Wampiry – jedyni krwiopijcy gorsi od prawników, istoty fascynujące i
nieśmiertelne niczym kino. I choć są znacznie starsze od X muzy, podobnie jak
ona niezmiennie przyciągają ludzi na całym świecie. Nic więc dziwnego, że w
filmach pojawiają od zawsze i zawsze jest na nie popyt. Nie chcę się bawić w
rachunki, ale produkcji o dalekich krewniakach Batmana jest tak dużo, że można
chyba zaryzykować stwierdzenie, iż przynajmniej raz w roku możemy jakąś oglądać
na dużym ekranie. W ubiegłym atakowały aż pięciokrotnie, a to za sprawą kolejnej
odsłony sagi „Underworld”, adaptacji komiksu „30 dni mroku”, obu części
tandetnego „Zmierzchu” oraz – na razie jedynie festiwalowo – koreańskiego
„Pragnienia”. W tym roku zaczynają swój pochód od „Daybreakers – Świt”, którego
sam podtytuł zdaje się być niejaką odpowiedzią na „Zmierzch” (kolejne części już
w drodze). I rzeczywiście, nie ma tu blade-go Patiszona i mdłej Kristen Stewart,
jest za to intrygujący, acz wątły Ethan Hawke i urodziwa Claudia Karvan
(chwilami bardzo podobna do Leny Headey). Brak romansu dla małych dziewczynek i
skaczących po lesie kolesiów o aparycji Pudziana – jest za to rozwałka dla
dużych chłopców i Willem Dafoe dzierżący kuszę (Willem Tell?). Ale czy to
wystarcza?
Fabularnie film jest miksem dwóch pierwszych odsłon przygód czarnoskórego
pogromcy wampirów z neo-nową trylogią braci Wachowskich, z drobnym jeszcze
posmakiem wcześniejszych filmów gatunku, jak choćby „Vampires” Carpentera (które
zresztą czerpały z setki innych tytułów). Oto w niedalekiej przyszłości (tak
niedalekiej, że aż boli – gdy w jednej ze scen bohater rzuca cyferkami, to
przyszłość zamienia się w naszą przeszłość!) ludzkość pod wpływem tajemniczej
choroby (!) zostaje wywindowana na wyższy szczebel łańcucha pokarmowego. Ci,
którzy jakimś cudem nie dorobili się wydłużonych ‘trójek’ służą teraz za
codzienny dodatek do kawy, który można dostać w każdym Starbucksie. Co prawda
nie wszyscy popierają tą politykę (część przeszła na zwierzęcy „wegetarianizm”,
część na samossanie), ale cóż zrobić – blood must go on! Jednak nocni łowcy
wcale nie mają się z czego cieszyć – zasoby hodowlanych homo sapiens powoli się
kurczą, a skrywające się w świetle dnia niewielkie grupki ruchu oporu, to już
tylko magiczne 5% w corocznym raporcie urzędu statystycznego. I choć prowadzone
są badania nad substytutem krwi, to z każdą dobą coraz bliżej wampirom do
zagłady. I w tym właśnie miejscu, na skutek kilku okolicznościowych wypadków, do
pomocy wkraczają ludzie, którzy mają w rękawie... Elvisa.
|
 |
 |
|
Początek filmu przyjemnie mnie zaskoczył, gdyż spodziewałem się kolejnego
durnego akcyjniaka pod przykrywką cool historii. Ale bracia Spierig postawili na
atmosferę i powolne budowanie napięcia. Widzimy więc społeczność wampirów ich
oczami – codzienne życie, rutynę, przyjemności i frustracje (mnóstwo naprawdę
fajnych smaczków). I okazuje się, że ten świat niewiele różni się od ludzkiego –
oni pracują, jeżdżą metrem, mają zachowane struktury władzy i klasy społeczne, a
życie to dla nich wciąż stos problemów. A że toczy się ono jedynie nocą, wszyscy
mieszkańcy są nieśmiertelni i świecą im się oczy, a nad butelkę dobrego wina
przedkładają szklaneczkę świeżego Rh+? Też mi coś. I choć naprawdę przyjemnie
wchodzi się w to uniwersum (skromna refleksja nad obecnym stanem naszej
cywilizacji jest doprawdy trafna – pytanie co MY zrobimy, gdy skończy się
woda?), w którym cały czas unosi się fajny klimat zagrożenia i jednej wielkiej
niewiadomej, to paradoksalnie jest to pierwsza bolączka filmu. Wampiry są tu
bowiem zbyt jednolite, nijakie i sprowadzone do parteru. Żaden z nich nie lata,
nie ma nadludzkiej siły, szybkości i sprytu, czy choćby aury tajemniczości –
jedynie plastikowe zębiska i kontakty w oczach. Są zwyczajnie nijakie. W dodatku
każdy czegoś się boi, zamiast samemu napędzać stracha. A tym czymś jest
przeważnie kolejna noc w świecie bez perspektyw. Dupy, nie wampiry!
Drugą bolączką „Daybreakers” jest... druga połowa filmu, która zamienia się w...
kolejnego durnego akcyjniaka pod przykrywką cool historii. Co prawda napędzanie
wydarzeń akcją było jasne jak słońce, a i zrobione zostało naprawdę solidnie i
efektownie. Ale czemu od razu wkracza doń głupota, infantylizm, patos i – co
gorsza – łopatologia i przewidywalność? Niestety, mniej więcej od momentu, w
którym Hawke natyka się na Dafoe i ten drugi tłumaczy mu o co kaman w tej
szopce, cały potencjał spuszczony zostaje do kibla i z każdą minutą fabuła
zaczyna wirować coraz szybciej w złą stronę. To mógł być fajny, naprawdę niezły,
inteligentny film, który wniósłby coś nowego do tematu i pokazał w.w. tytułom
gdzie wampiry zimują. Niestety, wyszło jak zwykle, czyli nijako i kolejne
„zaskakujące” sceny spływają po nas jak po rynnie, a całość niezamierzenie
śmieszy i z lekka irytuje (szczególnie one-linery Dafoe i historyczne mądrości,
które co chwila ktoś serwuje; no i finał). Brakuje też jakiegoś pazura całej tej
historii i nie uświadczymy żadnej naprawdę porządnej, widowiskowej, zapadającej
w pamięć sekwencji (takową mogła być zasadzka na konwój ludzi – niestety, poza
kapitalnym oświetleniem nie ma w niej nic godnego uwagi).
|
 |
 |
|
Na szczęście film jest na tyle krótki, że raczej nie ma czasu na nudę. No i
technicznie prezentuje się naprawdę porządnie. Muzyka, zdjęcia, efekty,
scenografia czy nawet design stworów – to wszystko ze sobą współgra i robi
pozytywne wrażenie. Nawet aktorsko jest bardzo przyzwoicie, mimo iż sporo
postaci to potraktowane po macoszemu szkielety, odegrane półgębkiem przez tych
największych i bez ikry przez tych mniej znanych. Szkoda, naprawdę szkoda, że
zawiódł scenariusz, który był ponoć pisany dwa lata (co, biorąc pod uwagę
rozwiązanie głównego problemu, uznać można za kuriozum). Bracia reżyserzy chyba
nie za bardzo wiedzieli w jakim kierunku ostatecznie chcą się udać – choć może
rozwiną skrzydła w jakimś sequelu, do którego furteczka (a jakże!) została
uchylona. Generalnie polecał, ani odradzał nie będę – to nie jest zły film, ale
też i daleko mu do dzieła udanego. Miłośnicy hollywoodzkich fast-foodów, posoki
i kąsania w szyjkę z pewnością ustawią się w kolejce. Pozostali mogą ugryźć z
ciekawości lub spokojnie zapolować na kolejne wariacje – choćby na zbliżającą
się „Kołysankę” Machulskiego.
Na koniec jeszcze słówko o tytule, bo znowu, motyla noga, mamy pomieszanie z
poplątaniem. Skoro już „Daybreakers” (przyznaję, że nie najlepsze słówko do
tłumaczenia), to po co jeszcze „Świt” (który co prawda w filmie często się
pojawia, ale ma się nijak do fabuły)? Nie wystarczy jeden „Wieczny łowca” w
temacie? A skoro „Świt”, to co będzie dalej? „Łowcy – wczesny poranek”? „Strzyga
w Południe”? „Wieczór z wampirem”? Czy odtąd wszystkie filmy mające związek z
synami nocy będą odnosiły się do pory dnia? I czy naprawdę wszystkie produkcje z
nieprzetłumaczalnym tytułem będą miały polskie dopiski? Tylko naiwnie pytam, bo
pewnie i tak nic się nie zmieni.