Czytelnicy w Polsce niestety nie mieli wielu okazji do zapoznania się z tym
herosem. Pamiętam jednak absolutnie rewelacyjny komiks wydany w połowie lat
dziewięćdziesiątych. "Daredevil - The Man Without Fear", autorstwa Franka
Millera i Johna Romity jr. Opowiadał o początkach Daredevila, jego
dzieciństwie, wypadku, burzliwej znajomości z Elektrą. Miałem cicha
nadzieje, ze film będzie bazował na tym komiksie. Niestety tak się nie stało. Choć podobieństw jest siła rzeczy parę.
Na początku poznajemy młodego Matta Murdocka, szczeniaka z parszywych okolic
Nowego Jorku, z Hell's Kitchen. Pewnego fatalnego dnia dochodzi do wypadku,
w wyniku którego traci on wzrok. Niejako jednak w zamian niesamowicie
wyostrzają się pozostałe zmysły. To dzięki temu wiele lat później przyjdzie
mu zwalczać zło jako Daredevil...
Od razu zaznaczam - nie jest to film zły. Wiem jednak, ze mógłby być lepszy.
Porównania z wyżej wymienionym komiksem oczywiście nie wytrzymuje. Film jest
bowiem mniej mroczny, mniej brutalny... i niestety mniej ciekawy. Jest parę
zmian. Oto bowiem tutaj wychodzi na to, ze toksyczna substancja, przez która
Murdock stracił wzrok jednocześnie wyostrzyła mu pozostałe zmysły. W komiksie
Matt wszystko co osiągnął zawdzięczał żmudnym treningom pod okiem
tajemniczego Sticksa. Kompletnie zmieniono postać Elektry. W filmie jest ona
spokojną "córeczka tatusia". W komiksie była szaloną, ekscentryczna femme
fatale. Była po prostu zła. Inna była relacja miedzy nią a Mattem. Z całą
pewnością miała na niego destruktywny wpływ, szła na dno i ciągnęła Murdocka
za sobą. W filmie scenarzysta zdecydował się na inny, bardziej typowy
wariant. Ile razy bowiem spotykaliśmy się z sytuacja, gdzie kochankowie za
dnia w nocy staja się wrogami (choćby w drugim
"Batmanie"
, żeby nie szukać
daleko)? Nie znaczy to jednak, ze wątek ten się nie udał - wręcz przeciwnie.
Jest to jeden z ciekawszych elementów filmu. Poza tym fabuła nie odbiega od
standartów. Film nie zaskakuje absolutnie niczym. A szkoda.
W tym sensie można więc powiedzieć, że jest to film straconej szansy. Szansy na ponadprzeciętną ekranizację rewelacyjnego komiksu. Po części wina leży też po stronie reżysera, któremu nie starczyło doświadczenia (umiejętności?) by stworzyć coś większego. Burton w
"Batmanie"
, a później Raimi w
"Spider-Manie"
podeszli do tematu z większym dystansem, co obu filmom wyszło na dobre.