewna "horrorowość" wiążąca się z pradawnymi, ciemnymi mocami budzącymi się do życia. Literackie opowieści o Conanie bardzo często operowały klimatem grozy związanym z nienazwanymi, niezbadanymi siłami zamierzchłych epok. Tu mamy dokładnie to samo, w znacznie większym stopniu niż w starszej wersji.
Zawsze odbierałem howardowskie utwory jako pewnego rodzaju połączenie z
jednej strony tajemnicy, grozy i makabry, ale z drugiej pewnej
"przygodowości" i zawadiactwa. Nowy film nieźle radzi sobie z tą
ambiwalencją (nieźle, ale nie idealnie, o czym powiem później) - drastyczne,
ciężkie pod względem klimatu sceny przeplatają się tu z akcjami typowo
przygodowymi, pozwalającymi widzowi na trochę odprężenia (nawet niektóre
walki są w tych partiach mniej brutalne, a wręcz bezkrwawe).
Zajmijmy się najważniejszym - jak sprawdza się Jason Momoa w roli
głównej? Moim zdaniem całkiem nieźle (zwłaszcza, że pod względem wyglądu
bardziej niż Schwarzenegger oddaje to, jak opisywał Conana Howard - no, może tylko muskulatury trochę brakło), choć nie miał tak naprawdę wiele do
zagrania (ale o tym za chwilę). W każdym razie nie rozumiem tych rzeszy
rozpisujących się na różnorakich forach, że Conan to Arnold i tylko
Schwarzenegger może wcielać się w tę postać. Niby dlaczego? Rozumiem tego
typu podejście przy bohaterach, których rodowód jest ściśle filmowy, jak
choćby Indiana Jones. Ale Conan to postać literacka. Żaden aktor nie może
mieć do niej wyłącznego prawa. Gdyby Hamleta mógł grać na scenie tylko jeden aktor, to sztuka Szekspira nie gościłaby na deskach teatrów już od wielu
wieków. Momoa spisał się przyzwoicie, zresztą jak cała obsada (z której
najlepiej chyba wypadła Rose McGowan jako diaboliczna Marique).
Podsumowując co napisałem wcześniej, film bardzo wiernie oddaje to, co było
charakterystyczne w literackich opowieściach o Conanie. Brak dłużyzn i
przestojów. Masa walki. Przemoc. Mrok. Przygoda. Półnagie niewiasty, których wszak u Howarda nie brakowało (prehistoryczne równouprawnienie - skoro Conan może przez tyle czasu eksponować klatę, to czemu dziewczętom ery
hyboryjskiej miałoby to być wzbronione?). No i nawiązania do oryginalnych
utworów Howarda, które budują wrażenie jedności bohatera filmowego i
literackiego - pokazują, że to ten sam znany nam Conan, tylko w
nieujawnionym dotąd epizodzie swojego życia. Choćby na przykład to, że nasz
bohater dowodzi tu statkiem z murzyńską załogą, tak jak u Howarda, gdy
Cymmeryjczyk był znany jako Amra i wraz z czarnymi korsarzami rabował Czarne Wybrzeże. Wspomina się też w filmie wydarzenia z "Wieży Słonia", jednego z pierwszych opowiadań. No i możemy zobaczyć na własne oczy narodziny Conana na polu bitwy, wydarzenie, które u Howarda było tylko wspomniane. To wszystko składa się na wrażenie, że film podchodzi z szacunkiem do literackiego pierwowzoru i stara się podążać jego śladem.
|
 |
|
Czy zatem jest to film dobry?
No niestety nie. W każdym razie nie do końca. Trochę zabrakło. Przede
wszystkim to, co sprawdza się na papierze, niekoniecznie musi być dobre na
ekranie. Wierność stylowi utworów Howarda jest godna pochwały, ale nie
zapominajmy, że powstawały one w latach trzydziestych i, choć pionierskie,
to ich formuła przeniesiona do kina pozostawia pewien niedosyt.
Więc co nie gra? Film składa się głównie z akcji, a przydałoby się coś
więcej. Tempo jest szybkie i przeskakujemy stale od jednej lokacji do
drugiej. Same hyboryjskie miasta robią dobre wrażenie, na kinowym ekranie
wręcz monumentalne, i świetnie komponują się z nader ładnymi plenerami. Ich
specyfika została też lepiej oddana niż w klasyku Miliusa, gdzie wrzucono po
prostu losowo kilka nazw z prozy Howarda i tyle. Kłopot w tym, że w nowym
filmie w każdym z tych miejsc jesteśmy ledwie przez chwilę, bo już za moment
fabuła rzuca nas gdzieś indziej. Zdążymy wprawdzie przez te kilka minut
obejrzeć jakąś dynamiczną scenę akcji, ale nie zdążymy poczuć klimatu i
wchłonąć nieco nastroju tych egzotycznych miast. Oczywiste jest też, że przy
tak prędkim przeskakiwaniu do kolejnych lokacji film Nispela traci na
płynności. Staje się w pewien sposób jakby poszarpany. Początkowa część,
poświęcona dzieciństwu Conana, jest jeszcze w porządku, ale potem obraz
zaczyna trochę za bardzo wyglądać jak zlepek odrębnych scen.
Bombardowanie widza akcją jeszcze bardziej odbija się na postaciach, bo po
prostu niewiele scen poświęcono na ukazanie ich osobowości i relacji między
nimi. Czarne charaktery jeszcze jakoś się bronią. Khalar Zym jest
głównym złym, ale nie jest przesiąknięty złem do szpiku kości. To człowiek,
który stracił ukochaną żonę, czuje się pokrzywdzony i chce się odegrać. Jego
córka Marique czuje się przez niego odrzucona, choć stara się ze wszystkich
sił, by zastąpić matkę u boku ojca. Tak, dosłownie, w każdym znaczeniu (to
naprawdę nie jest film dla grzecznych dzieci). Ci źli mają zatem kilka scen,
które pozwalają widzowi poczuć, o co tym postaciom chodzi i co kryje się w
ich wnętrzu.
Pozytywni bohaterowie niestety nie zostali tak łaskawie potraktowani przez
twórców, dzięki czemu wyglądają raczej jak kukły bez duszy niż pełnoprawne
postacie. Conan jest napędzany zemstą, mało mówi i siecze wszystko, co
wejdzie mu w drogę. Tamara jest krnąbrna, wojownicza i niekiedy
sarkastyczna. No i tyle. Aha, są jeszcze jakieś postacie w tle, jak czarny
druh Conana albo złodziej, co to każdy zamek otworzy, ale one tak sobie
pojawiają się i znikają, że nie warto się o nich rozpisywać. Główni bohaterowie są zatem raczej dość płascy i nieciekawi, a to wielka strata, bo właśnie to wpływa znacząco na odbiór tego filmu jako całości. Bardziej interesujące postacie sprawiłyby, że z większym zajęciem śledzilibyśmy ich losy.
|
 |
|
Pojawiła się tu próba stworzenia ciekawych relacji, poprzez skonfrontowanie
Conana i Tamary. Cywilizowana dziewczyna i nieokrzesany barbarzyńca, którzy początkowo się nie lubią, ale i tak wszyscy wiemy, ku czemu to zmierza, to wątek, który nie był obcy Howardowi (pozwolę sobie wspomnieć duet Conana i Jasminy w "Ludziach Czarnego Kręgu"). Ten w filmie Nispela przypomina trochę podobny motyw z niedawnego "Księcia Persji". Między Conanem i Tamarą można było zbudować równie wyraziste relacje i przez pewien czas na to się zapowiadało. Ich wspólne sceny, podszyte humorem, bazującym na ich wzajemnych, sarkastycznych docinkach, wprowadziły do filmu trochę charakterystycznej dla kina przygodowego lekkości i stanowiłyby znakomitą przeciwwagę dla ciężkiego, mrocznego klimatu związanego z postaciami czarnych charakterów i ich niegodziwymi planami, gdyby nie... no właśnie, gdyby nie to, że tych wspólnych scen Conana i Tamary jest tak niewiele, bo twórcy woleli jak najwięcej czasu poświęcić na akcję, przez co na ukazanie relacji między postaciami niewiele już zostało. W rezultacie, wzajemne nastawienie tych dwojga, zamiast zmieniać się stopniowo, ulega gwałtownej zmianie nagle, bez uprzedzenia. Nie starczyło czasu, by pokazać kiedy dokładnie i dlaczego właściwie Conan i Tamara zaczynają patrzeć na siebie inaczej, bo wtedy trzeba byłoby wyciąć z filmu trochę machania mieczem, a na taki kompromis Marcus Nispel chyba nie był gotowy.
Przez ograniczenie tego wątku (który, ze względu na kluczową dla fabuły
postać Tamary, powinien być niezwykle ważny, a nie potraktowany z buta, jak
to uczyniono) film wiele stracił. To, co nam odnośnie tego motywu pokazano,
było dobre, wnosiło lekkość i świeżość, tylko niestety było tego stanowczo
za mało.
To w ogóle chyba największa bolączka nowego "Conana". Jest poskładany z
niezłych, a wręcz dobrych składników, tylko proporcje są nie do końca
odpowiednie. Przez to film nie wzbudza tyle emocji, ile by mógł. Naprawdę
mógł być dobry, gdyby tylko twórcy bardziej rozwinęli niektóre wątki, a
przycięli inne. Ograniczyć nieco akcję (i trochę poprawić montaż), a
bardziej skupić się na postaciach, ze szczególnym uwzględnieniem Conana i
Tamary. Tyle wystarczyło, by film Nispela był solidną rozrywką. A tak
niestety po seansie pozostaje niedosyt.
Naprawdę trochę szkoda, że nowy "Barbarzyńca" nie jest lepszy (tym bardziej, że fantasy w kinie w ostatnich latach cienko przędzie). Proza Howarda to dobry materiał, a Nispel miał w ręku narzędzia by zrobić równie dobre kino rozrywkowe. Nie do końca wyszło, ale nie można też mówić o fuszerce. Trochę zabrakło, bym mógł uznać nowego "Conana" za dobry film, ale nie jest też słaby. Nie żałuję, że poszedłem na niego do kina, a jak go kiedyś puszczą w telewizji, to z pewnością go jeszcze raz obejrzę, ale nie będę na to czekał ze
zniecierpliwieniem. Czy Wam go polecić czy nie, to już trudniejsza kwestia.
Jeżeli Conan to dla was głównie film ze Schwarzeneggerem, to lepiej odpuścić
sobie seans. Ale jeśli Conan to dla was przede wszystkim proza Howarda, wersja Nispela może was zainteresować, nawet jeśli, tak jak ja,
nie będziecie w pełni usatysfakcjonowani i pozostanie niedosyt. Bo, choć
wiele rzeczy się tu nie udało, to jednak na każdym kroku widać chęci, by
film był godny swego literackiego pierwowzoru.
Moja ocena: 6,5/10
PS. Swojego czasu było głośno o tym, że Polka, Katarzyna Wołejnio, ma zagrać Valerię i wszyscy się tym ekscytowali, bo, mając w pamięci film ze
Schwarzeneggerem, zakładali, że chodzi o ukochaną Conana, a zatem
najważniejszą żeńską postać. Okazuje się tymczasem, że odgrywa nic
nieznaczącą, epizodyczną rolę jednej z wielu uwolnionych przez bohatera
niewolnic (nawet nie za bardzo wiem której z nich, ale podobno jedynej,
która nie eksponuje nagiego biustu - zawsze to jakaś wskazówka). Cóż,
widocznie każdy występ polskiego aktora w USA trzeba rozdmuchać.
PPS. Byłem na seansie 2D, więc nie mogę wypowiedzieć się na temat jakości
trójwymiaru w filmie. Podobno słaba. Tak mówią. Ale nie widziałem na własne
oczy, więc się nie wypowiem.