SŁODKO GORZKI...
"C.R.A.Z.Y." to film o miłości, miłości rodzinnej, która potrafi prowadzić do kłamstwa, do usilnego zanegowania tego kim się jest, tylko po to aby ją zatrzymać. Tak naprawdę to żarłoczne uczucie jest jednak silniejsze, aniżeli wszelkie normy i przekonania. To film skąpany w mistycznej stronie religii chrześcijańskiej oraz marzeniach.
"C.R.A.Z.Y." to tytuł piosenki Patsy Cline, a jednocześnie każda z liter, składająca się na akronim to pierwsza litera imienia każdego z braci Beaulieu. "Z" to Zac (wspaniały Marc-André Grondin jako nastolatek i dorosły mężczyzna, oraz Emile Valle w roli dziecka). To jego losy śledzimy, począwszy od urodzenia, które zakończyło się od nieszczęśliwego upadku, poprzez proces dorastania, poszukiwanie odpowiedzi i próbę ucieczki, aż po zmierzenie się z tym co nieakceptowane, nie tylko przez rodzinę, ale także przez siebie samego. Tak naprawdę mógł to być film o każdym z braci, w każdym przypadku musiałby podążyć inną drogą, bo zarówno mogła być to opowieść o narkotykach, jak o prezentującym się nieporadnie okularniku, co to poślubia śliczną dziewczynę. Jest to jednak film o młodym, zwykłym, przystojnym chłopcu, który robi wszystko aby nie zostać "pedziem". Niedawno mogliśmy podziwiać "Brokeback Mountain", jako głos w kwestii homoseksualizmu. Pomijając otoczkę kontrowersyjności, która skutecznie starała się przykryć piękno owego filmu, odwołującego się do ujęcia miłości w iście średniowiecznym stylu, otrzymaliśmy dzieło smutne, ukazujące że ludzkie fobie i nietolerancja potrafią zniszczyć życie innych, a ci, których życie zostaje zniszczone, chcąc wpasować się w narzucone normy, wyciskają życiodajne soki z kolejnych osób. Także tutaj znajduje się ślad tegoż. Tyle że "C.R.A.Z.Y." nie ma owej drastycznej wymowy, w tragedię zostaje wprowadzony cudowny humor, a wszystko oplecione jest mocnymi więzami rodzinnymi (sposób ukazania czym jest rodzina na myśl przywołuje "Czasem słońce, czasem deszcz", zarówno przez rolę, jaką spełnia ojciec, jak również tę, którą spełnia matka, ale przede wszystkim poprzez zobrazowanie co naprawdę oznacza mieć rodzinę i ile na ów fakt posiadania składa się uczuć, oraz emocji im towarzyszących) oraz niesamowitą lekkością i wyczuciem, w stylu charakterystycznym dla obyczajowych komedii skandynawskich. Może dlatego tak silnie ów obraz złączył się w mym odbiorze z "Fucking Amal", koncentrującym się na podobnym problemie, ukazanym w tożsamy sposób.
"C.R.A.Z.Y." to film na podstawie przeżyć Françoisa Boulaya, film opowiadający o tym co najwspanialsze oraz tym, co gorzkie i smutne, tym wszystkim co tworzy rodzinę, która potrafi otulić ciepłem, która również potrafi zadać najbardziej bolesny cios. Zawsze jednak pozostanie rodziną, bracia mogą się nienawidzić, wyzywać, bić, ale tak naprawdę więź krwi okaże się mocniejsza. Chociaż rodzina potrafi skrzywdzić, chroni jednocześnie od ataków przeprowadzanych z zewnątrz, jednoczy się w chwilach smutku i staje w obronie każdego ze swych członków. Stanowi mały świat, który kaleczy, jednocześnie zapewniając poczucie bezpieczeństwa, przystań, do której zawsze można wrócić, gdzie można się ogrzać i na chwilę zapomnieć o życiu niezwiązanym z tym światem.
Zac urodził się w Boże Narodzenie, roku 1960, od kiedy pamięta darzy Gwiazdkę głęboką awersją, zawsze dostaje również w ten dzień wspaniały prezent, tyle że nigdy to, co by chciał. Prezenty mają spełnić wyobrażenia jego ojca, o synu idealnym, ukształtować zainteresowania dziecka, pchnąć je w "odpowiednim" kierunku, ale cóż, jeżeli mały chłopiec zamiast sprzętu hokejowego wolałby... wózek dla lalek?
Dziecko ma niezwykły dar, w każdym razie jego matka nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości - oto może uzdrawiać tych, którzy się skaleczyli, tamując krew, łagodząc oparzenie... Nie potrafi natomiast pomóc sobie samemu. Od wczesnego dzieciństwa prześladuje go strach, że zostanie homoseksualistą. Nie rozwiewa tych przypuszczeń przerażony ojciec, na którego twarzy odmalowuje się groza, gdy pewnego dnia widzi swoją pociechę w damskim stroju...
Zac nie chce zawieść jego zaufania, walczy ze swymi skłonnościami, ma dziewczynę, trudno mu jednak oszukiwać siebie samego. Jeszcze trudniej jest mu sprawić przykrość osobie, o której szacunek zabiega i którą tak mocno kocha.
Obraz nie bazuje wyłącznie na kreacji pierwszoplanowej, koncentrując się na losach Zaca, w sposób inteligentny, polegając na dużym wyczuciu i zdolnościach zarówno twórców, jak i aktorów, ściśle splata jego losy z losami innych, otaczając bohaterów pajęczyną powiązań i zależności. Opowieści o outsiderach często opierają się na stawianiu jednej postaci w centrum uwagi, musi ona zmierzyć się ze światem, z poglądami innych, ale ci inni i świat przybierają formę bezkształtnego oponenta. "C.R.A.Z.Y." pokazuje, że często adwersarze i adherenci to jedne i te same osoby, bowiem miłość rodzinna nie wyklucza negacji niektórych cech, u tych, których tak mocno kochamy...
Zaprawdę - dawno nie widziałam dzieła tak przemyślanego, tak lekkiego i rozrywkowego, a przy tym nie toczącego się tą najbanalniejszą drogą, drogą przeszarżowanej komedii czy też nużącego filmu obyczajowego. Udało się zawrzeć zarówno piękno, jak towarzyszący mu niepokój, w rzeczywisty świat wpleść wizje senne, wprowadzone w sposób, ukazujący że one również składają się na wszystko to, co otacza bohatera, to w czym my sami funkcjonujemy. Nie tylko jednak owa oniryczność, tak zmieszana z codziennością potrafi zauroczyć. To co mnie totalnie oczarowało to muzyka. Nie ukrywam że usłyszenie w filmie Floydów, czy Stonesów wywołuje przyspieszone bicie mego serca. Gdy zatem po "Shine on You Crazy Diamond" pojawiło się "Sympathy for the Devil", z przyjemnością zapadłam się w fotel kinowy, już na sali nie było innych osób, a tylko ekran i Zac, przy drugim kawałku lewitujący w murach kościoła, wznoszący się ku sklepieniu... Pojawia się również ulubieniec naszego bohatera (właściwie jeden "z", bowiem chłopak fascynuje się Brucem Lee, z gracją wywijając nunchaku, eksponując przy tym swe zgrabne ciało) - David Bowie. Bezustannie przewija się Patsy Cline, zwłaszcza w kilkukrotnie powtarzającym się motywie "Crazy", Elvis Presley, a ojciec wciąż "na specjalne życzenie" śpiewa Aznavoura. Poza muzyką, otrzymujemy wspaniałą oprawę wizualną...
Jest to obraz świeży (chociaż opierający się o schemat wyeksploatowany), lekki, magiczny, a zarazem tak bardzo zwyczajny. Wyczucie twórców jest ogromne, nie pozwalają sobie na popadanie ani w zbytni sentymentalizm, ani humor, atakujący widza swą agresywnością. Faktycznie bowiem, ten ostatni w dużej mierze jest udziałem głowy rodziny (cudowna kreacja Michela Côté, który wciela się w rolę ojca), człowieka zasadniczego, konserwatywnego, nie skorego do gagów. A jednak to on zapewnia urok opowieści.
Polecam każdemu, pragnącemu lekkiej, a przy tym inteligentnej rozrywki, która rozpala płomyczek Nadziei, nie pozostawia w przygnębieniu, ukazuje te lepsze i te gorsze strony rodziny, która nie musi zapewniać o swej miłości, aby faktycznie można było pojąć jej istotę...
 |
C.R.A.Z.Y.
Rok produkcji: 2005
Kraj: Kanada
Czas trwania: 127 minut
Reżyseria: Jean-Marc Vallée
Scenariusz: François Boulay, Jean-Marc Vallée
Zdjęcia: Pierre Mignot
Muzyka: David Bowie
Obsada:
| Maxime Tremblay | .....Christian Beaulieu |
| Pierre-Luc Brillant | .....Raymond Beaulieu |
| Sébastien Blouin | .....Antoine Beaulieu |
| Marc-André Grondin | .....Zac Beaulieu |
| Félix Antoine Despatie | .....Yvan Beaulieu |
| Michel Côté | .....Gervais Beaulieu |
| Danielle Proulx | .....Laurianne Beaulieu |
|
 |
 |
Autorka recenzji: Iwona Kusion - ARRAKIN |
Klub Miłośników Filmu 27.03.2006 |
|