„Coś” – film Johna Carpentera z 1982 roku to bezsprzecznie
horror kultowy. Kamień milowy w dziedzinie wywoływania strachu, efektów
specjalnych, czy tworzenia klimatu paranoi i niepewności. Teraz, po prawie 30
latach, na ekrany kin zawitał prequel tej historii.
Oryginał opowiadał o odkryciu na Antarktyce statku kosmicznego i zamrożonego
ciała Obcego. Okazało się, że istota ta – tytułowe Coś – asymiluje i kopiuje
wszystkie formy życia, na które się natyka. Może wcielić się w każdego i
zaatakować niespodziewanie, a do tego, jak wynika z obliczeń, gdy tylko uda jej
się opuścić odciętą od cywilizacji amerykańską stację badawczą, to w krótkim
czasie zainfekuje cały świat, a ludzkość stanie się częścią przerażającego
obcego amalgamatu - co równać się będzie jej całkowitej zagładzie.
W filmie Carpentera poznaliśmy historię Amerykanów, którzy nieświadomie
natrafili na Coś, które przybyło do nich z norweskiej stacji badawczej. To
właśnie Norwegowie odkryli statek obcych, a ich historię w oryginalnym filmie
poznaliśmy poprzez zapiski wideo i widok spalonej stacji, w której znaleziono
okrutnie zdeformowane ciało i zwłoki samobójcy. Film holenderskiego reżysera
Matthijsa van Heijningena Jr. opowiada o tym, co dokładnie stało się z Norwegami
i jak wyglądało ich spotkanie z przerażającym obcym.
Czy przedstawienie tych wydarzeń było potrzebne, szczególnie po tylu latach?
Wątpię. Niedopowiedzenie stanowiło jeden z instrumentów, przez który w oryginale
John Carpenter budował klimat grozy. Znając zachowanie monstrum, nasza
wyobraźnia tworzyła niesamowite wersje norweskiej masakry. Z tego powodu prequel
od początku był na przegranej pozycji. Szczególnie wśród fanów oryginału. Po
premierze widać niestety, że nawet nie stara się zbytnio walczyć o widza,
szczególnie nowego.
Fabularnie film nie zachwyca. Nielogiczności i absurdy są na porządku dziennym,
a widz łapie się za głowę przy tak kuriozalnych sytuacjach jak ta, gdy norwescy
naukowcy po odkryciu obcego statku kosmicznego (co jest absolutnym przełomem w
nauce), werbują do przeprowadzenia badań amerykańską naukowiec o aparycji
20-latki. Czy naprawdę Norwegia nie posiada ani jednego wykwalifikowanego
paleontologa? Lub przedstawianie samego Czegoś – perfekcyjnie imitującego
organizmu, którego jedynym celem jest asymilacja nowych istot – i który zamiast
działać po cichu i ujawniać się tylko gdy jest to konieczne, rzuca się w pogoń
za bohaterami niczym velociraptory z „Parku Jurajskiego”. Trudno uwierzyć, że
istota ta posiada skumulowaną inteligencję wszystkich form życia, które
kiedykolwiek wchłonęła. Chyba, że ma pecha i natrafia na samych idiotów. Film
podsumowany jest koszmarną sekwencją, związaną ze statkiem obcego i gdyby nie
kilka ostatnich minut, które umiejętnie go ratują, oceniłbym go jeszcze niżej.
Trudno zawiesić niewiarę, gdy film w tak poważny sposób rzuca w nas kolejnymi
absurdami.
Dodatkowo wyraźnie kuleje sam świat przedstawiony. Nie czuć chłodu, który
przeszywał każde ujęcie oryginalnej historii, a przecież umiejscowienie akcji w
sercu Antarktyki to jeden z największych potencjalnych plusów produkcji. Jedynie
muzyka Marco Beltramiego, odnosząca się mocno do fenomenalnej ścieżki Ennio
Morricone z 1982 roku, pozwala chwilami poczuć przerażające zimno i podkreślić
paranoję, jaka panuje w stacji.
Największym jednak grzechem filmu jest paskudne CGI. W filmie Carpentera za
efekty specjalne odpowiadał Rob Bottin - mistrz makabrycznie finezyjnego
przedstawiania sikającej na wszystkie strony krwi, flaków, potworów i innych
dziwacznych przemian. Wszystko tam było surowe, naturalistycznie ohydne, pokryte
krwią i innymi substancjami – wystarczy wspomnieć kultową już głowę na pajęczych
nogach. Coś w prequelu jest po prostu sztuczny i w małym stopniu może przekonać
widza, aby się go bać. Niczym nie różni się od setek innych wymysłów grafików
komputerowych, które hasają po ekranach kin od kilkunastu lat. Jest czysty,
rzadko kiedy pokryty jakimiś substancjami, a jego przemiany ograniczają się
najczęściej – z małymi wyjątkami – do bestiariusza typowej gry RPG. Gdzie te
obce kwiatopodobne istoty zrobione z psich języków i kłów, czy eksplodujące
fontanną krwi twarze? Gdzie brzuchy zjadające ręce? Efekty są wygładzone,
ugrzecznione, brakuje im surowości. CGI było naturalnym krokiem do przodu w
świecie filmu, co niestety chyba bezpowrotnie wyeliminowało możliwość pojawienia
się nowych wizjonerów w stylu Bottina, Saviniego, Bakera czy Winstona, dla
których pomysły i wymyślenie sposobu, aby je urzeczywistnić, były ważniejsze niż
szybkość obliczeniowa komputera, na którym pracują. Coś z 1982 potrafi
wystraszyć kilkanaście razy bardziej niż jego prequel.
W kwestii aktorów bardzo przyjemnie prezentuje się Mary Elizabeth Winstead,
która wprowadza świeżość do koncepcji oryginalnego filmu, gdzie obsada w całości
składała się z mężczyzn. Jest logiczna, zachowuje zimną krew i stara się
zapanować nad chaosem, gdy banda samców wokół niej biega wystraszona. Bohaterka
myśli i kalkuluje, co jest miłą odmianą od innych bohaterów współczesnych
horrorów, którzy wydają się być naturalnymi kamikaze. Reszta obsady spełnia
swoje zadanie i sprawia, że zastanawiamy się, kto jest zainfekowany. Są jednak
do bólu poprawni, nie zaskakują niczym niezwykłym i nie potrafią w scenach
grupowych wytworzyć aż tak namacalnej, paranoicznej atmosfery, jak w wersji
Carpentera. Do tego są archetypami znanymi z miliarda innych filmów sci-fi: geek,
zadufany w sobie naukowiec, czy milczek o posturze drwala na sterydach. Ani na
moment nie zbliżają się poziomem do tak przemyślanej postaci, jaką wykreował
wcześniej Kurt Russell. Wątpię, czy widz kilka lat po seansie będzie pamiętał
jakieś nazwiska, tak, jak to jest z MacReadym, Childsem czy Blairem z wersji
Carpentera.
Film musiał dopasować się do współczesnych czasów i praw rynku filmowego.
Niestety. Taki film jak „Coś” z 1982 roku mógł nakręcić tylko John Carpenter i
tylko w tym konkretnym czasie – za co trzeba mu dziękować do końca świata –
niestety, nie da się już robić filmów w taki sam sposób jak 30 lat temu, co
udowadnia sam Carpenter od czasu „Wioski Przeklętych”. Film van Heijningena Jr.
jest średniakiem, który ogląda się jednak w miarę bezboleśnie, jeśli tylko
przymkniemy oko na komputerowe bzdury, nieumiejętną narrację i głupoty
scenariuszowe. Ma kilka ciekawych rozwiązań fabularnych, stara się nie kopiować
wcześniejszych pomysłów, posiada przyzwoite tempo i ostatecznie odnosi się z
szacunkiem do filmu Carpentera (świetna scena w czasie napisów końcowych).
Momentami potrafi też wywołać uczucie niepewności i pozwala odczuć paranoję,
jaka udziela się bohaterom. Jednak wszystko to jest średnie, zrobione bez serca
i przez ekipę, która po prostu wykonała powierzone im zadanie.
Zabawnym, a zarazem niesamowicie smutnym paradoksem współczesnego kina jest to,
że tak przeciętny film, który 30 lat temu zostałby przysypany ogromną ilością
naprawdę pomysłowych i innowacyjnych obrazów grozy, obecnie jest lepszy niż 90%
horrorów, które pojawiają się w kinach. Jeśli chcecie zobaczyć koniecznie jakiś
straszak na dużym ekranie, to polecam prequel „Coś”, ponieważ jest dużo
ciekawszy niż np. kolejna „Piła”, „Oszukać Przeznaczenie”, czy następny remake
slashera z lat 80., w którym szlachtują kolejną grupę nastolatków. Osobiście
polecam jednak wypożyczyć DVD z filmem Carpentera, zaszyć się w domu z kubkiem
ciepłej kawy, wyłączyć ogrzewanie i zobaczyć niesamowity horror, który
praktycznie w ogóle się nie zestarzał.
Ocena:
5/10
|
 |
COŚ (THE THING)
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 103 min.
Reżyseria: Matthijs van Heijningen Jr.
Scenariusz: Eric Heisserer
Zdjęcia: Michel Abramowicz
Aktorzy:
Mary Elizabeth Winstead, Joel Edgerton, Ulrich Thomsen, Eric Christian Olsen, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Paul Braunstein, Trond Espen Seim
|
|
Autor tekstu:
Radosław Pisula – GAMART
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 16 grudnia 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE