UWAGA!
spoilery pierwszego sezonu w siódmym akapicie od końca!
Dobrze ubrany mężczyzna żegna się ze znajomymi i rusza w stronę samochodu. Oprócz pokaźnej sumy, na koncie ma również śmierć trzech małych chłopców. Jednak zbrodnia to nie zbrodnia, póki nie jest ukarana i o tym bardzo dosadnie przypomni mu ukrywający się na tylnym siedzeniu jego samochodu Dexter Morgan. Kochający brat, ułożony chłopak, policyjny specjalista od krwi, a hobbystycznie seryjny zabójca - tytułowy bohater kontrowersyjnego arcydzieła wśród seriali.
A przynajmniej tak mówią.
Nie dajcie się zmylić. Dexter nie jest seryjnym zabójcą ot tak. Po prostu przeżył w dzieciństwie tak nieprawdopodobnie traumatyczne wydarzenie, że nie miał innego wyboru, jak tylko wyhodować w sobie jakąś patologię - chęć do zabijania. Na szczęście dla mieszkańców Miami, został wychowany przez dobrego glinę, który wymyślił mu kodeks nakazujący zabijać tylko określone osoby. Na jego liście można znaleźć wspomnianego zabójcę chłopców, a także gwałcicieli, morderców i ogólnie różnej maści zwyrodnialców. Widz od razu zauważa, że to nie współczesny Kuba Rozpruwacz, a raczej Batman pomnożony przez Punishera, który nie jest fanem obcisłych ciuchów.
Nie bez powodu sięgam po komiksową analogię. Wszystko, z Dexterem na czele, przypomina przeciętny komiks o superbohaterze. Wydaje się, że twórcy postanowili wziąć superbohaterski schemat i nieco go przekręcić. Mamy nawet wyraźną podwójną tożsamość naszego bohatera i potencjalnie okropne konsekwencje jej ujawnienia. Tak jak Superman, zakłada on na siebie codzienne ciuchy i idzie do pracy udając kogoś, kim nie jest. Jednak to - samo w sobie - nie jest problemem.
Mimo chęci zabijania, Dexter jest wyjątkowo sympatycznym gościem. Wspiera siostrę, opiekuje się swoją dziewczyną i jej dziećmi, a do tego przynosi pączki na komisariat. Jak go nie lubić? Dopóki nie zabijesz kogoś niewinnego, wasza przyjaźń może być naprawdę miłym doświadczeniem. Niepokój w widzu ma powodować fakt, że nasz przyjaciel tak naprawdę nie zabija w imię wyższego dobra i sprawiedliwości, ale dlatego, że ma chęć zabić. Ta w gruncie rzeczy ciekawa kwestia moralna, w "Dexterze" zalicza solidną glebę. Jest zwyczajnie zbyt słabo rozwinięta, a jako sam fakt, jest gdzieś kompletnie z boku, niewidoczna. Oglądającego nie obchodzi to, że "źli ludzie" giną głównie dla zaspokojenia pokus bohatera, tak jak nie martwi go, że filmowy wampir pożywia się krwią bandyty. Nie kwestionujemy poczynań filmowego bohatera, bo w końcu wykorzystuje swoje "umiejętności" przysługując się ludzkości. Twórcom wyraźnie nie zależy na tym, aby widz miał wątpliwości co do postaci. Kiedy w drugim sezonie zapędzony do kąta Dexter wydaje się mieć tylko jedno rozwiązanie problemu, którym jest zabicie generalnie dobrego policjanta, scenarzyści posługują się deus ex machina zdejmując z niego ciężar tej decyzji.
Serial, tak jak film, ma cechę, która pozwala sprawić, że nawet moralnie źle postępującą postać można polubić. Nawet jeżeli scenariusz wcale na to nie wskazuje, to dobry, charyzmatyczny aktor potrafi sprawić, że polubimy - albo przynajmniej do pewnego stopnia będziemy w stanie zrozumieć - bohatera, który jest całkowitym draniem. Niestety, z tej "tajemnej siły filmu", twórcy "Dextera" nie korzystają i nawet nie próbują wzbudzić w nas poważniejszych wątpliwości. Brak tu przejawów prawdziwej dzikości Dextera albo wyraźnego uczucia ulgi czy ekstatycznej przyjemności podczas zakańczania czyjegoś życia. Na początku wydaje się, że możemy spodziewać się czegoś podobnego, jednak twórcy szybko odpuszczają na rzecz bardziej stoickiej postawy swojego niecodziennego superhero.
Świat Dextera zasiedlają chodzące archetypy z książki dla początkujących scenarzystów. Jest twarda laska, która tak naprawdę jest wrażliwa. Jest dobry gliniarz z problemami rodzinnymi, perwersyjny dowcipniś, wiecznie spięty twardziel oraz jego przyjaciółka - twarda pani porucznik, która wydaje się czuć coś do głównego bohatera (swoją drogą bardzo szybko porzucony wątek). Nie od dziś wiadomo, że przy pierwszym poznaniu łatwo kogoś zaszufladkować i to, co czyni ludzi wyjątkowymi, to poszczególne uczynki i zachowania, dlatego na początku nie zraził mnie taki zarys postaci. Grunt to umieć je interesująco rozwinąć, toteż tym większe było moje zdziwienie, że nic takiego nie miało miejsca. Siłą rzeczy trochę więcej czasu zostaje poświęcone przybranej siostrze Dextera, Debbie ("twarda laska"), ale koniec końców ogranicza się to do tego, że dziewucha krzyczy, klnie i zostaje "damą w tarapatach". Wcale nie pomaga fakt, że wszyscy obecni bohaterowie drugoplanowi są przystojni, a przy tym porządnie ubrani i uczesani. Za jedyny wyjątek można uznać Vince'a Masuke, ale spowodowane jest to tym, że jego rola ogranicza się do bycia komicznym dodatkiem.
Niesmak powoduje absolutnie nierealistyczne przedstawienie relacji policjantów na posterunku. To miejsce na ziemi, w którym nie istnieją prawdziwe konflikty. Jest niechętna Debrze pani porucznik LaGuerta oraz Doaks, którego Dexter przyprawia o ciarki na plecach. Reszta znajomości to uśmiechy, przytulanie i wesołe kuksańce (ale nie za mocne, bo kto wie, co się wtedy stanie!). Kiedy na świat przedstawiony w serialu nie działają żadne siły (konkretna artystyczna wizja, bądź jakiś przypadek w świecie przedstawionym) mówiące inaczej, to powinien być odzwierciedleniem naszego świata. Inaczej jest zwyczajnie fałszywy i sztuczny. Szczytem jest scena w finale trzeciego sezonu, gdzie pani porucznik - już od jakiegoś czasu w lepszych, bo neutralnych, stosunkach z Debrą - zostaje przez nią zaskoczona w swoim gabinecie. Siostra głównego bohatera bezczelnie tłumaczy, że wie iż postąpiła niezgodnie z regulaminem, ale nie żałuje. Pani porucznik zamiast przywołać ją do porządku albo wykopać za drzwi, wyciąga pudełko z pączkami, częstuje ją i gratuluje zostania detektywem. Obie śmieją się i pochłaniają słodkości. O ile można takie "słodkości" przełknąć w typowym rozrywkowym filmie, nawet tym z gatunku tych mądrzejszych, to w czymś pretendującym do miana thrillera psychologicznego i arcydzieła, takie sceny twardo stają w gardle.
Mimo prostacko napisanych ról, aktorzy wywiązują się z powierzonej pracy porządnie. Na wyróżnienie zasługuje tu Michael C. Hall w roli Dextera. Choć nie jest to rola wybitna, to zdecydowanie kradnie serial. Niestety, "im dalej w serial" tym jego rola słabsza (mimo, że nie schodzi poniżej dobrego poziomu). Przy tym nie podoba mi się, że twórcy tak często korzystają z monologów z offu, które choć bywają nietuzinkowe, zazwyczaj drażnią "łopatologią" i rażą niepotrzebnością. Uczucia, którymi nieraz dzieli się z widzem Dexter poprzez głos z offu, spokojnie mógłby wyrazić sam Hall.
Pierwsza seria "Dextera" fabularnie nie powala. Intrygująca na początku postać enigmatycznego Ice-Truck Killera już po kilku odcinkach staje się do bólu przewidywalna, a to chyba największy grzech historii opierającej się głównie na motywie "kto zabił?". Brakowało mi w niej czegoś, co walnęłoby mnie obuchem w łeb albo pozwoliło przeżywać wydarzenia wraz z bohaterami. Średnio przekonuje mnie też motyw dwóch braci, którzy w tych samych okolicznościach wytworzyli w sobie identyczną patologię.
Większa dawka napięcia i rozwijająca się postać Dextera sprawiły, że następny sezon był ciekawszy, ale koniec końców sprawił wrażenie mniej przemyślanego. Wspomniana wcześniej zagwozdka Dextera została rozwiązana w niesatysfakcjonujący sposób. Pomysł wyjściowy - Dexter jest ściganym - i jego rozwiązanie było mimo wszystko bardziej ekscytujące niż to z poprzedniej serii, ale samo zakończenie można nazwać irytującą wersją "Fatalnego zauroczenia". Nowy nabytek w obsadzie, agent Lundy (w tej roli Keith Carradine) okazał się być postacią wyjątkowo sympatyczną, od której bije ciepło i mądrość, tym większy żal, że jego ciekawie rysującemu się konfliktowi z Dexterem zabrakło prawdziwych emocji. Podobnie zresztą wygląda sprawa jego sporu z Doaksem, który narasta, a podekscytowanie rośnie, żeby w końcu zostać kompletnie zniszczonym. Z ich "różnicy zdań", najlepsze co wynika, to pokazanie postaci porucznik LaGuerty jako bardziej ludzkiej, kiedy martwiła się o swojego przyjaciela.
Zasiane przez Briana wątpliwości sprawiają, że Dexter odsuwa się od swojej obecnej ukochanej ku mrocznej i tajemniczej Lili. To dobry, a przy tym całkiem wiarygodny, sposób na zarysowanie mrocznej strony głównego bohatera, jednak z mało interesującym rozwinięciem. Nic nie wynika z faktu, że bohater oddał się pokusom swojej złej strony - ani żal, że po raz kolejny odrzucił jedyną osobę akceptującą go, ani poważne kwestionowanie kodeksu czy oddanie się swemu nałogowi. Jedynie więcej seksu z inną kobietą.
Po dosyć pozytywnych wrażeniach pozostałych po poprzednim sezonie, liczyłem na jeszcze lepszy sezon trzeci, ale niezmiernie się zawiodłem. Akcja rozwijała się wolno, a scenarzyści długo nie wiedzieli jaki wątek mają nam przedstawić i czaili się z wyraźnym zarysowaniem osi fabuły. Wątki skaczą jeden po drugim, pojawiają się nowe, ale emocji nie wzbudza to żadnych, ponieważ żaden z nich nie zostaje w pełni rozwinięty. Zakończenie ponownie zostawia wiele do życzenia - twórcy wyraźnie mają z tym problem. Wszystko sprawia wrażenie rozwiązanego na szybko, przez co brak temu mocy, jaką mogłoby mieć. Brak prawdziwego poczucia wściekłości i alienacji Dextera. Brak jakiegoś pesymistycznego posmaku i gorzkiej woni unoszącej się w powietrzu. Wszystko kończy się tak pozytywnie, że trudno powstrzymać się od śmiechu nad bajkowością tego serialu.
Wbrew pozorom nie uważam "Dextera" za tragicznie zły serial. To - do trzeciego sezonu - przyjemna bajka skierowana głównie do starszych widzów, którzy oczekują niezbyt wymagającej rozrywki. Nie ma w tym nic złego, sam całkiem przyjemnie bawiłem się na drugim sezonie. Przy okazji warto pochwalić rewelacyjną czołówkę (choć z niepotrzebnym ostatnim ujęciem).
Ciężko podejść do serii z czystą kartką, kiedy zewsząd słychać jakie to wielkie, kontrowersyjne arcydzieło. Trudno nie spojrzeć nań przez pryzmat prawdziwych, często mniej docenionych, arcydzieł wyświetlanych w telewizji. Dzieło wybitne powinno przewyższać oczekiwania widza, a nie tylko je spełniać - "Dexter" się nimi karmi i podsuwa oglądającemu bezpieczne, wyważone kawałki.
Na domiar tego wszystkiego, nieraz odniosłem wrażenie, że serial trochę pozuje na tę "dojrzałość" i "kontrowersyjność", żeby przypodobać się starszemu widzowi. I, mimo że jednak stoi parę klas wyżej, tym zabiegiem przypominał mi nieco "Piłę". Sławna już seria zapoczątkowana przez Jamesa Wana ma być kontrowersyjna i dojrzała "z założenia". Tam, ponieważ oglądamy brutalne obrazki i krew, tu mamy być "zszokowani" samym faktem, że główny bohater to seryjny zabójca mordujący ludzi w brutalny sposób. Jednak pod dojrzałą fasadą przekleństw, seksu i krwi nic głębszego niestety nie ma. Bo problem "Dextera" jest niestety taki sam, jak problem jego bohatera - udaje, ale jest pusty w środku.
Autor artykułu: Jan Steifer - CROV | Klub Miłośników Filmu, 4 stycznia 2009