"Sam. Idziesz Sam. Zawsze Będziesz Sam"*
"Czas, który pozostał" tym różni się od ostatnich filmów Francoisa Ozona,
że "treść" i "forma" - do tej pory konsekwentnie stojące w opozycji - w
końcu znalazły tu swój wspólny mianownik. Tym razem Ozon nie stworzył
mieszanki wybuchowej. To nie "Osiem kobiet", w którym kiczowaty musical
wypełniony po brzegi roztańczonymi legendami kina spotykał się z
twardymi regułami powieści kryminalnej. To nie "Basen" w którym
subtelnie zacierała się granica pomiędzy tym, co realne, a tym co
literackie. To wreszcie nie "5x2" - historia miłosna z odwróconą
chronologią. Ozon porzuca na chwilę wdzięczne postmodernistyczne
eksperymenty, po to by nakręcić zdecydowanie najlepszy film w swej
karierze. Jednak formalna harmonia jest tu tylko pozorna. "Czas, który
pozostał", chyba nie do końca świadomie, efektownie burzy jeden z mitów
współczesnego kina - mit śmierci.
Kino lubuje się w pięknym
umieraniu. Śmierć na ekranie traktowana jest zawsze z emfazą. Widmo
końca z reguły zmienia filmowy krajobraz - mobilizuje bohaterów, łagodzi
spory lub zostawia swe niezatarte piętno na żyjących. Kino więc - jako
sztuka, która w szczególny sposób żywi się emocjami - umiejętnie bawi
się śmiercią. Czyni z niej teatr ("Godziny"), kłóci się ("Million dollar
baby"), obłaskawia ("Pulp fiction") lub roztrząsa ("W stronę morza").
Czasami jednak film staje przed pytaniem, co dzieje się w umyśle
człowieka, który wie, że wkrótce umrze. Nie za chwilę, nie jutro, a
dajmy na to za miesiąc. Czy straci wszelkie hamulce jak bohaterka filmu
"I twoją matkę też", czy też może spojrzy na rzeczywistość z zupełnie
nowej perspektywy jak bohaterowie "Pukając do nieba bram"? Lecz kino
mówiąc "śmierć", myśli zaraz "dramaturgia". W sedno trafiają jedynie
nieliczni - ci, którzy porzucają myślenie kategoriami funkcjonalnymi. I
tak Nanni Moretti kręcąc "Pokój syna" przyjął perspektywę rodziców,
którzy chcą zrozumieć dlaczego ich dziecko umarło jako pierwsze. Wyjątek
jednak tylko potwierdzał regułę, a we współczesnej kinematografii w
dalszym ciągu brakowało filmowego studium umierania. Brakowało
scenariusza, który uchwyciłby tę prostą prawdę, że czekanie na śmierć
jest proste i pozbawione dramaturgii. Że umiera się bez fanfar. Że
odchodzi się samotnie. Wyzwanie przyjął jeden z największych cyników
współczesnego kina - Francois Ozon. I kolejny raz potwierdził swoją
wszechstronność. Porzuciwszy zabawę formą stworzył najbardziej celny ze
swoich dotychczasowych obrazów.
Oto Romain (świetna kreacja Melvina
Paupauda) - gej i fotograf mody - uosobienie człowieka sukcesu dowiaduje
się, że choruje na raka. Nowotwór jest złośliwy i postępujący, a
wszelkie leczenie pozbawione sensu. Śmierć jest nieunikniona, Romain
umrze. I "Czas, który pozostał" stanowi zapis oczekiwania. Ozon jednak
nie czyni ze swej postaci bohatera, nie przygotowuje peanu o
uzdrawiającej mocy miłości, nie karze Romainowi umierać w uściskach
rodziny, ani przewartościowywać swego życia. Nie ma tu religijnego
nawrócenia, nie ma pędu ku dobru, nie ma słodkiej hollywoodzkiej
metaforyki odchodzenia ku absolutowi. Romain na dobrą sprawę robi
niewiele. Zrywa związek z chłopakiem, nie informuje rodziny - nie życzy
sobie płaczu i litości. Nie chce życia w cieniu śmierci. Zamiast tego
wyrzuca telefon komórkowy, zapładnia nieznajomą kobietę, która nie może
mieć dzieci ze swym mężem i fotografuje rzeczywistość. Tak jakby chciał
uwiecznić to, czego już nigdy nie zobaczy. Życie staje się zarazem
panoramą rzeczy przeszłych - bohater wraca myślą do wydarzeń, które go
ukształtowały. A wszystko to bez grama patosu, bez ani jednej fałszywej
nuty, bez złotych myśli. Ot, tak po prostu. Zwyczajnie. Niefilmowo.
W ostatniej scenie "Czasu, który
pozostał" Ozon kadruje plażę. Na jednym z ręczników, w tłumie ludzi
opala się Romain. Słońce powoli zachodzi, robi się chłodno, plaża
pustoszeje. Romain zostaje sam. Umieranie jest bowiem według Ozona
doświadczeniem samotności. Niezależnie od tego, czy umierasz w tłumie
ludzi, czy wśród kochającej rodziny stajesz samotnie przed
doświadczeniem, którego nie jesteś w stanie zrozumieć. W tym jednym
jedynym momencie nie liczy się to, co w życiu osiągnąłeś, kogo kochałeś,
kogo nienawidziłeś i jak zapamiętali cię inni. Nieważnym staje się, jak
bardzo intensywnie przeżywałeś życie. Bo jeśli umierasz w zgodzie ze
sobą, jesteś szczęśliwym człowiekiem. To nie przewartościowanie
czegokolwiek, nie wymuszony żal, a właśnie samopoznanie jest procesem,
który wypełnia cały "czas, który pozostał". Akceptacja i zrozumienie
swej własnej odrębności, a nie całkowita przemiana i gwałtowne
nawrócenie stanowią tu wyznaczniki szczęśliwego życia. Motto to -
przyznać trzeba - wydaje się całkowicie odarte z filmowości. Na gruncie
filozoficznym jest to zaś myśl wstrząsająca dla każdego, kto chciał
jedynie "wybudować pomnik trwalszy niż ze spiżu". Ozon zdaje się mówić
do Horacego "nie tędy droga" i kto wie, czy nie ma racji...
6\6
*
tytułowy cytat pochodzi z filmu Jacka Borcucha "Tulipany".
 |
Czas, który pozostał
Le temps qui reste
Francja
| 2005 | Dramat | czas 85
min.
Reżyseria i Scenariusz .... François Ozon
Zdjęcia: .... Jeanne Lapoirie
Muzyka: .... Valentin Silvestrov
Montaż: .... Monica Coleman
Scenografia: .... Katia Wyszkop
Kostiumy: .... Pascaline Chavanne
Obsada:
Romain: .... Melvil Poupaud
Laura: .... Jeanne Moreau
Jany: .... Valeria Bruni Tedeschi
Ojciec: .... Daniel Duval
Matka: .... Marie Riviere
Sasha: .... Christian Sengewald
Sophie: .... Louise-Anne Hippeau
Lekarz: .... Henri de Lorme
Bruno: .... Walter Pagano
Agent: .... Violetta Sanchez
Dziecko Romaina: .... Ugo Soussan Trabelsi
Klub
Miłośników Filmu | 10 II 2006 |
|
| Autor recenzji:
Jacek Kozłowski -
SENK |