Ale czad! Po raz drugi mam zaszczyt skrobnąć reckę filmu Paula Verhoevena (którego od teraz tytułować będę nobliwie Królem Reżyserów albo po prostu Królem), jednego z najbardziej niepokornych twórców amerykańskiego
mainstreamu, wybitnego specjalisty od krwawego sci-fi i wcale nie mniej krwawego thrillera. Przyznam, że nie jest mi łatwo pisać o artystycznych dokonaniach Króla, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, jak trudno oddać im sprawiedliwość we wszystkich aspektach sztuki filmowej. Są one na swój dziki sposób niepowtarzalne i niosą w zarodku niesamowity ładunek ponadczasowych przemyśleń, które niestety często bywają pomijane na rzecz prostackich złośliwości albo bez żalu ignorowane. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: gdyby nie smutna zaduma nad poziomem współczesnego amerykańskiego kina masowego, można by się po cichu śmiać z kretynizmów pokazanych u Verhoevena. Jednakże osobiście uważam takie szydzenie już nie tyle za karę zbyt dotkliwą, co zwyczajnie nieadekwatną do tego, co faktycznie przemyca Król w swoim filmie. Poza tym śmiem twierdzić, że ludzkość zahartowana na twórczości Jamesa Camerona powinna przyjąć niektóre wybryki Verhoevena za całkiem pospolite, zważywszy iż sama końcówka "Hollow Mana" może się poszczycić typowo cameronowskim rozmachem w mnożeniu niepotrzebnych finałowych scen. Mając to na uwadze, postanowiłem, że w niniejszej recce skoncentruję się prawie wyłącznie na niezaprzeczalnych zaletach "Hollow Mana", zapuszczając sondę tak głęboko w otchłań ludzkich ułomności, jak to tylko możliwe. Mówiąc bardziej mrocznie: postanowiłem spenetrować meandry człowieczej psychiki, podżeganej do przemocy przez... niewidzialność.
Jeszcze widzialny
Nowy akapit zamierzam rozpocząć z grubej rury. Co motywuje ludzi do dobrych uczynków? I nie chodzi mi tu o sztampowe rozstrzyganie kwestii moralnych. Filmy Verhoevena może są w porywach głupie, ale rzadko popadają w akademicki banał. A zatem: co motywuje? Bóg? Teza, jakoby wymazanie Boga z naszego świata uczyniło raptem wszystkich bezdusznymi, egoistycznymi hedonistami, a z powierzchni ziemi odeszłyby miłosierdzie, czułość i empatia - wszystko, co zasługuje na miano dobra - uważam za przejaw wyjątkowo małego szacunku dla samego siebie. Może więc od mordowania bliźniego dystansuje nas wyssane z mlekiem matki przekonanie, że lepiej przeprowadzić staruszkę przez jezdnię niż wepchnąć ją pod samochód? A może strach przed konsekwencjami, że jak już babcia wleci pod koła, to pójdziemy do mamra na dożywocie albo dłużej? Sorry za nawałnicę ciężkich pytań, ale czy naprawdę potrzebujemy nadzoru - boskiego lub wzajemnego - by powstrzymać się od czynów kryminalnych? Bardzo chciałbym wierzyć, że ja tego nie potrzebuję. Sęk w tym, że rzeczywistość na każdym kroku z perwersyjną satysfakcją empirycznie testuje nasze naiwne poglądy.
"Hollow Man" daje znakomitą wymówkę do tego, by przybliżyć skrawek kanadyjskiej historii najnowszej. Niech to będzie swoiste uogólnienie, gdyż akcja opisana w tej opartej na faktach przypowieści mogłaby się z powodzeniem wydarzyć w każdym innym zakątku globu.
Był rok 1969. O godzinie ósmej rano montrealska policja rozpoczęła strajk generalny. Pierwszy bank został obrabowany o godzinie 11:20. Do południa większość sklepów w mieście była doszczętnie złupiona. W ciągu kolejnych godzin taksówkarze podpalili garaże konkurencyjnej firmy, zajmującej się wynajmem limuzyn, a rozochocony tłum splądrował kilka hoteli i przylegających do nich restauracji. Bilans dnia to sześć obrabowanych banków, ponad sto rozszabrowanych sklepów, dwanaście podpaleń, dwa zabójstwa i cztery gwałty. Wartość zniszczeń grubo przekroczyła trzy miliony dolarów. W Kanadzie. W tej samej Kanadzie, w której ludzie zostawiają ponoć otwarte drzwi na noc. Wydarzenie to utkwiło mi w pamięci, a po obejrzeniu "Hollow Mana" nabrało nowego znaczenia. Tej konkretnej orgii przemocy i dewastowania czego popadnie nie można usprawiedliwić ingerencją kosmicznego wirusa, lasującego mózgi i wywołującego agresję. Strajk montrealskiej policji należy traktować w kategoriach naturalnego eksperymentu, weryfikującego hipotezę o uniwersalnej skłonności niewpychania babci pod koła nadjeżdżającego samochodu. Wystarczy tylko, że pojawią się sprzyjające okoliczności, a wszelkie bariery raptem znikają: poczucie bezkarności demoralizuje cywilizowanego człowieka do tego stopnia, że zmienia się on w swoje własne zaprzeczenie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt zero-jedynkowo, bo prywatnie nie wierzę ani w cudowne, altruistyczne nawrócenia, ani w totalną degrengoladę każdej mijanej na ulicy jednostki. Na potrzeby tej recki przyjmijmy jednak, że niewidzialny człowiek to człowiek pozbawiony wyrzutów sumienia. Będzie fajniej. A teraz pomyślcie: co wy byście zrobili, gdyby nikt nie mógł was zobaczyć? Gdyby strajk służb porządkowych zastąpić niewidzialnością? Idę o zakład, że czynilibyście same dobre uczynki jak katechizm przykazał. Bycie niewidzialnym daje nieograniczone pole do popisu w kwestii krzewienia obyczajności i pomagania ludziom w potrzebie. Można by tyle dobrych rzecz zrobić, że święci ze wstydu poschodziliby z witraży.
Hollow Man ją odwiedził
Gwoli formalności wyjaśniam dla potomnych, o co biega w Hollow Manie. Zgraja niedzielnych naukowców w podziemiach supertajnej bazy przygotowuje eksperyment, obliczony na wywołanie niewidzialności. Na początku wszystko idzie od linijki: goryl znika, potem wraca do stanu widzialności i jest git. Jak wiadomo, wyższym etapem wtajemniczenia dla naszej wesołej kadry profesorskiej będzie eksperyment na istocie w pełni człekokształtnej. Na ochotnika zgłasza się szef teamu - niejaki Sebastian (mega dobra rola Kevina Bacona). Tutaj też wszystko idzie jak z płatka, tyle że Sebastian, choć genetycznie blisko spokrewniony z gorylem, to jednak najpierw jest człowiekiem i wkrótce odwala mu amba dla małpy zupełnie obca, która następnie przerodzi się w pasmo molestowania, gwałtów i popełnianych z wyjątkowym sadyzmem zabójstw. Przegięcie czy nie - mam to gdzieś. To właśnie jeden z powodów, dla których darzę Verhoevena nabożnym wręcz uwielbieniem i szacunkiem: koleś jest konsekwentny i jak się już do czegoś przyczepi, to wyciśnie z pomysłu ostatnie soki. W normalnym
blockbusterze dla dolnych warstw nastoletnich, jakich teraz się kręci od groma, Sebastian po uzyskaniu statusu osoby niewidzialnej wyszedłby na dwór z zamiarem robienia psikusów i w efekcie oglądalibyśmy bajkę z cyklu: "przygody niewidzialnego
freaka na mieście". Verhoeven rozwinął ideę bardziej twórczo (czytaj: dosadnie). Kulawa koncepcja niewidzialności w zastrzyku, na której opiera się "Hollow Man" - głupia jak but i nie do obrony w żaden racjonalny sposób - posłużyła Królowi jako pretekst do sportretowania skrajnego zachowania człowieka w sytuacji totalnej bezkarności, gwarantowanej przez niewidzialność. Oczywiście można osłabić kategoryczność konceptu Verhoevena i powiedzieć, że Sebastian, zanim stał się niewidzialny, przejawiał tendencje do złego zachowywania się w towarzystwie - opowiadał seksistowskie dowcipy, używał brzydkiego słownictwa, afiszował się ze swoim rozdętym ego, nie krył cynizmu i ogólnie na mnicha to on by się nie nadawał. Ale czy to od razu go dyskwalifikuje? Moim zdaniem absolutnie nie. Siła pomysłu Verhoevena polega na tym, że w zbrodniczy amok popadł człowiek na początku całkiem normalny - żaden tam religijny bigot z uszkodzonym chromosomem, molestowany w dzieciństwie przez stryjka alkoholika na oczach zdewociałej macochy. Normalny, zwykły facet z tytułem doktora, trochę nadpobudliwy i cwaniakujący, ale w niczym nieodbiegający od społecznie przyjętych norm. Zły umysł rzadko bywa anormalny.
Szczyt lansu
Generalnie jak poczytacie sobie w necie recki "Hollow Mana", to uderzy was pewna prawidłowość. Dominuje w nich ton prześmiewczo-pobłażliwo-ignorancki, polegający na wytykaniu palcem logicznych głupot scenariusza. "Sunshine" Danny'ego Boyle'a - chyba najlepszy sci-fi ostatniej dekady - spotkał bliźniaczo podobny los z ręki ortodoksyjnych fanów fantastyki naukowej. Nie twierdzę, że Verhoeven nakręcił arcydzieło, przed którym należy padać na kolana jak przed tabernakulum. Facet ma na koncie filmy lepsze i to pod każdym względem. Nie twierdzę również, że odkrył Amerykę, forsując tezę o tym, iż niewidzialność znosi strach przed konsekwencjami, który sprawia, że większość z nas nie zabija się idąc rano po bułki do piekarni. Ameryki nie odkrył, ale otwartych drzwi też nie wyważył. Uważam natomiast, że film Króla zasługuje na pochylenie się, choćby z tego powodu, że jest to jeden z naprawdę niewielu letnich
blockbusterów, który pod płaszczykiem fabularnych absurdów i prymitywnej rozwałki przemyca wybitnie niehollywoodzkie zapatrywanie na świat, mówi o rzeczach, o których często wolimy milczeć, bo wypowiedziane na głos kompromitują nas jako ludzi. Jak wydarzenia z Montrealu, przytoczone parę akapitów wcześniej. Już samo postawienie dylematów niewidzialności na tle wyborów etycznych w produkcji kosztującej plus minus 100 milionów dolarów i przyznanie jej kategorii wiekowej R (co dzisiaj graniczy z cudem) stawia "Hollow Mana" daleko ponad przereklamowanym i strasznie infantylnym "Mrocznym Rycerzem" Nolana, promowanym jako dorosłe kino, podczas gdy ideologicznie są to zwykłe głupio-mądre blubry dla trzynastolatków.
Niewidzialność w płynie - na receptę w każdej aptece
Ciekawie prezentuje się także zagadnienie "autorskości" "Hollow Mana". Na ile jest to film Verhoevena, a na ile umowa o dzieło? Przy całej swej seksowności i zajebistości, "Hollow Man" to niestety mieszanka indywidualnego podejścia do kina z podejściem najemnego pracownika na usługach korporacji. Akcenty rozkładają się mniej więcej po równo. Jasne, to ciągle mocno osobisty film Króla, w którym mierzy się on z własną twórczością w sposób dla siebie charakterystyczny. Niby jest inteligentnie zakamuflowana, nieprzyjemna w odbiorze refleksja natury ogólnej, niby na brak solidnej akcji narzekać nie można: są gonitwy po korytarzach, wybuchy i inne bajery, niby efekty specjalne stoją na niebotycznym poziomie koncepcyjnym (zwłaszcza dla kogoś, kto ma jako takie pojęcie o ich tworzeniu), niby dostajemy końską dawkę ugniatanych gołych cycków, gwałtów, mordów i okaleczeń, słowem, na pierwszy rzut oka do scenariusza "Hollow Mana" Król upakował wszystko, co każdy zdrowy na umyśle facet też by do niego upakował. A jednak czegoś w nim ciągle brakuje. Jak chcecie się dowiedzieć czego konkretnie, przeczytajcie sobie reckę "RoboCopa" mojego autorstwa, a rychło doznacie oświecenia jak święty Ambroży na górce. W skrócie rzecz ujmując, lekki żal mam do Króla, że nie przyłożył się jak trzeba do zacnego konceptu niewidzialności, tylko dał się ponieść pod koniec widowiskowości i niezobowiązującej rozrywce w duchu ostatnich 20 minut Aliens Camerona. Jakby się przyłożył ciut bardziej, to powstałby film absolutnie rewelacyjny, co rusz przekraczający krytyczną masę kultu. Potencjału było sporo, wykorzystano trochę więcej niż połowę. Świadom jestem, że w dużej mierze wynikało to z konieczności pójścia na kompromis. W Hollywoodzie nie można mieć wszystkiego. Nie za 100 baniek. Tak czy siak, głowa do góry! Jak ktoś kiedyś ładnie powiedział, miłość polega na tym, że kocha się nie za, ale pomimo, a z tej perspektywy patrząc, ostatni amerykański film Króla to ciągle kino trzymające poziom dla innych nieosiągalny.
 |
|
Hollow Man
Tytuł polski: Człowiek Widmo
Czas trwania: 112 minut
Rok produkcji: 2000, USA / Niemcy
Reżyseria: Paul Verhoeven
Scenariusz: Andrew W. Marlowe
Zdjęcia: Jost Vacano
Montaż: Mark Goldblatt
Muzyka: Jerry Goldsmith
Wystąpili:
Elizabeth Shue, Kevin Bacon, Josh Brolin, Kim Dickens,
Greg Grunberg, Joey Slotnick, Mary Randle, William Devane
 |
| Autor tekstu:
Bartosz Rudnicki - MENTAL
Klub Miłośników Filmu, 8 lipca 2009
|
|