Mam pewną teorię dotyczącą Luca
Bessona. Moim zdaniem to nie jest tak, że Besson specjalnie szykanuje
nas swoimi ostatnimi produkcjami. On nie robi tych filmów dla czystego
zysku jakby się mogło wydawać po oglądnięciu kilku ostatnich 'dzieł'
wyprodukowanych i napisanych przez twórcę "Leona". Besson stara się
wrócić do korzeni, do podstaw, które przyniosły mu uznanie na całym
świecie. I to nie jest tak, że stracił talent albo sie wypalił. Besson
chce, ale nie może - facet się tak skomercjalizował, że nie potrafi już
myśleć w takich kategoriach jak na początku swojej kariery - Hollywood
namieszało mu w głowie na tyle skutecznie, że nie potrafi sklecić w
jedną całość elementów, które gdzieś mu się tam kołaczą w głowie. Tak
jest w "Unleashed" - film ma kilka znamion mistrza, ale niestety ginie
bezradnie wśród nawału stereotypów znajdujących się w zakamarkach
pamięci Bessona. Gdy już coś zaczyna łapać i film nabiera tempa,
następuje jakiś beznadziejny zabieg, który to doskonale psuje. Dodatkowo
Besson głupio się uparł, że inni lepiej sobie poradzą z jego skryptami i
oddaje je ludziom, którzy nie mają za grosz klasy jaką on posiada. Ten
cały jego altruizm to pic na wodę, bo Besson widzi to, że nie jest w
stanie dorównać swoim dziełom i najnormalniej w świecie boi sie wziąć za
reżyserkę żeby nie spieprzyć roboty. Smutne, ale prawdziwe - 1:0 dla
Fabryki Snów...
Scenariusze Bessona nie są złe,
to rozrywka i komercja w najczystszej formie. To składowisko określonych
przez przemysł rozrywkowy ostatnich lat schematów i rozwiązań, do
których każdy widz jest przyzwyczajony i się na pewno nimi negatywnie nie
zaskoczy. W "Unleashed" Besson poszedł trochę dalej i zaryzykował
bardziej z formą. Skrypt jest zdecydowanie mroczniejszy i naszpikowany
lepszymi dialogami co zdecydowanie udziela się klimatowi filmu. Niestety
dalej brakuje mu wielu rzeczy, ale na szczęście widać światełko w
tunelu, bo samo założenie wyjściowe jest co najmniej dobre. Danny jest
czymś pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem - wychowany przez swojego
'wujka' Barta na coś w rodzaju wiernego psa, który w razie czego potrafi
zaatakować. Danny nosi na szyi obrożę (pomysł 'wujaszka'). Gdy ma ją na
sobie jest wyciszony i wygląda jakby nie za bardzo wiedział co się wokół
dzieje. Jednak gdy obroża zostaje ściągnięta, ta wegetująca roślina
zamienia się w zabójcze narzędzie w rękach swojego pana. Narzędzie,
które służy Bartowi do ściągania długów i haraczy, narzędzie o tyle przerażające,
że Danny nie kieruje się żadnymi emocjami gdy wykonuje swoją 'pracę'. Z
kamienną twarzą eliminuje kolejnych przeciwników, którzy stoją Bartowi
na przeszkodzie do odebrania kasy. Dlaczego to robi? Bo nie zna innego
życia, bo jest tak traktowany od zarania swojej pamięci. Coś mu się tam
prześwituje, ale za mało by móc się zbuntować przeciwko Bartowi. Podczas jednego z
wypadów po pieniądze Danny poznaje Sama - niewidomego stroiciela pianin,
który budzi w nim jakieś dawno zapomniane wspomnienia. Dzięki wydatnej
pomocy wrogów Barta, Danny ucieka nie za bardzo wiedząc po co i dlaczego.
Trafia pod skrzydła Sama i jego przybranej córki Victorii, genialnej
pianistki. Oferują mu uczucie i coś na kształt rodziny. Niestety
przeszłość musi się o niego upomnieć...
Czy Jet Li brał, jak głosi
plotka, lekcje aktorstwa przed kręceniem zdjęć, nie wiem. Natomiast
szczerze chciałem polubić i wczuć się w postać, którą naprawdę mocno
starał się zagrać, ale z przykrością stwierdziłem, że pomimo całego
mojego kibicowania, Li po prostu nie nadaje sie do filmów, które starają
się być czymś więcej niż jedną wielką kopaniną. Jet jest prawdziwym
mistrzem sztuk walk, i niech lepiej zostanie w tym gatunku dobierając
sobie produkcje, w których twórcy będą potrafili ukazać jego
umiejętności, a myślę, że będzie dobrze. Nie można w końcu mieć
wszystkiego. Freeman i Hoskins jak zwykle wypadają znakomicie,
szczególnie ten drugi, który z właściwą sobie autoironią gra tego
'złego' szarżując przepięknie przy wielu scenach. Wspaniale gra
przeciwko swojej posturze i fizjonomii dobrodusznego dziadziusia. Oczywiście nie
pierwszy raz, ale cały czas wyśmienicie mu to wychodzi. Wyciszony
Freeman trochę za bardzo przypomina swoje ostatnie role i, ja osobiście,
miałem rodzaj pewnego bliżej nieokreślonego deja vu, co nie zmienia
oczywiście faktu, że to bardzo dorze wyważona i zagrana rola. Reszta aktorów stoi
na średnim poziomie. Na uwagę zasługują za to sceny walk, do których
choreografię układał Yuen Woo-ping, który pracował już m.in. przy
wszystkich "Matrixach" i obu "Kill Billach". Niestety utrzymują one
tendencję scenariusza - im dalej w film tym gorzej. Początkowe sceny są
pięknie sfilmowane i aż się chce przyklasnąć jak Jet niszczy kolejnych
kaskaderów, później także fajnie to się ogląda, ale walki są coraz
bardziej sztucznie wydłużane, a ostatnia finałowa pod koniec filmu
jest, pomimo całej swojej otoczki i ładnych kątów kamery, nudna. W ogóle
cała końcówka jakoś odbiega od poziomu, który film trzyma przez
większość czasu trwania. Nie jest jednak do końca źle; bardzo fajna jest bowiem oprawa muzyczna jak zawsze
niezawodnego Massive Attack, która stała się integralną częścią filmu.
|
 |
 |
Reżyser Leterrier to wyraźnie
epoka MTV, co było widać w jego debiucie "The Transporter". Na
szczęście wygląda na to, że producent Besson trochę go przypilnował i
ukrócił wszelkie nieporzebne zapędy twórcze. To samo zrobił z autorem
zdjęć, który zbyt imponującego bilansu nie ma, a więc istniała obawa, że
zrobi z "Człowieka psa" jakieś jarmarczne widowisko. Obaj są 'dziećmi' Bessona,
jednymi z wielu których reżyser "Leona" powołał do życia filmowego. Dlatego też
Luc mógł mieć nad nimi kontrolę i, wizualnie przede wszystkim,
film plasuje się powyżej przeciętnej. Niestety ta hollywoodzkość, którą
szczególnie widać przez ostatnie pół godziny filmu masakruje wrażenie
jakie z początku udało się Bessonowi uzyskać. Jak już pisałem wcześniej
widać kilka elementów znamionujących starego mistrza Bessona. M.in.
świetny jest kontrast między dobrym i złym. Sam, czyli ten dobry, jest
niewidomy, musi się posługiwać wyobraźnią żeby oceniać ludzi, dlatego też
nie odrzuca Danny'ego przy pierwszym spotkaniu - gdyby go widział, nie
wiadomo jakby zareagował. Ocenił jego wnętrze, a nie wygląd. Sam ubiera
się na czarno, a jednak jest pełen życia i wdzięczności za to co ma.
Natomiast Bart, czarny charakter ,widzi siebie jako człowieka dobrego,
któremu przyszło żyć w czasach, których sobie nie wybierał i musi sobie
jakoś radzić. On nie więzi Danny'ego, tylko daje mu życie jakiego nigdy
by nie uzyskał będąc sam na świecie. Daje mu opiekę, jedzenie i pewnego
rodzaju przywiązanie w zamian za kilka połamanych kości. Bart nie
rozstaje sie ze snieżnobiałym garniturem i jeździ białym samochodem.
Szczególnie ten garnitur jest świetnym zagraniem scenarzysty. Kiedy Bart
po walce jest cały zakrwawiony, ta biel jego garnituru zostaje jakby
symbolicznie zbrukana. Także dialogi mają kilka perełek. "Pewnie
nigdy w swoim życiu nie śniłeś, to musi być tak spokojne" mówi Bart do
Danny'ego opowiadając o swoim koszmarze sennym. Oczywiście znalazło się
także miejsce dla hollywoodzkich 'perełek' w stylu "Człowiek jest jak
fortepian - trzeba go odpowiednio nastroić", ale ogólnie jest dobrze.
|
 |
 |
Na koniec chciałbym zaapelować do Luca Bessona (a co tam, może ktoś mu
to przetłumaczy ;), żeby zrobił sobie krótki odpoczynek od pracy,
wyjechał gdzieś i zapomniał o tych ostatnich paru latach. Żeby przestał
się bawić w altruistę. Może wtedy nabierze więcej dystansu do swojej
pracy i, mając wolny umył od hollywoodzkiej propagandy, stworzy kolejne
ponadczasowe dzieło, którym będą się zachwycać miliony. Na razie jest
jakieś światełko w tunelu... no i dobrze - taki twórca nie może przecież
tak skończyć!
 |
UNLEASHED
[Człowiek Pies]
Występują:
Jet Li - Danny
Bob Hoskins - Bart
Morgan Freeman - Sam
Kerry Condon - Victoria
Vincent Regan - Raffles
Dylan Brown - Lefty
Czas trwania: 102 min.
Produkcja: Francja, U.S.A., U.K., Hong Kong
Reżyseria: Louis Leterrier
Scenariusz: Luc Besson
Produkcja: Luc Besson, Jet Li
Muzyka: Massive Attack
Choreografia: Yuen Woo-ping
Zdjęcia: Pierre Morel
Montaż: Nicolas Trembasiewicz |
| Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF |
Klub
Miłośników Filmu | 09 VII 2005 |
|