Strona główna KMF


Ze słowem "Carmageddon" po raz pierwszy zetknąłem się podczas relacji z Gambleriady* - zapowiedź brutalnej gry przyjęła formę protestu, autor wypowiedzi podkreślił, że ów kontrowersyjny tytuł to przekroczenie pewnej granicy i zarazem prosta droga do eksploatowania najczarniejszych fragmentów historii, w formie gier wideo (jako przykład podał holokaust, czy ukrzyżowanie Chrystusa). Przysięgał, że podpali budynek wydawcy, który zdecyduje się na dystrybucję gry w naszym kraju, a całość zakończył zgrabnym cytatem z "Psów" Pasikowskiego. Pamiętam, że wtedy całkowicie się z taką postawą zgadzałem, bo tylko pozbawieni skrupułów ludzie potrafią wypuścić na rynek grę, której głównym celem jest rozjeżdżanie ludzi. Do czasu. Już po pierwszej sesji z "Carmageddonem" przekonałem się, że egzekucja Bogu ducha winnych przechodniów za pomocą samochodu, to świetna zabawa. Diabelnie.

Każdy samochód to potencjalna broń. Każdy przechodzień to potencjalne punkty.


Inspirowana filmem z 1975 roku gra, dzięki kontrowersyjnej formie rozgrywki błyskawicznie uzyskała rozgłos. Twórcy nie wysilili się zbytnio nad fabułą. Do wyścigu staje kilku szaleńców w specjalnie na tą okazję zmodyfikowanych pojazdach. Naturalnie wygrywa ten, który jako pierwszy dotrze do mety, ale... jest to absolutnie niemożliwe! Gracz rozpoczyna każdy wyścig ze skromnym zapasem czasu, a jego nieubłagany upływ popycha do brutalnego zdobywania punktów. Owe punkty, które przekładają się bezpośrednio na doliczany czas, uzyskuje się na kilka interesujących sposobów. Dopuszczalne, a nawet wskazane, są akty agresji wymierzone w innych zawodników. Uderzenia ze wszystkich stron, zepchnięcia z mostu, czy też wpychanie ich na miny to normalne zachowanie już w pierwszej minucie wyścigu. Rywala można totalnie zmaltretować, tym samym eliminując go z wyścigu, a po zawodach odkupić i wyreperować wrak, który uzupełni luki w makabrycznym garażu. Bardziej kontrowersyjnym pomysłem na zdobywanie cennych sekund jest eliminacja przechodniów; kobiety, mężczyźni, a nawet zwierzęta wpadają w panikę na widok rozpędzonego pojazdu, ale nie mają żadnych szans z krwiożerczym kierowcą. Czarę dopełniają wysoko punktowane kombinacje nagradzające przejechanie kilku ludzi pod rząd, oraz szeroko pojętą spektakularność. Świetne połączenie demolki i masakry (na każdej planszy znajduje się przeważnie ponad trzystu ludzi, grubo ponad połowa nie dożywa ostatniej sekundy wyścigu) dopełniał fantastyczny design zarówno pojazdów, jak i miejscówek, o rewelacyjnym soundtracku w wykonaniu Fear Factory nie wspominając. Znakomity silnik graficzny i model zachowania pojazdu zachwycały graczy, ale cenzorzy nie mogli spać po nocach - gra doczekała się szeregu ograniczeń. Obcinano intro, przechodniów zastąpili zombie, a w niemieckiej wersji po ulicach spacerowały roboty**. To oczywiście żadna przeszkoda dla graczy, bo wystarczyło zainstalować małą łatkę, która przywracała właściwy stan rzeczy; podobnie było zresztą z drugą częścią. "Carmageddon 2", sygnowany dopiskiem "Carpocalypse Now", to klasyczny sequel, czyli więcej i lepiej. Poprawie uległa zarówno oprawa graficzna (upowszechniły się akceleratory grafiki) jak i model fizyczny - oprócz nowych pojazdów pojawiły się całkiem nowe areny. Wizyta w Wiosce Alpejskiej pozwoliła na nowo zdefiniować termin "białe szaleństwo", a gdy innym razem trasa przebiegała przez lunapark, nie było mowy o wesołym miasteczku. Podtytuł trzeciej części to "Death Race 2000", bezpośrednie nawiązanie do filmu, choć mimo ogromnej liczby podobieństw, gra nie była produktem licencjonowanym***. Niestety formuła się wyczerpała, podniesiono poziom trudności, dodano bzdurną, postapokaliptyczną fabułę, a wyścigi przeplatały się z irytującymi misjami. Dziś seria umarła, a ostatnia próba reanimacji nie udała się.




Sam film opowiada historię, która dla jednych będzie kolejnym przykładem buntu uciskanych jednostek, a dla innych to tylko preludium do jatki na ulicy. Po katastrofie ekonomicznej w '74, Stany Zjednoczone nigdy się nie otrząsnęły, coroczną rozrywkę stanowi rajd przez cały kontynent. Krwawe zawody nie są aprobowane przez rebeliantów, których tutaj symbolizuje banda idiotów pod dowództwem rządzącej twardą ręką mamusi. W wyścigu udział bierze Frankenstein (Carradine), zamaskowany weteran i ulubieniec tłumów. Joe "Machine Gun" Viterbo (Stallone) to gangster i zarazem główny rywal faworyta wyścigu. Pozostali rajdowcy stanowią tło do pojedynku pomiędzy nimi, ale to także interesujące postacie. Podczas kilkudniowego wyścigu widać jak na dłoni, że część społeczeństwa chce aktywnie brać udział w zawodach. Pielęgniarki z radością zostawiają niepełnosprawnych na ulicy, bo szczęśliwie w czasie trwania wyścigu wypadł narodowy dzień eutanazji. Ignoranci słono płacą za niewiedzę o rozgrywających się w ich okolicy wyścigach, nie wszyscy kibice wrócą o własnych siłach do domu, a nawet serwisanci w boksach nie mogą czuć się bezpieczni, bo nigdy nie wiadomo czy jeden z zawodników nie zechce nabić sobie dodatkowych punktów. Jak w każdej dyscyplinie i tutaj obowiązuje punktacja, najmniej warci są dorośli mężczyźni, nieco więcej kobiety, a za eliminację ludzi starszych państwo płaci ekstra. Wyścig bywa zakłócany przez wspomnianych wyżej rebeliantów, ale ich nieudolne działania niemal zawsze skazane są na niepowodzenie.

W roku 2000 potrącenie pieszego nie jest przestępstwem. To sport narodowy.


Niestety film jest dosyć nierówny, od początku zapowiada się ostra walka, ale gdy dochodzi do samego wyścigu - emocje opadają. Oczywiście nie spodziewałem się festiwalu destrukcji rodem z gry, kilkunastominutowe starcia na zamkniętym terenie to nie to samo co trwający kilka dni rajd przez całe stany, na dodatek film jest dosyć stary i nie ma co liczyć na intensywne starcia porażające dynamiką. Nie dziwię się, że okolica którą przemierzają zawodnicy jest wyludniona, w końcu nie każdy chce zobaczyć "sportowców" na żywo, tym bardziej że właśnie na takich gapiach zarabiają oni najwięcej punktów. Nieco zawodzą pojazdy - wyglądają nieźle, ale nieco kiczowato - widać, że kolce oraz inne akcesoria są zrobione z plastiku a nie metalu, który zapewniłby stuprocentową skuteczność. ;) Krew to niemal czerwona farba plakatowa, a sekwencje zdobywania punktów są zmontowane w zabawny sposób, choć w 1974 roku pewnie szokowały. Wraz z upływem czasu, widz zaczyna się nudzić, kierowcy zdecydowanie za długo odpoczywają pomiędzy kolejnymi etapami, a i podczas wyścigu za dużo rozmawiają ze swoimi nawigatorami. Nie żebym miał coś przeciwko dialogom w filmach, ale te w "Death Race 2000" bywają wyjątkowo nudne, potrafią zepsuć nawet ciekawą scenę jaką jest zdemaskowanie Frankensteina.




Brutalny obraz Paula Bartela ma na szczęście kilka plusów. Fani gry na pewno nie raz zaklaszczą widząc pojazdy w akcji, choć o porównywalnym poziomie rozwałki naturalnie nie ma mowy. Film jest momentami śmieszny i chyba taki miał być, bo nie da się tej historii opowiedzieć na poważnie; tak więc miłośnicy czarnego humoru dosyć niskich lotów powinni być usatysfakcjonowani. Sekcję zalet niech zamknie świetna scena z rękawiczką, podczas której nawet ksiądz roześmiałby się na całe gardło. Jakiś czas temu, w sieci pojawiła się informacja o remake'u, którego reżyserią miałby zająć się Paul Anderson****. Producentem i zarazem odtwórcą głównej roli miał zostać Tom Cruise, a w planach było wciągnięcie do obsady samego Sly'a. "Death Race 3000" nie doczekał się realizacji i obecnie przekładany jest z roku na rok. Ciekawi mnie, czy nakręcony jeszcze raz film byłby podobny do pierwowzoru, czy raczej do gry. Tego pewnie się nie dowiemy, choć ostatnio nie ma miesiąca żeby nie wyświetlano w kinach jakiegoś remake'u.


*   Targi gier odbywające się niegdyś w Warszawie, umarły razem z Gamblerem.
**   Niemcy słyną z surowego traktowania przemocy w grach wideo - gdy wydana została druga część uznano, że zombie bądź roboty to za mało i rolę przechodniów spełniali niehumanoidalni obcy.
***   W branży gier to nie nowość - wystarczy wspomnieć o "Alien Breed: Tower Assault", który był jawną kalką dosłownie wszystkiego z "Aliens" Camerona.
****   Z tym wiąże się pewna ciekawostka: w swoim debiucie Anderson zilustrował pojedynek pomiędzy Scorpionem a Cagem rewelacyjnym utworem "Zero Signal" Fear Factory - ten sam kawałek rozbrzmiewa w intro do pierwszej części gry.



WYŚCIG ŚMIERCI

Tytuł oryginalny: Death Race 2000
Rok produkcji: 1975
Kraj: USA
Czas trwania: 79 minut

Reżyseria: Paul Bartel
Scenariusz: Robert Thom, Charles Griffith
Według opowiadania: Ib Melchior
Zdjęcia: Tak Fujimoto
Muzyka: Paul Chihara

Obsada:
David Carradine   .....Frankenstein
Sylvester Stallone   .....Joe Viterbo
Simone Griffeth   .....Annie Smith
Mary Woronov   .....Calamity Jane
Roberta Collins   .....Matilda the Hun
Martin Kove   .....Nero the Hero


Wyślij e-mail Autor recenzji, gościnnie:
Dawid Karpiński - DR_BAKIER
Klub Miłośników Filmu
24.06.2006