Strach, którego nie było...
We wdeptanym przeze mnie w ziemię "Paranormal Activity" (polecam moją
recenzję
na stronie KMF) straszył duch, który się nie nagrywał na kamerę, więc mieliśmy bać się jego tupania, mącznych śladów stóp na podłodze i niewidzialnej ręki, którą ściągał bohaterów z łóżek. Według szumnych zapowiedzi polskiego dystrybutora, "Czwarty stopień" miał być z kolei filmem, uwaga: jeszcze bardziej przerażającym od "Paranormal Activity" - brrr... strach się bać! Tylko tak sobie myślę, skoro "PA" nie przeraził mnie nic a nic, to mówienie o większym przerażaniu w kontekście tego właśnie filmu, średnio do mnie trafia, bo, jeśli coś ma być bardziej niż zero, to choćby się zes... to znaczy, jakby się nie starało, zerem pozostanie. I nie pomyliłem się, gdyż okazało się ni mniej ni więcej, że niczego bardziej przerażającego od "PA", w "Czwartym stopniu" nie ma, a jedyne, co jest bardziej, to... że bardziej nic nie widać.
Żeby "Czwarty stopień" powodował gęsią skórkę od pierwszych minut seansu, twórcy ogłosili w gromkopierdnym słowie wstępnym, że sceny aktorskie z udziałem Milli Jovovich, Willa Pattona, Eliasa Koteasa (rym niezamierzony) i innych, będą przeplatane scenami zarejestrowanymi przez kamery VHS, na których widzieć będziemy równolegle te same wydarzenia, tylko z prawdziwymi (choć to w rzeczywistości też nagrania stworzone na potrzeby filmu) ich uczestnikami. I tu zaczyna się niezła komedia, bo na pewno nie żaden dreszczowiec sci-fi. Po jednej stronie ekranu zahipnotyzowany aktor odtwarza, nie wiadomo, po jaką cholerę, to, co po drugiej stronie ekranu widzimy w niby-oryginale. Gdy coś traumatycznego zahipnotyzowana osoba sobie przypomina - krzyczy wniebogłosy i aktor, i niby-autentyczny bohater wydarzeń. Aby nie było nużąco, ekran w tych scenach jest podzielony, a to w pionie, a to w poziomie, a to na 4 małe ekrany, a to na "24". Miało to zapewne dodać wydarzeniom realizmu, a robi tylko niepotrzebne zamieszanie. Najbardziej jednak irytowało mnie, jak za każdym razem, gdy bohaterowie zaczynali lewitować albo byli szarpani przez jakieś pozaziemskie siły, obraz zarejestrowany przez kamerę zaczynał szronić i nic nie było widać. Czułem się tak, jakby podczas oglądania meczu w piłkę nożną w TV, podczas akcji pod bramką, ktoś mi przekrzywiał antenę.
|
|
Za to w warstwie dźwiękowej czeka nas prawdziwa uczta... o ile ktoś lubi słuchać pijackiego bełkotu, szumnie nazywanego w "Czwartym stopniu" najstarszym językiem świata. Dramaturgii wydarzeniom próbuje dodać szybki montaż, dynamiczna praca kamery oraz jakieś migawki Biblii, starożytnych rzeźb rakiet kosmicznych i innych mistycznych pierdół, które zamiast dodawać filmowi jakiejś aury tajemniczości, kojarzą się z tandetnymi odkryciami Strefy 11 w TVN. Najbardziej jednak razi pewien upierdliwie wałkowany motyw, który przewija się przez cały film. Otóż, osoby poddane hipnozie, zanim zabiją kogoś ze swojej rodziny, z przerażeniem opowiadają, że za oknem widywali - uwaga, napięcie sięga zenitu albo i lekko ponad - sowę, która zresztą według nich, sową nie była. W dodatku się uśmiechała, ale co znaczy ten uśmiech już nie potrafią powiedzieć, bo, jak sami mówią, nie chcą wiedzieć co mają na myśli mówiąc, że sowa się uśmiechała (sic!). Ci to mają problemy. Zamiast wyjść na ganek i pieprznąć puchacza miotłą, tudzież sprawdzić czymże owa sowa jest, skoro sową nie jest, wolą popadać w paranoję i mordować bliskich. Kiedyś widziałem u siebie w domu nietoperza. To znaczy, mam nadzieję, że to był nietoperz, bo jak nie był, to pewnie sięgnę po broń i zacznę mordować. Całe szczęście nietoperz się nie uśmiechał. Reasumując, tak sowie, tzn. sobie myślę, że skoro głównie takie zabawne przemyślenia mnie po "Czwartym stopniu" nachodzą, oznacza to, że film został po prostu źle zrobiony. Wszystkie sceny hipnozy są nużące, niestraszne, zbyt chaotycznie nakręcone, a materiał kinowy zmontowany z materiałem archiwalnym stanowi wielkie nieporozumienie. Jedynie wychudzona bohaterka niby-prawdziwych wydarzeń sprawia trochę niepokojące wrażenie, reszta jest miałka, nudna i nijaka, a wszystko to obok reklamowanego "przerażenia" nawet chyba nie stało. Na początku i końcu filmu, aktorzy mówią do kamery zwracając się do widzów: "Wy zdecydujecie w co wierzyć". Ja po seansie wierzę w to, że przestaną wreszcie powstawać filmy wykorzystujące maksymalnie wyeksploatowany motyw z "Blair Witch Project", z niby-autentycznymi taśmami grozy.
|
|
Twórcy "Czwartego stopnia", prawdopodobnie (tak sobie strzelam, bo nie wiem) próbowali osnuć fabułę swojego dreszczowca wokół słynnej kwestii z "Miasteczka Twin Peaks":
"Sowy nie są tym, czym się wydają", i wyłożyli się na temacie jak Kiler na skórce od banana. W dodatku zbyt dosłownie potraktowali regułę mówiącą, że "bardziej przeraża, to, czego nie widać" i myśleli, że jak nie pokażą nic, widzowie posrają się ze strachu. Spodziewali się po prostu, że wyjdzie dramatycznie, a wyszło niezamierzenie zabawnie. W kolejnym filmie z cyklu "rejestrujemy prywatną kamerą niezwykłe zdarzenia", będziemy pewnie obserwować czarny ekran i słuchać przerażającej ciszy - drugi zawał serca u przelęknionej młodzieży (pierwszy zaliczyła przy okazji "Paranormal Activity") i wysoka kinowa frekwencja gwarantowane.
2/10
 |
wytwórnia - Universal, Gold Circle Films, 2009
scenariusz i reżyseria - Olatunde Osunsanmi
produkcja - Paul Brooks, Joe Carnahan, Terry Robbins
muzyka - Atli Örvarsson
zdjęcia - Lorenzo Senatore
montaż - Paul Covington
scenografia - Carlos Silva Da Silva
efekty wizualne - Andrew Somers, Mark Freund
czas projekcji - 98 minut
wystąpili
Milla Jovovich
Will Patton
Hakeem Kae-Kazim
Corey Johnson
Enzo Cilenti
Elias Koteas
Eric Loren
Mia McKenna-Bruce
Raphaël Coleman
|
(Abbey Tyler)
(szeryf August)
(Awolowa Odusami)
(Tommy Fisher)
(Scott Stracinsky)
(Abel Campos)
(z-ca szeryfa Ryan)
(Ashley Tyler)
(Ronnie Tyler)
|
|
 |