|
W przypadku filmu "Dawno temu w Ameryce" słowo "analiza"
może mieć jedynie znaczenie wywoławcze. Ten obraz bowiem należy do gatunku
tych, które wiecznie odkrywają nowe znaczenia, tym samym stając się nie
dziełem zamkniętym, a otwartym procesem. Sergio Leone stworzył film, który
niemal dla każdego odbiorcy staje się czym innym, od klasycznego filmu
gangsterskiego, poprzez szkic z historii Ameryki, aż do sentymentalnego
portretu galerii ludzkich osobowości. Pomijając już wszystkie etapy
pośrednie. Konia z rzędem temu, kto oceni, która z interpretacji jest tą
prawidłową. Może każda po trochu? Może fakt, że reżyser nie wahał się
angażować w film całej swojej indywidualności, całej pasji, jaką
kiedykolwiek miał jako twórca, czyni z "Dawno temu..." dzieło tak osobiste?
Wobec tego jak podjąć się analizy? Jak ją poprowadzić i od czego zacząć? A
może po prostu wykorzystać w pewien sposób pytanie, które wielokrotnie mi
zadawano - dlaczego uważam ten film za genialny, co go naprawdę wyróżnia i
czyni tak wyjątkowym, co właściwie kryje w sobie ta opowieść z pozoru prosta
i obracająca się wokół kilku zaledwie wątków?
CZAS I PRZESTRZEŃ
Akcja filmu dzieje się w trzech wzajemnie przenikających się przestrzeniach
czasowych: obserwujemy dzieciństwo głównych bohaterów, spotykamy ich jako
dorosłych ludzi pnących się na szczyt w czasach prohibicji, i wreszcie
odkrywamy ich od nowa po trzydziestu pięciu latach. Niemal mimochodem Leone
kreśli portret Ameryki z każdego z tych okresów, pokazując świat, którego
już nie ma, bądź jakim przekształceniom uległo to, co z niego zostało. Stale
krążymy po tych samych miejscach, przemierzamy te same ścieżki, nie mogąc
oprzeć się wrażeniu, jak wielką rolę w życiu gra przemijanie. Noodles
zatrzymuje się na chwilę, by spojrzeć na likwidację starego cmentarza
żydowskiego. Niegdyś miejsce wiecznego spoczynku, miejsce refleksji i
żałoby, teraz jest profanowane koparkami i buldożerami w imię komfortu i
nowoczesności. Ulica, ponad trzydzieści lat wcześniej pełna życia,
zatłoczona, gdzie na każdym kroku spotykało się ortodoksyjnych Żydów, teraz
jest niemal wymarła. Knajpa "U Grubego Moe" nie zdołała uchronić śladu z
żadnego z etapów swojej świetności, nie jest już ani tłumnie uczęszczanym
szynkiem, ani tym bardziej nielegalną atrakcyjną meliną. Teraz to tylko
żałosna dziura, a właściciel musi się niemal płaszczyć przed nielicznymi
klientami, by zechcieli wyjść w porze zamknięcia.
Te zmiany rzucają się widzowi w oczy szczególnie wyraziście, jako że reżyser
odstąpił od linearnej konstrukcji fabuły, co chwila przemieszczając się w
czasie i zataczając mniejsze i większe kręgi. W finale pozwala historii
zatoczyć jeszcze jeden, pełny obrót, tym razem jednak z akcentem pogody,
jednym z nielicznych zresztą w całej opowieści.
POCZĄTEK KOŃCA
Jednym z bardziej istotnych wątków filmu, który w symboliczny sposób określa
przyszłość obu głównych bohaterów - przede wszystkim Kluchy - to śmierć
Dominika. Dziecko, które musiało stać się dorosłym, bo takie reguły rządziły
jego środowiskiem, dziecko, które zdumiewało swoim śmiesznym, zważywszy jego
wiek, tupetem. Dominik to ucieleśnienie wyboru między spokojnym dorastaniem
a balansowaniem na krawędzi. Do momentu, kiedy przyjaciel zmarł mu na
rękach, Klucha był zupełnie innym człowiekiem. Marzył - zapewne o innym,
lepszym od własnego otoczenia świecie. Leone sugeruje nam to sceną, gdy
siedząc w ciemnym, brudnym wychodku Noodles czyta książkę - i jest to
"Martin Eden". Jednak za dużo wokół niego znaków, że inny świat go nie
zechce. Deborah odmawia mu pomocy, i nie wierzy, by kiedykolwiek miał
przestać być złodziejaszkiem i przestępcą, nawet kiedy mówi mu że "nadal ma
szansę" (by wybrać słuszną drogę), to są to słowa zupełnie puste. Wie, że
tylko ona mogłaby to sprawić, a jednak nie chce się tego zadania podjąć.
Odpowiedzialność nic dla niej nie znaczy, bo wbrew pozorom łagodności, to
drapieżna i zdecydowana kobieta. Kiedy Klucha poznał Maxa i kiedy zawarli
milczącą umowę przyjaźni (tu bardzo ważnym symbolem jest zegarek), wykonał
kolejny krok na drodze do autodestrukcji. Dominująca osobowość Maxa, jego
bezwzględna ambicja i zdecydowanie fascynują Kluchę, który zawsze był mało
ekspansywny i wierny chropawym, ale jednak zasadom - lojalności,
konsekwencji, ale także nagięcia do rzeczywistości. Spotkanie z Maxem było
groźne - ale jeszcze nie decydujące. Dopiero wtedy, kiedy zaślepiony bólem,
zrozpaczony, przepełniony pragnieniem zemsty rzuci się z nożem na Bugsy'ego,
dokona ostatecznego wyboru. Przyjdzie chwila, kiedy zechce wrócić - ale nie
dostanie na to szansy i wtedy potwierdzi swój wybór kolejny raz, kiedy
ponownie odrzucony przez Deborah dokonuje na niej brutalnego gwałtu.
MAX I KLUCHA
Przyjaźń? Być może, ale samo słowo "przyjaźń" jest zbyt wąskie, by określić
w pełni istotę stosunku, jaki łączy tych dwóch mężczyzn. Relacja między nimi
jest w pewnym sensie osią całego filmu. Są jak dwa bieguny jednej
osobowości, plus i minus, działają na siebie przyciągająco, ale również -
wzajemnie się niszczą. Już na samym początku ich znajomości widać, że
przeznaczeniem Kluchy jest być w cieniu Maxa i stać krok za nim: dość
wspomnieć scenę, gdy Max i Peggy kochają się w cieniu zasłonek, a na
pierwszym planie widać samotnie palącego papierosa, refleksyjnego Kluchę,
który przed chwilą niespecjalnie sie sprawdził jako kochanek. "Co ty byś
zrobił beze mnie" żartuje Max, gdy okazuje się, że "patent z solą" się
sprawdził, i ta uwaga, mimo swojej lekkości, okazuje się być niemal
prorocza. Max stanie się nieodzownym elementem życia Noodlesa. Z czasem
jednak zechce to wykorzystać. Nie na początku - w początkowej fazie
znajomości są do siebie podobni w przekonaniu, że nigdy nie zdradziliby
przyjaciela. Klucha nie odstąpił od tego nigdy. Ale w życiu Maxa następuje
moment, gdy zaczyna przyjmować ewentualność, że byłby w stanie poświęcić
przyjaciela, więcej, zupełnie naturalnie się z tym godzi. Można to zauważyć
wtedy, gdy bez mrugnięcia okiem słucha Frankiego, gdy ten nazywa Joego swoim
przyjacielem, niemal bratem, dla którego zrobiłby wszystko - a wie już
przecież, że Joe ma z polecenia Franka zginąć. Max akceptuje to, jako
wliczone w koszta. Noodles nie potrafi.
Znamienne jest to, że wszelkie profity spływają zawsze do rąk Maxa. Klucha
ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, Max czerpie jedynie korzyści. To Max
powiedział o Bugsym, że "kiedyś go zabije", i był rzeczywiście skłonny to
zrobić - ale spóźnił się o sekundy. Wyrok wykonał Klucha i to Klucha poszedł
za to do więzienia. Z biegiem lat cynizm Maxa urósł w siłę i nauczył się
wykorzystywać stałość i lojalność swojego przyjaciela. Przyjdzie taki
moment, gdy wykorzysta to bezwzględnie do końca. Co ich najbardziej różni?
Być może - ambicja. Max ma jeden cel - piąć się w górę. Zawsze chce mieć
więcej i zajść wyżej. Klucha poprzestaje na tym, co ma, i jest z tego
zadowolony, albo nawet - niewiele go to obchodzi. Bo wie, że tego, czego
pragnie najbardziej, nie osiągnie nigdy. Spokojna rezygnacja cechuje go
niemal cały czas. Tylko raz stracił panowanie nad sobą - gdy zginął Dominik,
i tylko raz widzimy, jak pozwala sobie na wzruszenie - kiedy jako stary już
człowiek ponownie przykłada oko do szczeliny, przez która zwykł był
podglądać tańczącą Deborah. Poza tymi chwilami patrzymy na człowieka, w
którym kiedyś coś pękło i którego już nic nie może uderzyć bardziej.
|
 |
Prawda jest taka, że Noodles był krok za Maxem jedynie pozornie. Żył w jego
cieniu, ale niezmącony spokój, odwaga i gotowość walki o to, w co wierzył
najbardziej - przyjaźń, dawały mu ogromną przewagę nad Maxem. A ten nie był
w stanie tego znieść. Dręczony wieczną potrzebą udowadniania sobie swojej
wartości, decyduje się pozostać okrutnym i cynicznym, by zasłonić własne
życiowe tchórzostwo. Zazdrości Klusze, bo on tego robić nie musi. Zazdrości
do tego stopnia, że postanawia go zniszczyć, odebrać mu wszystko, wydaje mu
się, że w końcu wygra w tej rywalizacji, że będzie lepszy, że wreszcie
przestanie czuć się pozbawionym odwagi i honoru kombinatorem. Mylił się.
UŚMIECH PO TRZYDZIESTU PIĘCIU LATACH
Kiedy Klucha decyduje się wsypać Maxa, żeby uchronić go przed tragicznymi
następstwami jego rojeń o napadzie stulecia, daje dowód, że w głębi duszy
wciąż jest tym samym człowiekiem, na którego rękach zmarł Dominik, że wciąż
to samo jest mu drogie. Chce uchronić przyjaciela i chce ponieść
odpowiedzialność razem z nim. "Gdzie ty, tam ja" mówi. Ale Max się zmienił.
On też miał plan, wykalkulowany na zimno, i zdołał oszukać wszystkich. Tak
jak niegdyś Frankie, tak teraz Max obejmuje swoich przyjaciół wiedząc, że
niedługo zginą. Ale dla Kluchy szykuje inny los. Psychologiczne aspekty
decyzji, by zostawić Kluchę przy życiu, wydają się bardzo złożone. Z jednej
strony Max uważa, że tylko jeśli upodli go i zniszczy, odniesie zwycięstwo,
na którym mu zależy - wreszcie będzie silniejszą stroną. Z drugiej naraża
się przecież na to, że jest świadek - a jeśli kiedyś zostanie przez tego
świadka rozpoznany i zdemaskowany? To ryzyko podejmuje z dwóch powodów, z
których każdy ma źródło w innych cechach jego osobowości. Po pierwsze: znał
Kluchę. Znał jego lojalność. Wiedział, że ta lojalność byłaby w stanie
znieść wszystko. Po drugie: podświadomie pragnął, by ktoś mu przeszkodził,
ukarał za to, że stał się kimś zdolnym do wybrania podobnej drogi.
Przyszłość pokazała, że miał rację co do Kluchy. Miał też zostać ukarany,
ale inaczej niż przewidywał.
Trzydzieści pięć lat Noodles żyje pod zmienionym nazwiskiem, pozbawiony
wszystkiego, co kiedyś miał - z woli najlepszego przyjaciela. Żyje dręczony
nieustannymi wyrzutami sumienia, że zawiódł, że nie był w stanie uchronić
Maxa przed nim samym, że nie zapobiegł śmierci swoich kumpli, że znowu
stracił to, co było dla niego najważniejsze. Max, Patsy, Cockeye i Deborah
to wspomnienia, dzięki którym zarówno cierpi, jak i potrafi iść dalej. Tylko
wspomnienia - nic więcej nie zostało. I nagle, jako stary już człowiek,
wraca do miasta, z którego kiedyś musiał uciekać, gdyż ktoś zapragnął go tam
sprowadzić w sobie tylko wiadomym celu. Ktoś, kto znał jego prawdziwą
tożsamość. Noodles rozpoczyna wędrówkę po najbardziej pamiętnych dla siebie
miejscach. Odwiedza Grubego Moe, oddaje mu klucz od zegara - ten sam, który
otwierał skrytkę w której złożyli kiedyś pierwsze samodzielnie zarobione
pieniądze. Zegar wskazuje za pięć dwunasta. Godzina ostatniej szansy, bo
rzeczywiście Noodles staje naprzeciw ostatniej szansy w swoim życiu. Idzie
na cmentarz, gdzie przeniesiono zwłoki Maxa, Zezowatego i Patsy'ego, i tam
ze zdumieniem czyta, iż to on sam jest fundatorem kaplicy, w której
spoczywają. Na tabliczce wisi klucz - a w skrytce, którą otwiera, jest
walizka pełna pieniędzy - "zaliczka na poczet następnego zlecenia".
Otrzymuje także tajemnicze zaproszenie na prywatną imprezę, którą w swojej
rezydencji na Long Island wyprawia bajecznie bogaty i bardzo wpływowy
polityk, senator Bailey, który, jak wynika z dzienników telewizyjnych,
został właśnie oskarżony o malwersacje i łapówkarstwo. W fundacji firmowanej
nazwiskiem Baileya spotyka Carol, dawną partnerkę Maxa, którą ten wiecznie
upokarzał i którą lekceważył, co jednak nigdy nie zmieniło jej uczuć do
niego. I właśnie dzięki tej wizycie jest w stanie powiązać tajemniczego
Baileya ze swoją przeszłością.
Co mogła poczuć Deborah, gdy po skończonym przedstawieniu spotkała w swojej
garderobie Kluchę? Zawsze była wyrachowana i okrutna, traktując i ludzi, i
świat z drapieżnym egoizmem - po to, jak mawiała, by coś osiągnąć, by dostać
się na szczyt. Krzywdy, jakie przez to wyrządziła, wliczała w kosztorys.
Wiele lat wcześniej Noodles zauważył, że ona i Max są do siebie podobni, i
dlatego tak się nienawidzą - i miał rację. Dostała się na szczyt, zrobiła
karierę, ale widząc Kluchę w drzwiach przeczuwa instynktownie, że przyszedł
czas, by za to zapłacić. Nie boi się - jest już stara i zmęczona na tyle, by
przyjąć to pogodnie. Zaczyna opowiadać Klusze o senatorze Baileyu, prosząc
go, by nie pozbawiał się wspomnień, żeby wyjechał i zapomniał o zaproszeniu.
Mówiąc, powoli zmywa sceniczny makijaż - ta scena symbolizuje podwójne
obnażenie, na które się decyduje, odsłania zarówno swoją postarzałą twarz,
jak i zgorzkniałe wnętrze. Nie odwiedzie Noodlesa od pojawienia się na tej
imprezie i wie o tym - tak jak on doskonale wiedział przychodząc do niej, że
od lat jest kochanką senatora. Deborah przeczuwa tragedię, przeczuwa koniec
wszystkiego, ale jednak gdy widzi Kluchę na progu rezydencji Baileya, jej
wzrok bardziej niż obawę i niepokój wyraża smutek i rezygnację.
Trzydzieści pięć lat wcześniej Noodles pochował Maxa. Godził się z tym przez
cały czas. Teraz, stojąc naprzeciwko senatora Baileya, wie już, że wreszcie
odnalazł spokój. Max, czy może raczej teraz - senator Bailey, tak jak
kiedyś, chce znowu zaplanować swoją śmierć, znowu zapanować nad
wydarzeniami. Jest skończony i wie o tym. Klucha ma mu odebrać życie, ma
dostać szansę na to, by odpłacić się za wszystko, czego doznał z winy Maxa.
Ale Klucha Maxa pochował już dawno, a człowiek, na którego patrzy, nie ma z
nim nic wspólnego. Nie czuje nienawiści, nie pragnie się mścić. Odmawia
przyjęcia tego ostatniego zlecenia i odchodzi. Trzydzieści pięć lat walki o
karierę, sławę i bogactwo niewiele zmieniły - Max nadal czuje, iż ten
niegdyś tak upokorzony człowiek ma nad nim przewagę, i rozumie, że nigdy nie
miał na to wpływu. Decyzję musi więc podjąć sam.
|
I
raz jeszcze Noodles, tym razem nieświadomie, daje dowód przyjaźni i
lojalności. To, co miało być w założeniu Maxa zemstą, jest aktem
miłosierdzia - odchodząc Noodles zmusił Maxa do tego, by podjął
decyzję nie wysługując się nikim, i dzieki temu miał szansę zachować
się z honorem, tak jak w zawsze w głebi duszy pragnął. Razem z
Kluchą obserwujemy pracującą śmieciarkę, na której widnieje liczba
35. Trzydzieści pięć lat, które teraz mogą już spokojnie odejść w
niepamięć. Każdy z bohaterów poniósł swoją karę i zapłacił za
decyzje, które podejmował. Wszystko jest już skończone. Nawet
ostateczne zwycięstwo Kluchy jest gorzkie, bo nic już mu nie
zostało, niczego już nie może oczekiwać. A jednak...ostatnia scena to promyk nadziei. Patrzymy znowu na
Kluchę w chińskim teatrze, gdzie poszedł wtedy, gdy zginęli jego
przyjaciele. Kamera powoli jedzie w górę i pokazuje ujęcie twarzy
Kluchy przez zasłonę z gazy - i w tym momencie, zupełnie
niespodziewanie, Noodles uśmiecha się. Ten uśmiech to absolutna
poezja kina, idealne wykończenie czterogodzinnego arcydzieła.
Uśmiech człowieka, który jest wolny. Tajemnica tego uśmiechu tkwi w
złudzeniu optycznym, jakiemu ulegamy z powodu warstwy gazy: Noodles
wygląda i młodo, i staro jednocześnie. Trzydzieści pięć lat, jak już
wcześniej zasugerowała scena ze śmieciarką, odeszło w niepamięć,
symbolicznie więc bohater powraca do punktu startowego, teraz już
spokojny i nieobciążony winą. To, co rządziło całym jego życiem, co
wyznaczało rytm, w jakim działał już w czasach dorastania na ulicy,
teraz przestało istnieć, a on po raz pierwszy jest naprawdę wolny.
Czy szczęśliwy? Tego już Leone nie dopowiada, ale można
przypuszczać, że raczej nie. Niemniej nadzieja, jaką tchnie ostatnia
scena, łagodzi nieco wyjątkowo gorzki wydźwięk filmu, ale przede
wszystkim - jest tak wyrazista, że niezapomniana. |
Powyższy szkic to tylko kilka impresji na temat dzieła Sergio Leone. Jak już
stwierdziłam na początku, analiza "Dawno temu w Ameryce" nie tylko mija się
z celem - ale także jest wręcz technicznie niewykonalna. Bogactwo treści,
archetypów i symboli, jakimi posługuje się Leone, pozwala niemal za każdym
razem odnaleźć w filmie coś nowego, odkrywczego, co nagle może zmienić
wydźwięk motywu, którego interpretacji byliśmy już pewni. Wysmakowany
psychologicznie, daje wiele możliwości oceny zachowań, postaw i czynów
bohaterów, w których dostrzega się wciąż nowe, dotąd przeoczone cechy, bądź
też dochodzi się do wniosku, że cechy jakie przypisywaliśmy im wcześniej są
nieistotne bądź nieobecne. Film, który wiecznie odsłania nowe twarze i który
zawiera dokładnie wszystko to, co zawsze pociągało mnie w kinie - chociaż
połączenie tego razem wydaje się niemożliwe. Leone tego dokonał, mając do
dyspozycji bardzo prostą historię gangsterską. Stworzył film, który mogę
określić tylko w jeden sposób - arcydzieło.
|