Strona główna KMF


Czy mieliście kiedyś takie dziwne wrażenie jakby... jakby miejsce, w którym właśnie jesteście było wam znane, chociaż zdawaliście sobie sprawę, że nigdy tam nie byliście? Czy kiedykolwiek czyjaś twarz wydała wam się na tyle znajoma, iż moglibyście przysiąc, że już ją kiedyś widzieliście, a okazało się, że przez całe życie dzieliły was setki kilometrów? Czy przeszyło was kiedyś niepokojąco realne wrażenie doświadczania czegoś po raz kolejny, kiedy jeszcze chwilę wcześniej wydawało się to ekscytującą nowością? Przypuszczam, że większość czytelników wie o czym piszę i zna to dziwne uczucie, które fachowo określa się mianem "deja vu" (z francuskiego "już widziane"). Fenomen ten był już wielokrotnie wykorzystywany i analizowany w filmach, a teorii wyjaśniających czym tak naprawdę "deja vu" jest, powstało nie mniej niż samych produkcji zajmujących się tym tematem. Najnowszy obraz Tony'ego Scotta proponuje kolejną, bardzo nieprawdopodobną w swoim założeniu - taką, której jeszcze nikt wcześniej nie pokazał.




Sam nie wiem od czego najlepiej by tu zacząć. Najnowszy obraz Tony'ego Scotta jest filmem dobrym, o ile takie stwierdzenie jeszcze przejdzie w tekście filmowym. Chociaż "dobry" to chyba jednak niewłaściwe określenie tego, co przygotował reżyser. Bo "Deja vu" to efektowny zlepek tak gatunków, jak i ciekawych rozwiązań, który zostaje podany jako typowa rozrywka, ale ma do zaoferowania coś więcej. Sam nie wiem jak to wyjaśnić - widzieliście kiedyś film, którego kawałki przypominały jakieś inne produkcje, ale jako całość stanowił historię, która była absolutną nowością? Przypuszczam, że większość czytelników wie o czym piszę i zna to dziwne uczucie. To właśnie "Deja vu" - całościowy efekt, a nie suma poszczególnych elementów. Ale przede wszystkim, to fantastyczna wizja twórcy, który ostatnio niemiłosiernie bawił się warstwą wizualną swoich filmów, opanowując dzięki temu tę stronę filmowego rzemiosła. Tony Scott proponuje widzowi masę niesamowitych i nieszablonowych rozwiązań rodem z podrzędnego science-fiction, lecz czyni to na tyle efektownie, że odwraca uwagę od naciąganych fundamentów swojego pomysłu i na tyle efektywnie, że kupujemy tę konwencję w okamgnieniu. Scott zostawił wreszcie swoje zabawki w domu i skupił się tym razem na opowiadanej historii, co wcale nie oznacza, że jego najnowszy obraz nie jest fascynującą wizualnie akcją. Deja vu - fenomen ten juz wielokrotnie był wykorzystywany i analizowany w filmach, a wersji wyjaśniających czym tak naprawdę jest było wiele, lecz żadna nie ukazywała tego dziwnego uczucia jako efektu bycia obserwowanym z przyszłości. Tony Scott stworzył iluzję, która balansuje na granicy wiarygodności, lecz dzięki fascynującej stronie wizualnej potrafi utrzymać ją do samego końca.


Duża w tym zasługa aktorów - Washingtona, Kilmera, Goldberga i Caviezela, bez których Scott byłby jak dziecko we mgle, a jego projekt wpadłby w pułapkę swojej naiwności. Wszyscy wymienieni panowie dostosowują swoje kreacje do potrzeb konwencji, w której czują się wyśmienicie, a wszystko łączy w jedną, spójną całość, grający pierwsze skrzypce Denzel Washington. To przede wszystkim jego dystans do roli i sposób w jaki skonstruował swoją postać, pomagają Scottowi utrzymywać w działaniu rzucone na widza zaklęcie. To właśnie interakcje między głównymi bohaterami nadają "Deja vu" tempa, humoru i jako-takiej wiarygodności, której film potrzebuje, aby rozwinąć w pełni planowaną historię. A jest co rozwijać, bo linia fabularna ukazująca to dziwne uczucie jako efekt bycia obserwowanym z przyszłości, potrzebuje wszelkich możliwych środków, aby widza zainteresować, a nie rozbawić. Dlatego też zalecam szczególne zwrócenie uwagi na grę aktorów - na ich interakcje, gesty, mimikę i pojedyncze słowa. Jasnym jest, że gdyby przyjrzeć się filmowi przez szkło powiększające, to pewnie cala historia zamieniłaby się w coś na kształt sera szwajcarskiego, ale to nie o to przecież chodzi. Tony Scott stworzył iluzję, która balansuje na granicy wiarygodności, lecz wymaga także czegoś od widza, aby utrzymać ją do samego końca.




Początkowo ekipa miała problemy z wyborem lokacji do kręcenia, ponieważ Nowy Orlean został spustoszony przez huragan Katrina. Lecz kiedy znaleziono już miejsce zastępcze, Scott postanowił jednak osadzić akcję w podnoszącym się po tragedii, zdewastowanym mieście. Facet dobrze wiedział co robi, bo poprzez tę decyzję nadał swojemu filmowi potężny, emocjonalny wydźwięk, dzięki któremu mógł rozwinąć kilka planowanych motywów fabuły. Scott zostawił wreszcie swoje zabawki w domu i skupił się tym razem na opowiadanej historii. Jej punktem wyjściowym jest moment wysadzenia w powietrze promu z ponad 500 osobami na pokładzie - wracającymi zwycięsko z walki ze skutkami huraganu marynarzami oraz ich rodzinami. Wstrząsająca tragedia staje się sprawą priorytetową - jej rozwiązanie ma być symbolicznym zwycięstwem amerykańskich wartości i ducha. Powołana zostaje specjalna grupa FBI, która ma dostęp do najnowocześniejszych technologii - w tym dosyć nadzwyczajną możliwość oglądania obrazów sprzed dokładnie 4 dni i 6 godzin - wgląd w przeszłość. Do wspomnianej grupy dołącza agent specjalny Departamentu Sprawiedliwości, który zainteresował się sprawą po znalezieniu zwłok młodej dziewczyny. To, co z początku zdaje się kolejnym sprawnie zrobionym filmem akcji, wraz z czasem i kolejnymi pościgami oraz wybuchami, zaczyna iść w dość niespodziewanym kierunku. Bo Tony Scott na równi z odpowiedziami na pytania kto, dlaczego i po co, skupił się na kilku innych, niewypowiedzianych.




Bo pomimo całej efektownej otoczki, wszystkich wymyślnych scenografii i perfekcji technicznej wykonania, "Deja vu" wyraża żal za człowiekiem, za istotą ludzką, która zginęła zbyt wcześnie, zbyt młodo. I jest to najbardziej zaskakujący aspekt filmu Scotta - właśnie to uczucie, ten nieopisany smutek po ludziach, którzy zostali brutalnie pozbawieni życia przez siły natury czy głupotę człowieka, ten ściskający za gardło żal po ludziach, którzy mogli coś zmienić. Przewija się przez cały film w sposobie, w jaki reżyser go prowadzi, w wizualnej stylizacji obrazu, a przede wszystkim w grze aktorów - ich interakcjach, gestach, mimice i pojedynczych słowach. Dedykacja zawarta na końcu mówi sama za siebie - dla ofiar huraganu Katrina. Dla tych wszystkich, którzy niepotrzebnie odeszli. Wstrząsająca tragedia zawsze zbyt późno staje się odskocznią dla wielu pytań. Ażeby nadać jeszcze bardziej emocjonalnego tonu swojemu najnowszemu obrazowi, Scott stawia równocześnie delikatne zapytanie o istotę patriotyzmu w naszych czasach - jego postaci, znaczenia i granic. Czy to stan ducha czy czyny, a jeśli to drugie, to czy zawsze usprawiedliwione. Nie dostajemy żadnej odpowiedzi - patetycznie to określając, musimy ja znaleźć w sobie.


Sam nie wiem, na czym najlepiej by tu zakończyć. Wszystkie elementy zawarte w filmie stanowią efektowny zlepek tak gatunków, jak i ciekawych rozwiązań, który zostaje podany jako typowa rozrywka, ale ma do zaoferowania coś więcej. Przedstawia obraz niespokojny i pesymistyczny, obraz w którym nie ma miejsca na chwałę czy radość ze zwycięstwa. Jedynie na gorzki uśmiech i ironiczną końcówkę (zaskakującą, w przeciwieństwie do reszty filmu). Jak mówi główny bohater - "nieważne co zrobisz, zawsze coś tracisz" - ratując 500 osób, ginie jednostka. Kto ma prawo decydować? Ostatecznie to właśnie to uważam za największy atut filmu Scotta, bo dzięki temu "Deja vu" nabiera zupełnie nowego znaczenia. Tony Scott to jeden z niewielu żyjących reżyserów, którzy potrafią połączyć efektowną rozrywkę z głębszym podtekstem. Zapewne dla wielu widzów film będzie jedynie mniej lub bardziej udanym akcyjniakiem, lecz dla mnie jest to obraz, który pomimo bycia typowym kinem akcji - szybkim, głośnym i efektownym - skłania do refleksji nad kondycją naszego świata, jak również do swoistego sentymentu. I to przede wszystkim zostało mi po najnowszym obrazie Tony'ego Scotta. Nie wgniatający w ziemię podwójny pościg na dzielonym ekranie, nie kolejna wersja wyjaśniająca fenomen deja vu. Czy się to zauważy czy nie, to juz inna kwestia, ale pewnym jest, że Tony Scott to jeden z niewielu żyjących reżyserów, który robi filmy będące dla każdego czymś innym.





Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 128 minut

Reżyseria: Tony Scott
Scenariusz: Bill Marsilii, Terry Rossio
Zdjęcia: Paul Cameron
Muzyka: Harry Gregson-Williams

Obsada:
Denzel Washington   .....Doug Carlin
Paula Patton   .....Claire Kuchever
Val Kilmer   .....Andrew Pryzwarra
Jim Caviezel   .....Carroll Oerstadt
Adam Goldberg   .....Denny
Bruce Greenwood   .....Jack McCready


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF
Klub Miłośników Filmu
04.01.2007