|
Co Matthew Barney miał na myśli,
czyli tworzenie nowej mitologii
|
|
MATTHEW BARNEY
"Od czasu,
kiedy w 1991 roku jako 24-latek wdrapał się na ściany i zwisał z
sufitu nowojorskiej galerii Barbary Gladstone, odziany jedynie w
tenisówki, czepek kąpielowy i linki alpinistyczne przytroczone
do odbytu, międzynarodowi krytycy nie mogą powstrzymać się od
zachwytu. 'Jest istnym enfant terrible (osoba stwarzająca
sytuacje kłopotliwe dla otoczenia), uosobieniem androginii
(dwupłciowość będąca atrybutem bóstw w wielu religiach) i
współczesnej dekadencji', pisał amerykański tygodnik "Newsweek".
Niemiecki "Der Spiegel" nazwał go jakby trochę mniej pochlebnie
'Show masterem mutantów', zaś Michael Kimmelmann, naczelny
krytyk dziennika "New York Times", pasował go z marszu na
najważniejszego amerykańskiego artystę swojego pokolenia.
Jeszcze przed ukończeniem trzydziestego roku życia wysportowany
artysta z upodobaniem do wspinaczki i organicznych substancji
typu wazelina, wosk pszczeli, skrobia, sól i galaretka naftowa,
z których modeluje widowiskowe rzeźby-fetysze, ramki do zdjęć i
scenografię do swoich filmów, rozpoczął wspinaczkę na szczytowe
piętra sztuki światowej..." *
|
|
Przyszło
nam żyć w czasach, w których zaskoczyć widza jest już niezwykle
trudno, o ile w ogóle możemy jeszcze mówić o doświadczeniu w
kinie czegoś nowego, niespotykanego, wyrwanego spod jarzma
wszelkich znanych zasad realizacji filmu i kreacji świata
przedstawionego. Był już przecież David Lynch i jego
makabreskowa "Głowa do wycierania", enigmatyczna "Zagubiona
autostrada" czy równie zagadkowy "Mullholand drive". Mieliśmy
też do czynienia z ‘hoplem’ na punkcie ciała człowieka
, w czym lubował się David Cronenberg. Jego "Videodrom"
i sceny wkładania kasety VHS do brzucha, wciąż robią wrażenie, a
przemiana Brundle'a w "Muchę" szokowała równie mocno, co
zniesmaczała i odpychała naturalistycznym podejściem do tematu
np. odżywiania się człowieka-muchy. "Crash" to największy do tej
pory hołd dla ciała, blizn i sexu przemieszanego z gnącą się
podczas wypadku, karoserią samochodu. Destrukcja jako akt
tworzenia czegoś nowego, a odniesione w wypadku rany jako
podnieta...
To jednak co odróżnia dzieła Matthew Barneya od wspomnianych
przed chwilą reżyserów, to absolutny brak fabuł we wszystkich
częściach cyklu "Cremaster". Barney, awangardowy artysta,
rzeźbiarz i w równym stopniu zafascynowany cielesnością,
penetrator ludzkiej sexualności, stworzył dzieło
bezprecedensowe, umykające wszelkim klasyfikacjom i nie
poddające się absolutnie żadnym zasadom obiektywnej krytyki czy
oceny. Ten filmowy demiurg, z wielką swobodą kreujący
zapierające dech w piersiach dekoracje, stworzył na usługi "Cremastera"
(tytuł idąc w parze z analitycznymi zapędami Barneya, oznacza
'mięsień do podtrzymywania jąder') własny język filmowy, którego
uniwersalności i trafności przekazu ufa na tyle, iż wyraźnie
zabrania wyświetlania swoich filmów z tłumaczeniem na język
kraju, w którego kinie kopia "Cremastera" szczęśliwym trafem się
znalazła. Ilość kopii to właśnie jeden z najciekawszych faktów w
historii cyklu Barneya; na dzień dzisiejszy, "Cremaster 1-5"
istnieje według nieoficjalnych danych jedynie w 10 egzemplarzach
taśmy filmowej, a sam film wyświetlany jest regularnie jedynie w
kilku galeriach sztuki w USA, pokazom towarzyszą zaś stosowne
wystawy prac Barneya. Nie ukazał się też "Cremaster" (poza "The
Order", 30-minutowym fragmentem "Cremastera 3" na DVD) na żadnym
nośniku (ani na oficjalnym, ani na nie), a w sieci internet
ciężko jest nawet o zdjęcia z którejkolwiek części cyklu.
|
|
|
|





 |
Pozostaje więc "Cremaster" białym krukiem, który ściągnięty
do kina, za każdym razem jest ezoterycznym wydarzeniem,
budzi emocje i przyciąga rzesze widzów chętnych obejrzeć to
niezwykłe dzieło. W Polsce "Cremaster" został ściągnięty na
festiwal Cieszyn Era Nowe Horyzonty 2004, a w kilka miesięcy
później firma GutekFilm raz jeszcze sprowadziła kopie do
Polski, na 3 pokazy specjalne w kinie "Muranów". Nie dziwi
zatem fakt, że podczas pokazu nocnego w którym miałem
przyjemność uczestniczyć, pod koniec "Cremastera 3" zerwała
się taśma (która przyleciała do Polski ponoć wprost z Wysp
Kanaryjskich), a "Cremaster 4" nie zdołał na czas dotrzeć z
Madrytu (mogę się mylić co do miasta, gdyż była godzina 5
nad ranem, gdy przedstawiciel dystrybutora przekazywał nam
tę informację i mogłem coś źle zapamiętać ;) i został
wyemitowany z kopii DVD, zostając tym samym przesunięty na
sam koniec tego niecodziennego maratonu. "Cremaster" łamiący
wszelkie znane zasady budowania struktury filmu, ciągłości
przyczynowo skutkowej i rozwoju bohatera, przeciwstawił się
również chronologii powstawania kolejnych części. Czy
istnieje bowiem drugi przykład na 'x'-częściowy cykl, którego
poszczególne odsłony powstałyby w podobnej kolejności: "Cremaster
4" (1995), "Cremaster 1" (1996), "Cremaster 5" (1997), "Cremaster
2" (1999) i "Cremaster 3" (2002). Aby już całkowicie
postawić wszystko na głowie, Matthew Barney dokonał rzeczy
zdawałoby się awykonalnej, każdą kolejną częścią podnosząc
poziom merytoryczny i techniczny swoich dzieł do granic
możliwości dzisiejszej techniki i własnej, wyzwolonej spod
wszelkich nacisków czy oczekiwań wyobraźni, pozostając
wierny jedynie
swojej wizji, konsekwentnie budującej świat Cremaster.
Dzieło Barneya od części czwartej począwszy, na trzeciej
skończywszy, pozostało zatem projektem w pełni autorskim,
naznaczonym wyraźnie ręką mistrza ceremonii, który poza
odsłoną pierwszą, we wszystkich pozostałych zagrał
najważniejsze role. Matthew Barney sam wykonał też większość
numerów kaskaderskich - przede wszystkim w scenach
niezwykłej wspinaczki po piętrach Muzeum Goggenheima w NY w "Cremaster
3" i na operowej scenie w "Cremaster 5" - przez kaskadera
zastąpiony został jedynie w scenie ujeżdżania byka w finale
"Cremastera 2". Poza osobą Barneya, elementemi
charakterystycznymi dla całego cyklu są organiczne rzeźby
wykonane z białego gumo-plastiku (przynajmniej z wyglądu),
symbolika - najczęściej pod postacią pentagramu, oraz
filmowani z lotu ptaka tancerze, wykonujący eleganckie
układy choreograficzne (tancerki na stadionie w "Cremaster
1" - stylizowanym na dokonania Leni Riefenstahl,
policjanci na koniach w "Cremaster 2", swoisty taniec 5-ciu
samochodów - znowu pentagram! - masakrujących stary model
Chryslera, ze zwłokami Garyego Gilmore'a [o tej postaci
będzie więcej w dalszej części tekstu] w środku, dla
którego to baletu żelastwa, dymu i pisku opon, areną jest
drewniany parkiet hollu 'Chrysler Building'), i przede
wszystkim kleista maź, która pojawia się w każdej z części,
pod różnymi postaciami, zawsze tak niespodziewanie jak i
niewytłumaczalnie. W "Cremasterze 1" Marti Domination -
Goodyear, przypadkiem znajduje ową wydzielinę pod obrusem
pokrywającym stół, na którym leżą winogrona (miejsce 'akcji'
to pokład sterowca unoszącego się ponad stadionem), w "Cremasterze
2" woskową papkę uparcie chce umieścić na kawałku sznurka
sam Barney - Gary Gilmore (morderca, który w latach 70-tych
skazany został na karę śmierci za zamordowanie mormońskiego
pracownika stacji benzynowej, a którego dziadkiem miał być
ponoć sam Harry Houdini - w którego Barney wcieli się w "Cremasterze
5"). W "Cremasterze 4" zaś, Matthew Barney dosłownie zażywa
kąpieli w swoich ulubionych, kleistych, rozciągliwych i
lepkich substancjach, przedzierając się jako 'The Loughton
Candidate', przez podziemny tunel nimi wypełniony. Cykl "Cremaster"
w całości trwa równe 400 minut i jest to 400 minut
najbardziej wciągającej nudy z jaką miałem w kinie do
czynienia. Z 'nic się nie dziania' tworzy Barney
największy atut swoich onirycznych dzieł filmowych.
Wykluczając bowiem "Cremaster 4" (czwarta część, nakręcona
chronologicznie jako pierwsza, prezentuje zupełnie odmienną
od reszty cyklu estetykę; praca kamery jest dynamiczna,
cięcia częstsze, wiele jest rozedrganych ujęć z kamery
trzymanej w ręku, a cały film od technicznej strony sprawia
wrażenie wprawki, ćwiczenia Barneya przed nakręceniem
wspaniałych i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach,
pozostałych części), cały cykl opiera się na ciszy,
kontemplacji kolejnych wysublimowanych ujęć, pięknych i
pomysłowych zdjęć, powolnych panoramach, leniwych jazdach
kamery, spowolnieniu tempa do granicy uśpienia widza i
niezwykłych pomysłów inscenizacyjnych: np. olbrzym z prologu
"Cremastera 3" u którego stóp stoi kilka zminiaturyzowanych
owieczek, symboliczna egzekucja Gilmore'a, ujeżdżającego byka na arenie zlokalizowanej na kanadyjskim lodowcu: Bonneville Salt Flat w "Cremasterze 2", czy wyścig bolidów na torach wyspy Man. Nastrój zbudowany jest również z błahych i
(pozornie i nie) bezsensownych czynności, które wykonywane
są przez postaci z niezwykłym namaszczeniem, pietyzmem,
dokładnością i zaangażowaniem, jak chociażby nalewanie piwa
w barze budynku ‘Chrysler building’, wycinanie przez kaleką
Aimee Mullins (ta modelka i sportsmenka wymieniana przez
magazyn "People" wśród 50 najpiękniejszych ludzi na naszej
planecie, nie posiada nóg poniżej linii kolan, co Matthew
Barney genialnie wykorzystał w "Cremasterze 3",
charakteryzując Aimee na kobietę-lamparta, z cienkimi
kończynami dolnymi, i odziewając ją - w innej scenie - w
porcelanowe buty na obcasie - historia filmu z pewnością
tego nie przeoczy!) fragmentów ziemniaków w "Cremasterze 3",
winogrona wylatujące regularnie z obcasa buta dziewczyny Goodyear
w części 1, betonowanie windy i trwające w nieskończoność
swoiste 'destruction derby' w trójce, niekończący się
bezcelowy wyścig bolidów w "Cremaster 4" (choć wedle opisów
dystrybutora, wyścig dolno i górnoskrętnych sens i cel
jednak ma ;), Gary Gilmore uwięziony w środku dwóch,
połączonych organicznym tunelem samochodów stojących na
stacji benzynowej, czy w końcu wspominana wcześniej
wspinaczka w wykonaniu Matthew Barneya. Jeśli dodamy do
tego fakt, że poza krótkim dialogiem z finału "Cremastera
2", w żadnym pozostałym nie usłyszymy ani słowa, możemy już
być pewni, że nie mamy do czynienia z filmem, lecz z
osobliwym dziełem sztuki, oddziałującym na widza poprzez sugestywność
obrazu, postaci, symboliki miejsc, kształtów i znaczeń
przedmiotów - jak na przykład atrybuty masońskie: cyrkiel,
pion (symbolizujący wgłębianie się w siebie), młotek
(pomocny w wyzbyciu się błędów), oraz kielnia (moralność i
sprawiedliwość), a ociosane kamienie (ponoć wolnomularze
jako pierwsi posiedli tę umiejętność) które kandydat na
masona - Matthew Barney nosi w kieszeniach skórzanego
fartucha, stanowić mają symbol tworzenia lepszego
społeczeństwa. Te właśnie przedmioty stoją w centrum uwagi "Cremastera
3", służąc za swoistą alegorię budowy Chrysler
Building, powstania budynku idealnego, co podkreślają
zapierające dech w piersiach zdjęcia z lotu ptaka, ukazujące
w pełnej krasie dopiero co powstały, stalowy drapacz chmur z
wypuszczonymi przez najwyższe okna szarfami.
|
|
|
Nie
samą jednak techniczną i merytoryczną stroną "Cremastery"
stoją; w poszczególnych częściach cyklu wystąpili bowiem
tacy nietuzinkowi ludzie showbiznesu jak Dave Lombardo,
ex-lider i perkusista zespołu Slayer (ponoć ostatnim
życzeniem Garyego Gilmore'a przed wykonaniem kary śmierci,
była rozmowa telefoniczna z Davem Lombardo właśnie,
przedstawiona w "Cremaster 3" jako mroczne, ochrypłe wrzaski
do słuchawki, wykonane przez samego Lombardo, którego ciało
pokryte jest setkami pszczół - jeden z elementów
przewodnich w "Cremasterze 2"), znana szwajcarska
aktorka Ursula Andress (znana do dziś najbardziej
jako pierwsza dziewczyna Bonda, całuje się w "Cremasterze 5"
z samym Matthew Barneyem, czy też jak kto woli Matthew
Barney całuje się z samą Ursulą Andress!), amerykańska
kaleka modelka Aimee Mullins o której pisałem już wcześniej,
pisarz Norman Mailer, przedstawiciele loży masońskiej, oraz
słynny amerykański rzeźbiarz, Richard Serra. Taki zestaw
osobliwości dodatkowo dodał "Cremasterowi" nuty niezwykłości
i oryginalności. Cykl "Cremaster" istnieje dzięki temu (i dzięki wyżej wymienionym cechom) poza
wszelkimi granicami, klasyfikacją i zrozumieniem. Jest jak
wystawa sztuki, którą każdy odbiera na swój sposób, i albo
ją akceptuje, albo odrzuca. Dzięki właśnie kontrowersji i
podzielonym opiniom, "Cremaster" wciąż wzbudza emocje,
zachwyca, wstrząsa, usypia i jednocześnie nie pozwala
oderwać od siebie oczu. Ale czy ktoś, kto w galeriach sztuki
uprawia niepowtarzalny performance, skacząc na trampolinie z
zawiązanymi plastykowymi, chirurgicznymi wężami rękoma,
jednocześnie wykonując rysunki na ścianach - czy taki ktoś
mógł nakręcić film, który można by |
 |
|
podciągnąć pod jakikolwiek racjonalny szablon zrozumienia
czy rozszyfrować wedle jakiegoś istniejącego klucza? Matthew
Barney (prywatnie mąż Bjork!) lubuje się w autoerotyce,
badaniu dwupłciowej natury człowieka (czemu wyraz daje
również, a może przede wszystkim w "Cremasterach", gdzie
większość z hybrydalnych postaci nie posiada określonych narządów
płciowych), hołubiąc przede wszystkim własną seksualność i
żelazną kondycję swojego ciała, tworzy rzeźby-fetysze i jest
aktualnie najbardziej ekscentrycznym, postmodernistycznym i
wyzwolonym twórcą na świecie, a "Cremaster" stanowi jego
najpełniejszą i najlepiej opisującą go wizytówkę. Wizytówkę,
którą niestety (a może stety) nie każdy może obejrzeć...
|
 |
|

|
Pokazy "Cremastera" są ściśle kontrolowane i 'wydzielane'.
Przykładowo, tak wygląda
terminarz pokazów (do wglądu na stronie
www.cremaster.net) na ostatnie miesiące roku
2004:
-
Oct 6 - Nov
28, Emanuel Hoffmann-Stiftung at the Stadtkino,
Basel
-
Nov 2 - 5,
Fundacion Biacs, Sevilla, Spain - Lope de Vega
Theatre
-
Nov 7,
Dusseldorf - NRW at the Filmmuseum (Cremaster 3)
-
Nov 20,
Netherlands - Frans Hals Museum, Haarlem (Cremaster
5)
-
Nov. 20 -
27, Poland, Warsaw - Kino Muranow
-
Nov 20 -
28, Musée d’Art Contemporain de Montréal
-
Dec 4 - 18,
Emanuel Hoffmann-Stiftung, Basel at the Kino
Kunstmuseum, Bern
|
|
*
- Tekst zaczerpnięty z:
http://www.usakowska-wolff.com/barney.htm
| Autor recenzji: Rafał Donica - DUX |
|
Klub Miłośników
Filmu | 22.11.2004 |
|