Strona główna KMF
        
Stallone VS. Snipes
czyli...
Na wariata potrzebny drugi wariat


Zaczyna się film, oko kamery pokazuje nocną panoramę miasta nad którym unoszą się gdzieniegdzie żywe płomienie ognia. Pojawia się napis informujący, że to Los Angeles roku 1996 - jako żywo przypomina to pierwsze sekundy dzieła Ridleya Scotta, słynnego "Blade Runner" i nie jest to ostatnie odniesienie do wcześniejszych dokonań X muzy, jakie w swoim reżyserskim debiucie zawarł Marco Brambilla. "Demolition Man", kalecznie tłumaczony w Polsce jako "Człowiek Demolka" (znacznie lepiej pasował "Niszczyciel" - ówczesne tłumaczenie pirackie) to jednak przede wszystkim nieźle pomyślane kino akcji, rozwałka w starym dobrym stylu, pozbawiona jakichkolwiek ingerencji komputerowych. Film z akcją osadzoną w latach 40-tych XXI wieku, z bardzo sugestywnym światem przedstawionym; po ulicach jeżdżą wszak futurystyczne pojazdy, nowoczesna architektura budynków i stylistyka wnętrz uwiarygodnia miejsce i czas - San Angeles roku 2032, a przyszłościowe trendy mody dopełniają iluzji, że właśnie wraz z bohaterami przenieśliśmy się o 40 lat wprzód. Nie da się bowiem nie zwrócić uwagi na stroje, będące w większości mieszaniną szat mnicha, togi i wreszcie kimona; w jednym z ujęć w gabinecie Dr. Cocteau pojawia się zresztą na chwilę Japonka, która stawia kropkę nad i, gdy widz trafnie kojarzy ubiory z naleciałościami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Stroje, ubiory, ciuchy... "Demolition Man" to rzadki przykład kina akcji, w którym odzienie pełni jedną z najważniejszych funkcji (doprawdy dziwi brak choćby nominacji do Oscara w kategorii "Najlepsze kostiumy") i choć mundury policji przyszłości są elegancko skrojone i wyglądają na bohaterach po prostu dobrze, to pierwsze skrzypce gra tutaj to, co nosi na sobie Wesley Snipes.
Ten czarnoskóry aktor (znany choćby z trylogii "Blade", czy ze wspomnianego przez Willa Smitha i Martina Lawrence'a "Pasażera 57") w "Demolition Man" stworzył niezapomnianą postać maniaka-szaleńca-psychopaty-mordercy-terrorysty, która zdecydowanie przyćmiła Johna Spartana, granego przez będącego wówczas u schyłku wielkiej sławy Sylvestra Stallone. To, że Simon Phoenix jest postacią bardzo barwną i charakterystyczną, można zawdzięczać ogromnej charyzmie którą na ekranie emanuje przez cały czas Wesley Snipes, kreując psychola nieobliczalnego, rozwrzeszczanego i pewnego siebie. W stworzeniu tej niezwykłej, charakterystycznej roli, z pewnością pomogła Snipesowi zmiana koloru włosów na tleniony blond, a także kolorowe, wyszukane i odróżniające go od tłumu ubrania; kurtki w żółto-czarną kratę, spodnie ogrodniczki + wściekle pomarańczowy T-Shirt, czy w końcu masywnie wyglądająca niby-zbroja, zdobyta przez Phoenixa podczas pierwszej wizyty w 'kanałach'. Postać Simona Phoenixa jest zgrabnie dokreślona przez elektroniczną, miejscami niesamowicie zakręconą muzykę Eliotta Goldenthala. Wygrywane na syntezatorach rwane urywki nieskładnej (pozornie) partytury, znakomicie ilustrują scenę walki Phoenixa z policjantami przy budce 'informacyjnej', gdzie dźwięki muzyki zdają się być posłuszne ruchom i ciosom czarnego charakteru, który tworzy z dźwiękiem i muzyką, spójną, zsynchronizowaną całość. Choć zatem Sylvester Stallone zagrał tytułową rolę dość interesująco, bo z dystansem do własnego ekranowego wizerunku i wtłoczył w nią sporą dawkę sympatycznej autoironii (umiejętność szydełkowania ;), to Snipes bezczelnie i w całkiem wdzięczny sposób ukradł mu film sprzed nosa, rezerwując dla siebie niemal wszystkie najlepsze 'one linery' jakie można usłyszeć podczas seansu: "Czy tu jest zimno, czy tylko mi się zdaje?", "Simon mówi...", "Zgubiłbym głowę gdyby nie była przymocowana" i inne (*), dla Stallone'a zostawiając tylko jeden znakomity jednoliniowiec, który jego bohater mógł wygłosić w biurze Dr. Cocteu, a który brzmiał "Be Fuck!", stanowiąc odpowiedź na grzeczne "Be Well" ;) Na tle głównych bohaterów dość blado wypadła przez to Sandra Bullock ze swoimi kulawo deklamowanymi ciętymi tekstami z XX wieku, które w jej ustach stawały się niezamierzoną parodią samych siebie. Wróćmy już do Stallone i Snipesa; choć Phoenix wygrał ze Spartanem na punkty w kategorii 'Najlepszy ubiór' i 'Najlepsze teksty', to zupełnie odmienny wynik miało starcie aktorów na kartach scenariusza, ale to oczywiste, że Sylvester Stallone musiał wygrać, uciekając z miejsca obowiązkowej, wielkiej eksplozji, ze standardowym okrzykiem na ustach, demolując w ten sposób olbrzymie budynki. Terenem walki dwóch ekranowych antagonistów jest początkowo Los Angeles końca XX wieku, gdzie obydwaj trafiają 'za karę' do więziennej komory kriogenicznej; jeden za działalność terrorystyczną, drugi za błąd w sztuce, tak zwany 'collateral damage', straty uboczne poniesione w wyniku polowania na Phoenixa. Sam pomysł na mroźne więzienie był strzałem w dziesiątkę, a odmrożenie tyłków naszych bohaterów 40 lat później dało znakomite pole do ukazania człowieka nam współczesnego w świecie przyszłości, jego zagubienia i dezorientacji wśród nowych, sztywnych i bardzo konserwatywnych (i naiwnych) zasad. W rzeczywistości lalusiowato-cukierkowej, wśród bezdotykowych pozdrowień, sexu bez penetracji, w czasach gdy najbardziej emocjonującym zadaniem dla skostniałych sił policyjnych jest walka z grafficiarzami, a marzeniem elit rządzących stworzenie utopii... w tych spokojnych, grzecznych i pozbawionych przemocy okolicznościach, niczym słoń w składzie porcelany, budzi się największy łotr XX wieku Simon Phoenix, a w chwilę po nim mega mężny stróż prawa John Spartan. Demolka przyszłości może się rozpocząć!
W 'obecne' czasy wprowadza Spartana niejaka Lenina Huxley (w tej roli Sandra Bullock - nie wiedzieć czemu nominowana za tę rolę do "Złotej Maliny"), młoda, nieopierzona, narwana policjantka żyjąca myślami o XX wieku, szukająca akcji i porządnej dawki adrenaliny, jakiej nie może dać egzekwowanie mandatu za używanie brzydkich wyrazów. Gabinet Leniny zawalony jest reliktami przeszłości; na ścianie wisi plakat "Zabójczej broni 3" (która powstała na rok przed "Demolition Man" i była dziełem tego samego producenta - Joela Silvera), a na półce stoi niewielka figurka Jokera z "Batmana". W zbiorach Leniny Huxley znajdują się także kasety Video z programów telewizyjnych z XX wieku, wśród których czołowe miejsce zajmują reportaże z akcji i 'po akcjach'... Johna Spartana, którego zagorzałą wielbicielką okazuje się nasza dzielna policjantka. Warto tu wspomnieć, że na fragmencie filmu z przeszłości, John Spartan-Sylvester Stallone ma długie włosy - dokładnie taką samą fryzurę nosił w trylogii "Rambo" - sympatyczny ukłon w stronę przeszłości aktora ;) Poza wieloma wspomnieniami przeszłości (Lenina Huxley chwali się, że walczyć nauczyła się z filmów Jackie Chana) znalazł się też w "Demolition Man" proroczy dialog, dotyczący biblioteki im. Prezydenta Schwarzeneggera i wyjaśnienie, że na początku XXI wieku wprowadzono 61 poprawkę do Konstytucji USA, która umożliwiła osobom nie urodzonym w USA, objęcie najwyższej funkcji w tym kraju. W rzeczywistości Arnold Schwarzenegger jest obecnie Gubernatorem Kaliforni, a coraz głośniej mówi się o wprowadzeniu poprawki do Konstytucji, aby mógł zostać Prezydentem najpotężniejszego kraju świata ;) Skąd w ogóle w "Demolition Man" wzięła się rozmowa na temat akurat Schwarzeneggera? Otóż jest to swoista filmowa gra, w jaką Sylvester i Arnold zaczęli grać, wprowadzając do swoich filmów humorystyczne wstawki dotyczące kolegi, albo autoironiczne teksty czy sceny dotyczące samych siebie. Schwarzenegger znacznie częściej naigrywał się i nawiązywał do Stallone (parsknięcie śmiechem na widok plakatu ze Stallone w "Bliźniakach", poprzez twarz Stallone na billboardzie reklamowym "Terminatora 2" w "The last action hero", na tekście 'Wyszłam za Rambo', wypowiedzianym przez Jamie Lee Curtis w "True Lies" kończąc), Stallone nawiązał natomiast do swojej roli "Rambo" w "Tango & Cash", tekstem 'Rambo to mięczak', a do Schwarzeneggera właśnie w "Demolition Man" wspomnianą wyżej rozmową o Bibliotece, oraz sposobem przeładowywania granatnika, który wyraźnie zapożyczył z powstałego 2 lata wcześniej "Terminatora 2". Wracając do obsady, tę w "Demolition Man" zasilił Jesse Ventura (to ten łysy drab z brodą, który ostatecznie zabija Dr. Cocteau), znany z ról w "Predatorze" i "Uciekinierze" (obydwa filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem - jaki ten filmowy świat mały ;), a w jednej z ról policjantów wystąpił Rob Schneider, który 'kilka lat później stworzył' (hehe, tekst jak z "Powrotu do przyszłości" ;) z Sylvestrem Stallone pocieszny duet w filmie "Sędzia Dredd". Wracając do rozmowy Johna Spartana z Leniną Huxley (zawsze gdy oglądam "Demolition Man" wydaje mi się, że okaże się ona córką Spartana ;), ma ona miejsce w samochodzie, podczas jazdy na kolację w PIZZY HUT (**) - według tłumaczenia Leniny, to jedyna sieć restauracji która przetrwała Wojnę Ajentów ;) Drugim przykładem sprytnego i nie nachalnego product placement w "Człowieku Demolce" (eh, ten niefortunny polski tytuł) jest firma Oldsmobile; najpierw bohaterowie oglądają model z roku 1970, stojący w podziemiach gdzie ukrywają się rewolucjoniści, by po chwili wyjechać nim na powierzchnię, przy okazji rozwalając okazały lokal, który okazuje się oczywiście... salonem sprzedaży samochodów Oldsmobile. I jeszcze jeden przykład product placementu - firma Marlboro (w dzisiejszych, do znudzenia poprawnych politycznie czasach ten numer by nie przeszedł) której wyroby pali Simon Phoenix. Bohater pozytywny, John Spartan, po przebudzeniu także prosi o... Marlboro, używając określenia 'papieros' dopiero w chwili, gdy spotyka się z niezrozumieniem otoczenia.
Ten nietuzinkowy, pomysłowy i bardzo przyjemny w odbiorze film z doborową obsadą, nawałem filmowych cytatów i odniesień, z mnóstwem akcji i humoru, pozostaje do dziś obrazem troszkę niedocenionym. A szkoda, bo oferuje 110 minut doskonałej rozrywki na wysokim poziomie, a biorąc pod uwagę fakt, że jest dziełem reżyserskiego debiutanta, który nie przeląkł się pracy z takimi tuzami kina akcji jak Stallone czy Snipes, należą się dodatkowe brawa, za nie zmarnowanie szansy.

* Podczas rozmrażania więźniów, komputer ogłasza rozmrożenie niejakiego Jeffreya Dahmera - na co Simon Phoenix żywo reaguje słowami: ""I love that guy!" Pierwotnie scena ta nie weszła do filmu, gdyż imię i nazwisko Jeffrey Dahmer zostało pożyczone od prawdziwego więźnia, króry przed premierą "Demolition Man" zmarł w prawdziwym więzieniu, przez co tekst wygłoszany przez Phoenixa stał się nieco... nietaktowny. Na obecnym wydaniu DVD, nazwisko Jeffreya Dahmera już oczywiście pada, tak samo jak 'miłosne' wyznanie Phoenixa ;)

** Taco Bell VS Pizza hut
W wersji amerykańskiej filmu, kolacja na którą John Spartan zaproszony został przez Dr. Cocteau, miała miejsce w restauracji TACO BELL (wczesne kopie "Demoliton Man" w Polsce również zawierały sceny z TACO BELL) - i wokół tej restauracji obracała się rozmowa Spartana z Leniną. PIZZA HUT trafiła natomiast do wersji filmu puszczonej na Europę. Powód był bardzo prosty, gdy bowiem PIZZA HUT powoli podbijała rynki Europejskich fast-foodów, jadłodajnia TACO BELL pozostawała dla Europejczyków zupełnie nieznana. Na skutek tych marketingowo-reklamowych zabiegów, film "Demolition Man" musiał mieć dwie ścieżki dialogowe (dotyczące rozmowy o 'Restauracji która przetrwała Wojnę Ajentów'), oraz alternatywnie nakręcone sceny w których widać było logo restauracji. Przez to całe zamieszanie, w europejskiej wersji filmu wydanej na DVD (również w Polsce) znalazła się zabawna wpadka; w scenie gdy Lenina i inni goście chcąc wyjść z restauracji idą wzdłuż okna w kierunku drzwi, na szybie naklejone jest logo PIZZA HUT, jednak po cięciu montażowym (gdy kamera wraca do walczącego z Rebeliantami Spartana) na szybie można zobaczyć przez chwilę logo... TACO BELL ;)



CZŁOWIEK DEMOLKA

Tytuł oryginalny: DEMOLITION MAN
Tytuł polski: Człowiek Demolka
Gatunek: Science Fiction
Rok prod: 1993 USA
Czas trwania: 110 min
Reżyseria: Marco Brambilla
Scenariusz: Peter M. Lenkov
Muzyka: Elliot Goldenthal
Obsada:Sylvester Stallone,
Wesley Snipes,
Sandra Bullock


e-mail
Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX

Klub Miłośników Filmu, 01.02.2005