Niektórzy o tym zapominają, ale kino to także zabawa. Nieskrępowana, szalona, nieodpowiedzialna - czasem aż za bardzo. Temu "za bardzo" na pomoc przychodzi jednak często magiczne
słowo, słowo-klucz: "konwencja". Na przesadę, niedbałość, zaburzenie proporcji zareagować można w jeden sposób: "taka konwencja!". I zwykle wszelkie wątpliwości przeciętnego widza
znikają bezpowrotnie. Jest jednak z tym zjawiskiem pewien problem, który zauważa każdy, kto lepiej zna i rozumie kino. Nie rozumie i nie zauważa tego jednak olbrzymia grupa twórców.
Nie rozumie tego, że kluczem do zrozumienia prawdziwej istoty tworzenia filmu w konkretnej konwencji jest... szczerość.
|
 |
|
Chodzi o mapę. Nie od początku oczywiście: w jednej z pierwszych scen widzimy napad na pociąg. Ale cóż to za napad! Najpierw śledzimy lot sokoła na błękitnym niebie. Ptak w ostatniej
chwili łapie jakiegoś martwego zwierzaka spod kół pędzącego pociągu. Dym z komina lokomotywy zakrywa ekran, dzięki czemu następuje piękne przejście montażowe: teraz jesteśmy we wnętrzu
pojazdu. Kamera podąża za obchodowym sprzedawcą, dzięki czemu mamy okazję nie tylko poznać wnętrze pociągu z Mandżurii lat 30-tych XX wieku, ale także poznajemy dwóch głównych bohaterów
naszej historii. Trzeci jest już w drodze - a właściwie na drodze, bowiem jego banda zamierza napaść na pociąg, bohater stoi więc na środku torów z zimnym wyrazem twarzy. Tak - to tytułowy
Zły, a w pociągu zostali jeszcze Dobry i Zakręcony. A przynajmniej tak przyjmujemy... jednak o tym trochę później.
Jak wspominałem, mamy napad na pociąg. Celem owego napadu jest mapa, która prowadzić ma do - uwaga, uwaga! - skarbu. Oczywiście nie trudno się domyślić, że nie wszystko poszło zgodnie z
planem i mapa dostaje się w ręce mało rozgarniętego Yoon Tae-goo (czyli "Zakręconego"). Oczywiście bohater w miarę szybko zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim się teraz znajduje
(na skarb czyhają chyba wszyscy, łącznie z rządem Japonii - która notabene okupuje w tym czasie Mandżurię), postanawia więc... sam wyruszyć w poszukiwaniu ukrytego bogactwa. Zaczyna się
wielki pościg, z mnóstwem szalonych motywów, czasem dobrych, czasem złych, a czasem wykręconych poza wszelką możliwą normę.
|
 |
|
I tu właśnie czas na TO słowo: konwencja. Ji-woon Kim zdaje się rozumieć ten termin znacznie lepiej niż Tarantino w "Kill Billu" czy "Death Proof". Kim - tak samo jak Quentin - bierze na
warsztat pewien konkretny gatunek i wyczynia z nim co chce: tworzy ciekawe wariacje, bawi się nawiązaniami. Czyni to jednak w sposób tak niewymuszony i lekki, że udaje mu się ani razu nie
popaść w fałsz. Dzięki temu spaghetti western (swoją drogą: pierwszy oficjalny film tego gatunku był remakiem właśnie filmu azjatyckiego - "Yojimbo" Kurosawy) o akcji osadzonej w Mandżurii
ogląda się znakomicie, a kolejne absurdalne wydarzenia przyjąć można z zaskakującą łatwością - tak lekkie i bezpretensjonalne jest to kino. Oczywiście film nie jest doskonały: niektóre sceny
(jak finałowy pościg) przydałoby się trochę skrócić, uczynić humor mniej dosłownym, jednak w większości jest to dobrze opowiedziana i "po prostu" szalona historia. Ta zabawa udaje się głównie
z powodu szczerego podejścia do filmowego materiału. Nikt tu nie ukrywa, że chodzi tylko o dobrą zabawę, wykorzystującą fabularne kalki. To film o lekkości, jakiej nie znajdziemy u Tarantino,
szczerości, której brakuje choćby w "Death Proof", które osobiście lubię, ale nie uważam zupełnie za utwór grindhouse'owy. W swoim przedostatnim filmie Quentin próbuje naśladować stylistykę
kina klasy B (...i aż do Z), lecz oprócz kilku elementów czysto technicznych (jak choćby porwana taśma), film jest zupełnie pozbawiony grindhouse'owego ducha. Film Ji-woona natomiast, jest,
oprócz pastiszu, tym wszystkim czym z założenia miał być: spaghetti westernem, kinem akcji, komedią. Wszystko tu działa i jest na swoim miejscu, a dodatkowo nie odnosi się wrażenia, że elementy
te wrzucono na siłę i z nadmierną artystyczną gorliwością. Nic dziwnego: reżyser ma za sobą już inne naprawdę dobre próby zmierzenia się z kinem gatunkowym. Spod jego ręki wyszedł m.in.
znakomity dreszczowiec "Opowieść o dwóch siostrach", gangsterski dramat "Słodko-gorzkie życie", czy też czarna komedia "The Quiet Family" (która zainspirowała późniejsze "The Happiness of the
Katakuris" Takashiego Miike).
|
 |
|
Ji-woon zebrał też wyjątkowo obsadę. Każdy z głównych aktorów ma za sobą naprawdę znakomite osiągnięcia, tytuły znane i szanowane, znane także polskiemu widzowi. Szczególnie "Zakręcony"
Kang-ho Song, który w ostatnich latach nie może narzekać na brak pracy, głównie dzięki Chan-wook Parkowi; zagrał u niego w "Joint Security Area", "Panu Zemście" i "Pani Zemście", i przede
wszystkim zaliczył fantastyczny występ w najnowszym "Pragnieniu". Poza tym wystąpił w głośnym "The Host" oraz nagradzanej "Zagadce zbrodni". U Ji-woona stworzył kolejną świetną kreację -
postać nieobliczalną, szaloną, zabawną. To jemu reżyser poświęca najwięcej uwagi, podczas gdy pozostała dwójka bohaterów musi walczyć o uwagę widza. "Zły" Byung-hun Lee ("GI Joe: Czas Kobry",
główna rola w "Słodko-gorzkim życiu", a także m.in. u Chan-wooka w "Joint Security Area" i "Cut" z cyklu "Three Extremes"), przystojniaczek z grzywką a la emo, stale balansuje na pograniczu
komiksowego okrucieństwa i nieprzewidywalności typowego filmowego psychopaty, dzięki czemu postać nie popada w przesadę. Natomiast "Dobry" Woo-sung Jung (zwykle grywający w filmach obyczajowych
i romansidłach, z podobno świetnym "Moment to remember" na czele) wydaje się być najmniej ciekawą postacią, jak to najczęściej z "dobrymi" bywa. Na szczęście postać to bardzo stylowa i zagrana
z wyczuciem. Obsada najnowszego film Koreańczyka zdaje się więc nie mieć słabych punktów - ale jeśli myślicie, że każdemu z wymienionych da się bez problemu przypasować "tytułową" rolę -
nie macie racji. Zarówno reżyser (a także scenarzysta w jednej osobie), jak i jego trio nie daje nam tak łatwych podziałów. Owszem, postaci zdają się postępować głównie w sposób jaki
spodziewalibyśmy się po ich nieformalnym tytule, jednak panowie grają na tyle subtelnie, że z czasem naprawdę trudno jest sklasyfikować ich w jednym słowie. "Zakręcony" wydaje się być każdy
z nich, na swój sposób, "Zły" jest każdy z nich po trochu, a specjalnie "Dobry" nie wydaje się być żaden z nich. Podobnie jak u Leone - nie ma żadnych granic, etykietek i oczywistych bohaterów.
Co dość istotne, Ji-woon nie idzie zupełnie śladami Leone, który starał się przekonać, że hiszpańskie stepy to Dziki Zachód (z całym szacunkiem dla jego dzieł oczywiście); mamy więc Mandżurię,
a co za tym idzie lokalną historię, charakterystyczną dla Azji architekturę i stroje - wszystko jednak przedstawione przez westernowy pryzmat, na szczęście jednak starając się, aby stylistyka
tego typu filmów nie rządziła filmem. Nawet rewelacyjna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Chan Young-gyu i Dalparana (jedna z najlepszych w tym roku), mimo że ewidentnie czerpiąca choćby z
kompozycji Morricone - zyskuje tu na świeżości dzięki motywom bardzo niecodziennym nie tylko dla spaghetti westernu, ale dla całego gatunku w ogóle. Wszystkie te elementy sprawiają, że
film starymi, sprawdzonymi środkami osiąga własny styl.
|
 |
|
Czyni to "Dobrego, Złego i Zakręconego" idealnym przykładem gry z konwencją. Zamiarem twórców nie było bowiem powalenie widza na kolana ilością odniesień, cytatów, konkretnych kadrów
(choć to wszystko się oczywiście tutaj znajdzie, w ilościach jednak umiarkowanych), lecz stworzenie filmu, który się po prostu dobrze ogląda. Widz dostaje więc bezpretensjonalną wariację
na znane w kinie tematy, bez nadęcia, za to z pomysłem i energią. I choć nie każdemu film przypadnie do gustu (w końcu wschodni styl narracji i jego poszczególne elementy wymagają pewnej
wyrozumiałości, a nawet cierpliwości), to nie sposób filmowi Ji-woona odmówić uroku. No bo przecież dostajemy western w miejscu, które z Dzikim Zachodem większego związku mieć nie powinno.
A jednak ma. I jak tu nie lubić takiego kina?