Muzyka Joy Division już wcześniej gościła w kinie. W "Donniem Darko" mogliśmy usłyszeć piękny i upadły "Love will tear us apart", w "Trainspotting" hymn samotności, czyli "Atmosphere". Najlepszym momentem "Marii Antoniny" była scena balu, na którym grano zimno-falowe utwory, w tym subtelną wersję "Ceremony" (w kinie aż podskoczyłem z zachwytu). Warstwa muzyczna "Kruka" też nie obyła się (w swojej gotyckiej koncepcji) bez utworu Joy Division (pod postacią coveru "Dead souls" w wykonaniu NIN). Wszystkie te filmy łączy pewna schyłkowość i pesymizm (w "Trainspotting" dotyczy to raczej pierwszej "narkotykowej" części filmu). Zagubiony na ścieżkach czasoprzestrzeni Donnie Darko jest pogodzony ze swoim losem, do którego wypełnienia nieuchronnie zdąża. Czas beztroski Marii Antoniny nagle się kończy, a zetknięcie młodzieńczego ognia z ponurą rzeczywistością doprowadza do jej upadku. Coś się kończy bezpowrotnie, do wrót Wersalu kołacze rewolucja; "szafoty krwi, szalone sny.". "Trainspotting" traktuje o sięganiu dna i próbach odbijania się od niego. Jednym się udaje, inni nie wydostają się już z labiryntu. Poczynaniami Kruka kieruje wielki ból egzystencji, na którą zostaje skazany - to martwa dusza wędrująca po świecie, do którego już dawno nie należy. Piszę o tym wszystkim, bo natura tych filmów najlepiej wyjaśnia przesłanie i klimat muzyki Joy Division. Cały nurt cold wave niesie w sobie ten nieodzowny pesymizm i schyłkowość, tę utratę gruntu pod nogami, rozpacz i rezygnację, izolację od świata. Nie tylko teksty, ale przede wszystkim styl muzyczny (wyeksponowany bas, monotonna perkusja, punkowy minimalizm) kreuje owe upadłe światy.
Taki jest Joy Division, zespół, od którego zimna fala praktycznie rozpoczęła swój bieg. A niski i łamiący się głos Iana Curtisa torował jej drogę. O historii Curtisa wystarczy powiedzieć, że była tragiczna, i że zakończyła swój bieg przy seansie "Stroszka" Wernera Herzoga, filmu w pewien sposób tłumaczącego ówczesną kondycję lidera Joy Divsion i nie mniej przygnębiającego niż "Control", który historię Curtisa właśnie opowiada. Wracając do początku, świetnie, że powstał, bo muzyki z tego nurtu w kinie nie jest wiele. Warto wspomnieć o kanonicznym już, gotyckim "Bela Lugosi's dead" (zainspirowanym filmami Lugosiego) zespołu Bauhaus, zagranym przez muzyków w wampirycznym filmie "Hunger" Tony'ego Scotta. To już bardziej gotycki rock, choć muzyka z tego samego okresu i stylistycznie, i ideowo podobna. Z drugiej strony mamy rewelacyjny "24 hour party people", ale o tym później. I pod tym względem "Control" nie zawodzi. Film naprawdę dobrze prezentuje się w scenach "muzycznych" tj. koncertów oraz scen ilustrowanych muzyką. Należy dodać, że oprócz utworów Joy Division w filmie zostaniemy uraczeni także Sex Pistols, Davidem Bowiem, czy Iggy Popem (czyli twórcami mającymi wielki wpływ zarówno na samego Curtisa, jak i jego twórczość). Sceny koncertowe ponadto (i tu wielkie słowa uznania), odgrywane i odśpiewywane są przez samych aktorów, którzy na potrzeby filmu nauczyli się poszczególnych piosenek. Może momentami głos Sama Rileya psuje efekt, ale żywe instrumenty i swoista niepowtarzalność wykonania są bezcenne.
Właśnie, Sam Riley. Aktor jest bardzo podobny do Curtisa, i nie do końca wychodzi to obrazowi na dobre. Niestety chwilami Riley sprawia wrażenie jakby grał wyłącznie swoim wyglądem, a nie faktycznie odgrywał postać. Nie ma w tym bohaterze wyznania, nie ma wewnętrznej walki, pozostaje powolne i systematyczne staczanie się, owa schyłkowość. Twarz doskonale imitująca Curtisa, ale niestety, niewiele więcej. Być może to błędy scenariuszowe, gdyż historia jakby omija głównego bohatera i jego wnętrze. Widzimy tylko to, co wokół niego - Curtis zdaje się być zimnym obserwatorem, niczym w tytule książki "przejmujący z oddali". Przez to "oddalenie" ucieka nam bohater, a pozostają mniej lub bardziej interesujące wydarzenia z jego życia. Obumierające małżeństwo, romans, epilepsja, wreszcie przyspieszające tempo kariery. Szkoda, że widz nie otrzymuje tego, co mógłbym nazwać "Closer" (czyli najbardziej osobisty i przejmujący album Joy Division), otrzymuje natomiast tylko i wyłącznie (parafrazując) "He lost control". W filmie Curtis jawi się jako niedojrzały chłopiec, który tak naprawdę nie wie, czego chce. Miota się między romansem a małżeństwem, między chorobą a koncertami, między zespołem a potrzebą samotności. Niedojrzałość, choroba, kariera - twórca zbyt chaotycznie i zbyt skromnie nakreśla nam wnętrze bohatera. Nie dowiadujemy się zbyt wiele o jego stosunku do muzyki i jego spojrzeniu na miłość, czy o wpływie choroby na jego życie. Curtis raczej się snuje, to bohater znajdujący się na uboczu i kroczący po linii najmniejszego oporu do celu, do finalnej tragicznej manifestacji niemocy. Czy faktycznie taki był ten niewątpliwie energiczny i ekspresyjny twórca, niezwykle wrażliwy i genialny człowiek? Czy może po prostu ten film nie do końca się udał?
Reżyserował go Anton Corbijn, specjalista od teledysków i fotografii, co widać w płaszczyźnie obrazu. To, po muzyce, najmocniejsza strona filmu - zdjęcia są czarno-białe (podobnie jak słynny teledysk do "Atmosphere"), niezwykle wysmakowane artystycznie, oddające sobą chyba więcej uczuć i zimno-falowego ducha niż sam bohater. Film ogląda się niczym wielki teledysk (np. pamiętna scena z "No Love lost" jest tego przykładem), naprawdę piękny wizualnie i szczodry w warstwie muzycznej, co w sumie nie jest zarzutem, a w świetle słabości fabularnych nawet zaletą. Niestety Anton Corbijn na polu reżyserskim nie spisał się już tak dobrze, a już z pewnością daleko mu do Michaela Winterbottoma. Piszę tak, gdyż na miejscu wydaje się być porównanie "Control" do "24 hour party people". Również w tym filmie "w części pierwszej" opowiedziana jest historia lidera Joy Division, jak i całego zespołu, a wiele wydarzeń pokrywa się z tymi z "Control". Stąd możliwość rzetelnej konfrontacji. Aktor grający Curtisa nie jest do niego podobny, a wątek żony i kochanki zostaje praktycznie pominięty. Winterbottom skupia się bardziej na relacjach Curtisa z menadżerem i członkami zespołu. W prosty, niemal dokumentalny sposób kreśli najbardziej newralgiczne momenty w historii zespołu, aż do tragicznego końca. Historia mieści się w godzinie filmu i jest bardziej przejmująca i dobitna niż nieco rozwlekły "Control" w całej swej wystawności. I tu pytanie: czy jest to opowieść na film, a jeżeli tak, to czy warto było ją nakręcić, skoro światło dzienne ujrzał wcześniej film Winterbottoma?
Jest w "24 hour people party people" taka scena, w której członkowie zespołu stwierdzają z uznaniem, że głos Iana brzmi na nagraniu prawie jak Bowie. Curtis odpowiada zdenerwowany i lekko przerażony: "Nie cierpię pierdolonego Bowiego. W "All The Young Dudes" śpiewa o tym jak umrzeć w wieku 25 lat. Czy wiesz, ile on ma lat? Ma 30, 29, jakoś tak. Jest kłamcą." Ta jedna scena mówi o Curtisie i jego kondycji dużo więcej niż cały "Control". Następna scena, scena śmierci, jest zimna i straszna. W kontekście choćby tego krótkiego tekstu możemy zastanawiać się nad jej przyczyną, nad chorą ambicją Curtisa, poszukiwaniem przez niego pełni autentyzmu jako twórca, który autentyzmu tego nie mógł zaznać w życiu i w swoich związkach. W tym przypadku przedstawienie historii Joy Division jest bardziej poszukujące, a jednocześnie doskonale dokumentalne. W scenie nad trumną Curtisa, kiedy Tony Wilson nazywa go muzycznym odpowiednikiem Che Guevary, legenda krzepnie, a historia ma swój początek; wiemy, dlaczego odszedł. I poznamy tego efekty. Rozpływam się nad "24 hour people party people", ale są to westchnienia uzasadnione, bo film dotyczy tej samej historii, ale przedstawionej w sposób po prostu lepszy i bardziej wyrazisty, co dorabia "Control" etykietkę zmarnowanej szansy lub tez filmu zbędnego. Nie mogę jednak zbytnio temu obrazowi ujmować, choćby ze względu na potęgę muzyki w nim tkwiącej. Ma on w sobie wielki walor, mianowicie jest wspaniałym tłem i pejzażem dla gorzkich tekstów Iana Curtisa. Obrazy z jego życia powalają lepiej zrozumieć przesłanie jego piosenek, a przede wszystkim okoliczności ich powstania. Historia zacznie się beztroskim "Jean Genie" Bowiego, a skończy pod woalem samotności "Atmosphere". Niestety sam bohater pozostanie dla nas jedynie "przejmującym z oddali".
 |

Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 121 minut
Reżyseria: Anton Corbijn
Scenariusz: Matt Greenhalgh
Zdjęcia: Martin Ruhe
Obsada:
Sam Riley,
Samantha Morton,
Alexandra Maria Lara,
Joe Anderson,
James Anthony Pearson,
Harry Treadaway,
Craig Parkinson,
Toby Kebbell,
Nicola Harrison,
Robert Shelly i inni
|
 |
 |
Autor recenzji: Rafał Grynasz - VINCENT VEGA |
Klub Miłośników Filmu
07.03.2008 |
|