Sen się spełnia...
Lynch ekranizując rewelacyjną powieść
Franka Herberta mógł liczyć na to, że narazi się fanom owej powieści. Tak
też się stało. Film okazał się być jedynie streszczeniem książki, ale
jakby tego było mało, reżyser zmienił wiele wątków.
Doprawdy, oglądając ten obraz momentami trudno nie zestawiać go z
pierwowzorem literackim, a jednak uważam, że w dużej mierze Lynch
stworzył coś, co żyje własnym życiem. Coś, co może zafascynować,
wciągnąć w siebie i otoczyć dusznym, pustynnym klimatem, coś czego
jednak... nie można pokochać.
|
 |
 |
...Musicie wiedzieć, że obecnie jest rok
10192, całym znanym wszechświatem rządzi Padyszach Imperator Szaddam IV,
mój ojciec. Najcenniejszym surowcem we wszechświecie jest przyprawa,
zwana Melanżem. Przyprawa przedłuża życie, przyprawa rozszerza
świadomość, przyprawa jest kluczem do międzygwiezdnych podróży. (...)
Przyprawa występuje tylko na jednej planecie całego wszechświata.
Pustynnej, suchej planecie, gdzie w jaskiniach, na skalnym pustkowiu
żyją ludzie, zwani Fremenami. Od wieków wierzą oni w przepowiednię, że
pojawi się wybraniec. Mesjasz, który powiedzie ich ku prawdziwej
wolności. Planeta ta to Arrakis, zwana także Diuną ...
|
 |
 |
Co zadziwia, to zachowawczość autora
ekranizacji. Znając styl twórcy "Zagubionej autostrady" trudno spodziewać się dzieła, w
zestawieniu z powieścią, tak mało dynamicznego. Książka, nasączona
wizjami, mistyczną wszechwiedzą, tak namacalnie pozwalająca w
teraźniejszości odbywać podróż do przeszłości, wydawała się idealna
właśnie dla Lyncha, który lubuje się w koszmarach sennych, tak wspaniale
wpisując je w rzeczywistość. Tu natomiast, zupełnie nie wykorzystał
łatwych możliwości, jakie się przed nim otworzyły. Wizje są bardzo
oszczędne, wręcz ascetyczne w swej formie. Tam, gdzie pisarz pewną ręką
kreślił świat, w który czytelnik mógł wniknąć, namacalnie go poczuć i na
te chwile tu i teraz zstępowała pustynna planeta, otwierały się
możliwości, jakie dawała przyprawa, to w lynchowskim świecie widz jest
tylko obserwatorem. Nie uczestniczy w spiskach, uczuciach, nie wnika w
myśli bohaterów, jest tylko świadkiem ich postępowania. Może tylko
podziwiać fantastyczną oprawę, efekty na znacznie wyższym poziomie,
aniżeli w nowej ekranizacji sagi o Arrakis, jak również świetną
grę aktorów. To czego brakuje to emocje. Mimo to uważam "Diunę" Lyncha
za film udany, jednak oglądając owe dzieło, za każdym razem mam wrażenie,
że autor bał się materiału, jaki trzymał w rękach. Nie ma w tym filmie
drapieżności, siły, w żadnym razie nie profanuje on genialnego tomu
pierwszego sagi, jest wyłącznie niedokładnym streszczeniem powieści. I
to jest głównym, jak również chyba jedynym zarzutem wobec owej historii.
Lynch nie sprostał wyzwaniu. Nie ma już większego znaczenia, że swój film
musiał pociąć, wiele usunąć. Owszem, nie można zrozumieć w pełni
motywacji bohaterów, bez znajomości literackiego pierwowzoru. Czym innym
jest jednak forma dzieła. Wspaniała oprawa kryje w sobie tę ogromną
zachowawczość. Dlatego prawo do słusznego żalu wobec reżysera mają nie
fani Herberta, a miłośnicy stylu Lyncha, z którego w tym momencie twórca
w większej mierze zrezygnował...
Na samym początku nazwałam jednak ów film autonomicznym tworem. Brzmi to
dziwnie, zważywszy, że bez znajomości książki nie mamy pełnego obrazu
tamtego świata, nie rozumiemy do końca postępowania bohaterów. Owszem.
Jednak autonomiczność polega na tym, że wcale nie potrzebujemy tej
wiedzy. Dysponując jedynie filmem podziwiamy tamten świat i jasno
określonych bohaterów. Autor podzielił postaci w sposób dość
schematyczny, za wyznaczniki przyjmując czerń i biel. I tak np. Baron jest
nie tylko odpychający przez swe czyny, lecz również wizualnie, przez odrażający wygląd. Podobnie
sprawa ma się chociażby z Feydem - aroganckim, pięknym, o którym zdanie
potrafimy sobie wyrobić już po pierwszym kontakcie wizualnym z tą
osobistością. Najciekawszą z postaci jest Paul. Wypada naprawdę świetnie i pomimo
otaczającej go plejady sław, MacLachlan wywiązał się chyba najlepiej z
powierzonego mu zadania. Szkoda, że Lynch nie zdecydował się na całkowite
skoncentrowanie na tym bohaterze, wówczas tym wyraźniej mógłby
zilustrować mechanizm władzy, kult jednostki i zagrożenia jakie
wypływają z faktu objęcia "posady" Mesjasza. To wszystko jest
zasygnalizowane, ale zbyt właśnie wiele starano się sygnalizować,
zamiast drążyć jeden z elementów.
Interesujący jest finał, nadający opowieści wymiar optymistyczny,
zakładający, że sen faktycznie może się spełnić i to sen o największym
pragnieniu tamtych ludzi. Jeżeli przy interpretacji posiłkować się
literackim pierwowzorem zgoła odmiennie brzmią wnioski wypływające z
oryginalnego zakończenia.
|
 |
 |
Lynchowi nie udało się oddać magii
ksiązki, nie udało się odmalować piękna i niebezpieczeństwa
planety, zmieniającej zupełnie postrzeganie rzeczywistości. Stworzył
dzieło miłe dla oka, mogące zainteresować, ale faktycznie pozostawiające
wielbicieli Herberta obojętnym. Nie to wywoływała powieść. Wydaje się,
że jeżeli mierzyć się z tak kultowym dziełem, to należy czynić to jak
Jackson z odpowiednikiem „Diuny” w świecie fantasy, czyli cyklem „Władcy
pierścieni”. Tych dzieł bowiem nie można odsączać z jednego - emocji
oraz wyraźnego przesłania. A o ile w "Diunie" przesłań było wiele, o ile
snuła opowieść zarówno o miłości, jak zatraceniu się w tym, przed czym
starano się uciec... tak u Lyncha niewiele pozostaje z tego. Jest tylko
ładne opakowanie, stanowiące marne streszczenie części wątków.
Mimo wszystko - lubię ten film. Lubię, bo pozwala na kolejny kontakt z
pociągającym i niebezpiecznym pięknem. Ma też inny ogromny atut -
wspaniałą oprawę muzyczną. Niestety, nie spełnił snu fanów, nie spełnił
też zapewne snu miłośników science fiction. Ograniczył się do spełnienia
snu mieszkańców Arrakis i to w sposób bardzo przekorny.
Należą się jednak brawa za odwagę i fakt, że zmierzenie się Lyncha z tym
dziełem nie pozostawia po sobie niesmaku. Trudno mi bowiem poddać
faktycznie coś krytyce... może tylko to, że pomimo rewelacyjnego
aktorstwa i wizualnej oprawy... brak tej opowieści duszy.
Ocena: 6/10
 |
DIUNA
[Dune]
Reżyseria i Scenariusz:
David Lynch
Zdjęcia: Freddie Francis
Wystąpili:
Francesca Annis .... Lady Jessica
Leonardo Cimino .... The Baron's Doctor
Brad Dourif .... Piter De Vries
José Ferrer .... Padishah Emperor Shaddam IV
Linda Hunt .... Shadout Mapes
Freddie Jones .... Thufir Hawat
Richard Jordan .... Duncan Idaho
Kyle MacLachlan .... Paul Usul Muad'Dib Atreides
Virginia Madsen .... Princess Irulan
Silvana Mangano .... Rev. Mother Ramallo
Everett McGill .... Stilgar
Klub
Miłośników Filmu | 05 XI 2005 |
|
| Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN |