I'm surprised that you even
found me…
... but you can try.
Kolejny kryminalny serial, który dobrze się ogląda, albowiem schlebia
ludzkiej ciekawości, polegającej na dążeniu do odpowiedzi na pytania:
„kto” i „dlaczego”? Poniekąd zdecydowanie tak i nie brakuje tu
zwyrodnialców, głupoty i zemsty. Odpowiedź na pytanie dlaczego zabijają
jest najczęściej trywialna, co w dużej mierze uwiarygodnia całość.
Najczęściej zbrodniarze są traktowani nie jako wielkie umysły, a
przeciętne jednostki, które często, jakże naiwnie, wierzą w zbrodnie
doskonałą. Takie seriale jednak mają jedną wadę- prędzej czy później
zaczynają nużyć. I to odróżnia „CSI: Las Vegas” od reszty. Mija sezon
siódmy, a znudzenie nie ogarnia. Duża zasługa w tym sposobu opowiadania
historii, ciekawie napisanej fabuły do każdego z odcinków, ale także
samych bohaterów. Niezaprzeczalną gwiazdą numer jeden jest William
Petersen, wcielający się w rolę niejakiego Grissoma. Postać to niezwykle
inteligentna, w przypadku której nie przeszkadzają nawet wygłaszane
sentencje. Może trudno w to uwierzyć, ale wszelkie złote myśli, którymi
Grissom puentuje poszczególne zdarzenia, czynią tego bohatera tym
atrakcyjniejszym. Posiada charyzmę, jak również swój własny świat, do
którego nie często mają wstęp inni. Fascynują go wszelkiego rodzaju
robaki, które to upodobanie okaże się być przydatne tym razem.
Partnerujący mu pozostali bohaterowie nie są jednak wyłącznie dodatkiem,
a każdego z nich można polubić, każdy ma w sobie coś intrygującego. Do
tego świetny temat początkowy- kawałek The Who „Who are you”, akcja
rozgrywająca się często albo w nocy, albo w odciętych od światła
pomieszczeniach oraz perfekcyjny, fascynujący scenariusz.
Scenariusz serialu bazuje na prawdziwych
wydarzeniach, twórcy korzystali z raportów opisujących poszczególne
zbrodnie. Bohaterami są technicy policyjni, pracujący w laboratorium
kryminalnym Las Vegas. O nich samych dowiadujemy się coraz więcej dzięki
kolejnym odcinkom, są to jednak informacje zdawkowe, z których to widz
musi zbudować sam portret każdego z nich.
„Grave Danger” to dwuodcinkowiec, kończący piąty sezon. Wybrałam go z
powodu oczywistego: jego reżyserem jest Quentin Tarantino, a sam film
trzyma poziom całej serii, zatem jest dobrym reprezentantem
bruckheimerowskiej produkcji. Jest również ważny ze względu na jednego z
bohaterów, na którego wydarzenia z owego odcinka wpłyną w stopniu
znacznym i skutki ich będziemy mogli obserwować w sezonie kolejnym. A
bohaterem jest Nick Stokes. Najbardziej normalny z całej ekipy
techników. Nie ma się poczucia, że stracił wiele z życia, co ma miejsce
w przypadku pozostałych postaci. Ciemne laboratorium wydaje się dla nich
często idealnym miejscem, aby ukryć się przed traumatycznymi
wydarzeniami, dzieciństwem, samotnością i wszystkim tym, co im się nie
udało. Nick natomiast posiada wyluzowany sposób bycia, wydaje się
również, że ma jakieś życie, poza tym obracającym się wokół zwłok, w
różnym stanie rozkładu. Niekiedy emocjonalnie angażuje się w
przydzielone mu zadania zwłaszcza, gdy dotyczą one dzieci. Tym razem
jednak to on staje się „zadaniem” dla reszty przyjaciół...
Pewnej nocy zostaje wezwany do zabezpieczenia dowodów. A są nimi jakieś
wnętrzności, porzucone na pustej ulicy. Policjant, czekający na niego
odchodzi do samochodu, gdyż robi mu się słabo i zostawia Nicka samego.
Ten podąża za śladami, gdy nagle jego uwagę przykuwa policyjna torebka,
zabezpieczona żółtą taśmą, a w niej znajdujący się plastikowy kubek.
Zdziwienie skutecznie usypia jego czujność i wówczas zostaje ogłuszony.
Następny rozdział to szklana trumna, przysypana ziemią, do dyspozycji
pistolet oraz latarka...
Tarantino wydaje się mieć upodobanie do
wrzucania kogoś, kto żyje pod ziemię, a tym razem zostanie to
uatrakcyjnione poprzez krwiożercze mrówki, o których wrednym charakterze
będzie mógł coś obszerniej powiedzieć Grissom. Jednak... nie
wyprzedzajmy faktów. Mrówek jeszcze nie ma, bo będą uczestniczyły w
znacznie późniejszej akcji i jak to zauważy ze stoicyzmem w głosie Gil
Grissom, będą pożerały żywcem ludzkie ciało. Póki co, Nick budzi się i
gdy dociera do niego, co się stało, zaczyna krzyczeć, uderzając o ściany
klaustrofobicznego pomieszczenia. To, co z nim się dzieje będą niebawem
mogli również obserwować przyjaciele, a to dzięki temu, iż porywacz
umieścił w trumnie kamerę i przesłał do laboratorium kryminalistycznego
paczkę, zawierającą USB z linkiem do odpowiedniej strony oraz kasetę z
kawałkiem The Turtles „Outside Chance”, umilającym seans... żądania?
Milion dolarów, w dwanaście godzin. Policja nie negocjuje z
terrorystami, jednak gdy w grę wchodzi życie przyjaciela, zespół potrafi
się zmobilizować. Pieniądze załatwia Catherine, od obywatela mało
prawego, ale jak się okazuje stare kontakty rodzinne mogą być jeszcze
użyteczne... i wszystko mogłoby wydawać się, że zmierza w dobrym
kierunku, tyle, że porywaczowi nie chodzi o pieniądze. O tym przekonuje
się Grissom, po dostarczeniu walizki na wyznaczone miejsce... zatem, w
czym rzecz? W tym momencie odsyłam oczywiście do serialu. Atrakcji w
postaci krwi na ścianie, czy też całkiem optymistycznej sekcji zwłok,
gdzie denat przygląda się, jak go kroją, nie zabraknie. „Grave danger” w
sposób niezwykle płynny przeplata czarny humor z tragedią. Nie jest to
nic niezwykłego w tym serialu. To prawda, jednakże częściej tematyka nie
wywołuje śmiechu, albowiem patrzymy na zagłodzone dziecko, wyrzucone do
śmietnika, czy słyszymy historię dziewczynki, gwałconej przez własnego
ojca. I chociaż nie zawsze jest tak ponuro, tarantinowski epizod pozwala
odpocząć od tych bardziej makabrycznych historii. Widać także samą
różnicę w ukazywaniu przemocy. U Tarantino jest ona estetyczna, mniej
rzeczywista. Scena, gdzie człowiek wysadza się w powietrze jest wręcz
piękna. Zanim ona nastąpi, detektyw z latarką przemierza stare, puste
pomieszczenie, a bezpośrednio po samobójstwie kamera prześlizguje się po
zakrwawionym stole, ścianach blaszanego hangaru... sceneria niczym
wprost przeniesiona z jednej z lokacji „Silent Hill”. Cała owa sekwencja
wydaje się być stylizowana na ową grę. Kolejne ujęcie jest już
diametralnie odmienne: wokół wirują banknoty, a do środka wpadają
promienie słoneczne. Wygląda to fantastycznie! Elementarnych atrakcji
zatem zdecydowanie nie brakuje i nie tylko na poziomie wizualnym.
Genialnym momentem jest nalot policji na dom niczego nieświadomego
człowieka, który błogo wegetuje w rozłożonym, skórzanym fotelu. Ma na
sobie przeuroczą koszulkę, z napisem: „ Lucio Fulci: Godfather of Gore”
. Adres okazuje się nie ten, agenci się wycofują, a zapity miłośnik
krwawych filmów przesypia całe zdarzenie...
Epizod, kończący 5 serie ogląda się
rewelacyjnie, a fakt, że całość od początku kręci się wokół zagrożenia
życia jednego z bohaterów, wprowadza emocje i to na nie jest skierowana
fabuła. Obserwujemy zespół ludzi, bezradnie wpatrujących się w monitor.
Widzą jak jeden z nich zamknięty jest w trumnie, przysypany ziemią, ale
nie wiedzą ani dlaczego, ani gdzie. Nic nie mogą zrobić. Zawsze
posługiwali się dowodami, które można było przebadać, poddać analizie,
zajmowali się też najczęściej osobami zmarłymi, zatem tym się nigdzie
już nie spieszyło. Dla Nicka (zwanego przez rodziców „Pancho”, którą to
nazwę w dalszej części epizodu będzie używał Grissom) czas ma kluczowe
znaczenie. Tarantino oczywiście nie pozostawi bohaterów w stanie
bezsilności na długo, konsekwentnie zbliża zespół do zlokalizowania
trumny, a całość fabuły faszeruje mnóstwem smaczków. Trudno jednak rzec,
że ów reżyser wznosi serial ponad jego zwyczajowy poziom. Jest
interesujący, albowiem stał się już ikoną współczesnej kultury i jest
zdecydowanie pozytywnym argumentem, świadczącym na korzyść owej
opowieści. Jednak „tylko” tyle, gdyż i bez jego udziału serial
pozostałby warty uwagi. Zwłaszcza, że... nie ma obecnie wielu
interesujących produkcji. „Sześć stóp pod ziemią” się zakończyło, „24
godziny” jest zdecydowanie przereklamowane i ogląda się ze względu na
wyśmienitego Sutherlanda... jest co prawda inna perełka, w postaci
„Uśpionej komórki”, ale to wciąż mało. Dlatego też „ Kryminalne zagadki
las Vegas” tym mocniej wybijają się pośród standardowej mielizny
telewizyjnej.
Producentem jest człowiek, który stawia zdecydowanie na zyski z filmów,
a nie ich sensowność, jednak pośród widowiskowej tandety, pod postacią „Armageddonu”,
„Pearl Harbor”, „Skarbu narodów”, itp., zdarza mu się maczać paluszki w
rozrywce całkiem przyjemnej („Bad boys”, „Con Air”), czy nawet
wyśmienitej („Piraci z Karaibów”). Ja „CSI: LV” klasyfikuję do tej
ostatniej grupy produkcji bruckheimerowskiej i niech to
przyporządkowanie zastąpi wszelkie inne rekomendacje z mej strony ;).
|
CSI: Las Vegas:
GRAVE DANGER
2005
Reżyseria: Quentin
Tarantino
Występują:
William L. Petersen
.... Gil Grissom
George Eads
.... Nick Stokes
Marg Helgenberger
.... Catherine Willows
Gary Dourdan
.... Warrick Brown
Jorja Fox
.... Sara Sidle
Eric Szmanda
.... Greg Sanders
Robert David Hall
.... Dr. Al Robbins |
|
Autor
tekstu:
Iwona Kusion - Arrakin |
KMF 26 Listopad 2006 |
|