|
19.03.01
"Cudowni chłopcy" to film nagradzany na wielu festiwalach, zdobywca wielu prestiżowych nagród. W glorii, przyćmionej jednak brakiem nominacji do Oscara (a był jednym z faworytów), wkracza na nasze ekrany. I to wkracza cichutko. Zapewne nowego filmu Curtisa Hansona (znanego głównie z "Tajemnic Los Angeles") nie obejrzy zbyt wielu widzów, a przynajmniej nie zobaczą go ci, którzy najwięcej narzekają na kino z jakim świat mógł się zetknąć w zeszłym roku. Zapewne nie przekonają się też ci, którzy od zawsze narzekają na kino amerykańskie, przesiąknięte na wskroś komercją. Bo ten film wchodzi bez reklamy, splendoru.
A szkoda, bo po tym filmie uwierzyłem (co przeciez tak naprawdę trudne nie jest), że jednak Amerykanie potrafią nakręcić bardzo dobry, ambitny film i to z wyborową, gwiazdorską obsadą. Tak, tak - "Cudowni chłopcy" to film bardzo dobry. I do tego bardzo (i udanie) ambitny. Tylko ma jeden mały feler, ale o tym później wspomnę, gdy nadejdzie czas na podsumowanie.
Głos zza kadru, niczym w powieści chandlerowskiej, wprowadza nas w życie pewnego znanego profesora sztuki pisarskiej i anglistyki, Grady Tripa. Ma on wiele kłopotów: otóż jest znanym pisarzem i to dzięki jednej, doskonałej powieści (napisanej 7 lat temu) i zarazem kochankiem żony swojego przyjaciela. Co do jego pisarstwa: problemem jest to, że nie może skończyć swojego najnowszego dzieła, które na początku miało mieć stron maksymalnie 300, a rozrasta się do strony 3000! I skończyć się nie może. Co do kochanki swej: ona zachodzi w ciążę, ale oboje, choć się kochają, to jednak nie potrafią zdradzić bliskich (ona-mężą, on-przyjaciela, współpracownika).
Najgorsze jest to, że podczas jednego weekendu wszystkie problemy kumulują się w jedno i na dodatek dochodzą nowe, nie mniej poważne.
Odwiedza go jego przyjaciel i zarazem wydawca jego książek, który na dodatej jest gejem, a za partnera ma transwestytę, i zaczyna go nagabywać o nową książkę (a Trip musi się wymigiwać). Trip poznaje lepiej swojego studenta, Jamesa Leera, który ma skłonności samobójcze i kleptomańskie. Przypadkowo ginie od postrzału pewnien pies i skradziony zostaje (już nie przypadkowo) drogocenny płaszcz Marilyn Monroe. Na dodatek młodzieniec, który z czasem staje się przyjacielem profesora przejawia niebagatelny talent pisarski, ba! napisał już znakomitą książkę, dzięki której może wejść na szczyty listy bestsellerów.
Wplata się w to wszystko jeszcze parę innych ciekawych epizodów: kradzież samochodu, niesamowity, wrzaskliwy gość o fryzurze Jamesa Browna i pewna dziewczyna, miłośniczka talentu Tripa (zarazem jego najlepsza studentka).
Ot, zwykłe losy, chwilami komediowe, innym razem dramatyczne. Jak pogoda w filmie: śnieg, deszcz, wiatr, raz jesień, raz zima. Taka historia o cudownych chłopcach: ludziach, którym się czasami udaje, choć trudno w to im uwierzyć. Trip nie wiadomo po co pisze dzieło aż tak wielkie, skoro losy tam przedstawione są zbyt szczegółowe. Fascynujące, acz wydają się nieautentyczne. Natomiast młody Leer napisał rzecz niebłachą, prawdziwą, nieskażoną manierą pisarską, kontaktami z wydawcami, rygorami, zasadami. Nic na siłę. Rzecz bliższa ludziom. Kontakt z niedojrzałym, szukającym po raz pierwszy wrażeń Leerem odmienia życie Tripa i nadaje nowy sens jemu, jako pisarzowi. Oola, kelnerka, dostaje płaszczyk Monroe bo jest jej w nim po prostu ładnie. A co z tego, że należał do gwiazdy, co z tego, że był fetyszem? Ooli ładnie w tym żakieciku więc niech go nosi. Rzecz bliższa człowiekowi - ona ma sens, zdają się mówić twórcy tego filmu.
Film zadziwia swoją prostotą, delikatnością, a chwilami sarkazmem. To kino naprawdę mądre, dające do myślenia, niebłache. Doskonałą kreację aktorską stworzył Michael Douglas: pisarz w jego wykonaniu raz jest gburem, raz czuły, melodramatyczny, za chwilę rozbawiony, rozdrażniony. Doskonała kreacja, która nie wiedzieć czemu nie została dostrzeżona przez Akademię Filmową, która Douglasa pominęła przy rozdawaniu nominacji. Obok "Wall Street" jest to niewątpliwe najlepsza jego rola. Delikatnie zagrała Katie Holmes, równie spokojnie Tobey Maguire. Z zacięcięciem zagrał Robert Downey jr., a i Frances McDormand potwierdza, iż nie na darmo dostała Oscara za najlepszą aktorkę za "Fargo". I tak sobie myślę, że "Cudowni chłopcy" to jeden z najlepiej zagranych filmów zeszłego roku i tym większe moje zdziwienie pominięciem szczególnie Douglasa.
Jedyny feler jaki można odczuć po skończeniu seansu to to, że o tym filmie można łatwo zapomnieć, gdyż historia nie "wgryza" się w nasze myśli, spać możemy spokojnie. Dobry, bardzo dobry film, ale wydaje się łatwy do zapomnienia.
Jeśli jednak za pół roku będę o "Cudownych chłopcach" pamiętał równie miło co teraz to uznam go za jeden z najlepszych filmów roku 2001. Więc poczekamy-zobaczymy...
Post scriptum...
Jest 30 grudnia 2001. Od czasu jak obejrzałem "Cudownych chłopców" upłynęło blisko 9 miesięcy, za kilkadziesiąt godzin koniec roku, pora więc na podsumowanie kinowego roku. W recenzji wspomniałem o niejakiej wadzie filmu - niby łatwo go zapomnieć. Otóż nie! Tak się składa, że na kilkadziesiąt filmów obejrzanych przeze mnie w roku 2001 ten jest jednym z najlepszych. Moze nie tym naj, ale świetny to film. Pamiętam. Bardzo miłe to wspomnienie...
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
CUDOWNI CHŁOPCY (Wonder Boys)
www.cudowni-chlopcy.vision.pl
USA 2000
czas: 116 min.
reżyseria: Curtis Hanson
scenariusz: Steve Kloves
muzyka: Christopher Young
zdjęcia: Dante Spinotti
montaż: Dede Allen
obsada:
Michael Douglas jako Grady Trip
Tobey Maguire jako James Leer
Robert Downey, Jr. jako Terry Crabtree
Frances McDormand jako Sara Gaskell
Katie Holmes jako Hannah Green
Rip Torn jako Q
Kelly Bishop jako Amanda Leer
Richard Knox jako Vernon Hardapple
Jane Adams jako Oola
Michael Cavadias jako Miss Sloviak
Richard Thomas jako Walter Gaskell
|