Strona główna KMF


Rob Zombie (niegdyś zapisany w którymś zapomnianym urzędzie jako Robert Cummings) to postać, delikatnie rzecz ujmując, kontrowersyjna. Człowiek-orkiestra, o szerokim wachlarzu ambicji. Przede wszystkim niewątpliwie muzyk, piosenkarz i autor tekstów - z tym jest najlepiej kojarzony, chociaż z jego własnych słów wynika, że chętnie posłałby całą scenę muzyczną do diabła, żeby móc swobodnie kręcić filmy. Można wierzyć bądź nie. Jak na razie może się pochwalić dorobkiem w postaci dwóch filmów pełnometrażowych, z których każdy zostawił za sobą jaskrawą smugę skandalu. Rob wyłonił się z cienia w 1984, kiedy wraz z przyjaciółką Sean Yseult założył zespół pod nazwą White Zombie, od tytułu filmu z 1932 z Belą Lugosim w roli głównej (nawiązanie, jak się miało potem okazać, bardzo dla Roba charakterystyczne). Kapela inspirowała się gigantami heavy metalu z jednej, a punkowymi outsiderami z drugiej strony, i jak każda grupa szukająca dopiero własnej twarzy, zostali bezpiecznie zaliczeni do nurtu undergroundowego. Mocniejsze brzmienie uzyskali dopiero wówczas, gdy do grupy dołączył były członek Accused, gitarzysta enigmatycznie zwany J., w dokumentach zapisany jako Jay Noel Yuenger. Ostatecznie White Zombie ustaliło się jako kapela heavy metalowa z elementami industrialu. Szukając dla siebie koncepcji teatralnej kreacji na wzór Kiss i Alice Coopera, przyjęli ostatecznie stylistykę zaczerpniętą ze starych horrorów - widoczną w ich strojach, makijażu, teledyskach i metodach promocji. White Zombie odniosło duży sukces; grali razem przez trzynaście lat, aż w 1996 Rob postanowił rozpocząć solową karierę. Jako przyczynę rozpadu grupy oficjalnie podali "zmęczenie materiału".


Zainteresowania Roba nie ograniczają się, jak już wspomniano, do rynku muzycznego. Jest także producentem, twórcą komiksów, rysownikiem, scenarzystą. Wyreżyserował większość swoich teledysków. Zaprojektował osobiście większość tatuaży, które pokrywają go w dużej obfitości. Próbował nawet swoich sił jako prezenter telewizyjny. Słowem, zainteresowań ma bez liku. Jego pasja filmowa jednak jest namiętnością szczególną. Datuje się od najwcześniejszych lat, ma korzenie w pierwszych fascynacjach ekranowych, które zresztą zostały mu do dzisiaj. Rob Zombie jest prawdziwym fanatykiem filmowym. Przede wszystkim - znawcą i wielbicielem horrorów wszelkiej maści, rodzaju i poziomu. To uwielbienie tej miary, jak to, które Quentin Tarantino żywi dla komiksów i filmów video klasy C lat siedemdziesiątych. U Quentina ta szczególna pasja przeobraziła się w "Pulp Fiction". Dla Roba przybrała formę "Domu 1000 trupów". "Pulp Fiction" jawi się przy nim jak łagodna opowiastka snuta przez wytwornych dżentelmenów. Kręcąc swój debiutancki obraz, Zombie najwyraźniej przyjął formułę gaz do dechy. Nie popuszcza ani na chwilę: ale co najważniejsze, wychodzi mu to świetnie. Film wzbudził kontrowersje już z uwagi na osobę samego twórcy. Pokryty tatuażami i otwarcie głoszący podziw dla Charlesa Mansona, co bardziej delikatnym osobom kojarzył się z nowym obliczem Antychrysta. Wejście filmu do dystrybucji nijak nie poprawiło sytuacji, o ile jej wręcz nie pogorszyło. Universal, który zgodnie z początkowymi założeniami miał za tę dystrybucję odpowiadać, wycofał się z przerażeniem. Bo też - na litość! - jaki umysł mógł zrodzić taką wizję? To musi być płód wyobraźni szaleńca, heretyka, satanisty i ogólnie rzecz ujmując, świra. Lepiej umyć od tego ręce i nie przejmować się groźnymi implikacjami bariery "NC-17"...




"Dom 1000 trupów" to podsumowanie dotychczasowych doświadczeń Roba Zombie - wszystkie jego działania, mniej lub bardziej artystyczne, prowadziły prostą drogą do tego, by taki film powstał. Wszystkie jego pasje zostały w nim ześrodkowane. Jednak nie tylko dlatego ten debiut fascynuje. Z jednej strony to synteza najrozmaitszych motywów i inspiracji filmowych - głównie związanych z horrorami, ale nie tylko - od pojedynczych rekwizytów po całe sekwencje. Zbierając je wszystkie w jedną całość Zombie dał dowód, że znakomicie wyczuwa konwencję horroru jako gatunku, co więcej, że umie bawić się kinem nie stawiając sobie żadnych ograniczeń w stylu "wypada", "nie wypada", "pasuje", "nie pasuje". Samo wyszukiwanie tych nawiązań jest pasjonujące. Z drugiej strony natomiast, największą grozę budzi uświadomienie sobie faktu, że korzenie tego filmu nie tkwią wyłącznie w celuloidowej fikcji, i że to, co łatwo na pierwszy rzut oka zaklasyfikować jako chorą, kompletnie odjechaną wizję świadczącą o poważnym zachwianiu równowagi umysłowej reżysera, ma w rzeczywistości solidne oparcie w faktach. Niestety. Nie ma w filmie Roba Zombie niczego, co nie zostałoby kiedyś wymyślone przez jakiś inny, faktycznie chory umysł. Jedyne, co zrobił reżyser, to zebrał masę oderwanych elementów w jedno, w formie jednej nasyconej pigułki, dodając surrealistyczną oprawę rodem z koszmaru sennego. Z tych pojedynczych elementów wyłania się coś na kształt syntezy - historii słynnych zbrodni zebranych w całość. Jakby tego było mało, dla potrzeb realizacji swojego pomysłu Zombie przyjmuje perspektywę szaleńca - takiego, który majaki swojej chorej wyobraźni uznaje za prawdę objawioną. Granica między fantazją a rzeczywistością coraz bardziej się zaciera. Argumenty rozumu, w ogóle jakiekolwiek objawy rozsądku, są nieobecne. Wbrew własnej woli dajemy się wciągnąć w świat zbrodniczej rodzinki Firefly'ów i w pewien sposób przyjmujemy ich punkt widzenia, obserwując, jak to się dalej potoczy, na dodatek kompletnie zbici z tropu generalną lekkością klimatu, która uzupełnia całość o posmak absurdu. Gdyby nie to, gdyby nie formuła groteski, sprowadzająca wszystko do jakiegoś rozsądnego poziomu akceptowalności, nie dałoby się przyjąć dawki w takim stężeniu. I jeśli ktoś uważa tę formułę za kolejny dowód na zwichrowanie umysłowe Roba Zombie, niech spróbuje wyobrazić sobie ten sam film, ale zrobiony ze śmiertelną powagą. Tylko dzięki tej humorystycznej lekkości, tak wydawałoby się nie przystającej do wizji na ekranie, można zachować dystans i od czasu do czasu wziąć głębszy oddech. Zabieg jak najbardziej na miejscu i jak najbardziej logiczny.


Teraz nadszedł właściwy moment, żeby się w to pokręcone, nasycone i jaskrawe universum Roba Zombie zagłębić bardziej szczegółowo i poszukać w jego wizji logiki, którą, wbrew wszelkim pozorom, da się odnaleźć.



Imiona i nazwiska szeregu postaci są zaczerpnięte bezpośrednio z pięciu komedii Braci Marx. Kapitana Jeffreya T. Spauldinga widzimy w "Sucharkach w kształcie zwierząt" ("Animal Crackers", 1930), Profesor Quincy Adams Wagstaff wywodzi się z "Końskich Piór" ("Horse Feathers", 1932), Rufus T. Firefly - z "Kaczej zupy" ("Duck Soup", 1933), Otis B. Driftwood to postać z "Nocy w operze" ("A Night at the Opera", 1935), Dr Hugo Z. Hackenbusha spotkamy w "Dniu na wyścigach" ("A Day at the Races", 1937). Wszystkie powyższe postaci są oryginalnie odtwarzane przez Groucho Marxa. W "Sucharkach w kształcie zwierząt" z kolei Chico Marx wciela się w postać Signor Emanuela Ravelli - także i to nazwisko zostało zaadaptowane dla potrzeb "Domu 1000 trupów".





Muzeum Potworów i Szaleńców z pierwszej sekwencji filmu nawiązuje do klasycznych "Dziwolągów" ("Freaks", 1932) w reżyserii Toda Browninga. Po premierze filmu oburzeni recenzenci nazywali go "zwyrodniałym", a sam reżyser został zepchnięty na boczny tor i właściwie pożegnał się z karierą. Dla ówczesnych widzów obsada złożona z autentycznych członków Teatru Osobliwości, połączonych silnymi namiętnościami, przeżywających dramaty miłości, zazdrości i nienawiści, była nie do zaakceptowania. Na ekranie widzimy takie właśnie "dziwolągi" jakie zaludniają Muzeum Potworów kapitana Spauldinga. Karły, kobieta z brodą, ludzie bez rąk i nóg, mocno zdeformowani, mężczyzna o dwóch twarzach albo człowiek-jaszczurka czy żywy szkielet- taka galeria osobliwości, w filmie Roba Zombie symboliczna, lekko kiczowata atrakcja turystyczna z gumy i plastiku, u Browninga jest przerażająca, bo prawdziwa. Nic w sumie dziwnego, że taki portret był szokujący dla odbiorców, przyzwyczajonych do wygodnego postrzegania "dziwolągów" jako wybryków natury pozbawionych duszy - i nagle przekonujących się, że prócz deformacji ciała, ci ludzie w niczym nie różnią się od nich samych. "Freaks" tuż po premierze zostało zakazane na ponad trzydzieści lat. Sama realizacja całości już była horrorem, ponieważ zdrowi i okaleczeni członkowie ekipy traktowali się wzajemnie z obrzydzeniem i niechęcią. Myrna Loy, kandydatka do roli Olgi Baclanovej, odrzuciła tę propozycję uznając, że scenariusz jest obraźliwy. Obecnie "Dziwolągi" są zaliczane w poczet klasyki, a według niektórych krytyków to wręcz najlepszy horror w dziejach kina.





Osobliwy strój klauna, noszony przez kapitana Spauldinga bez względu na okoliczności, ma w historii horroru tradycję bogatą. Od kultowych "Zabójczych klaunów z kosmosu" ("Killer Klowns from Outer Space",1988), które całe pokolenie lat osiemdziesiątych na dobre zniechęciło do tych skądinąd niby sympatycznych cyrkowych artystów, poprzez "Ducha" ("Poltergeist", 1982), "To" (IT, 1990) aż do komiksowego "Spawna" (1997) - klaun, miast bawić, zaczął się coraz natrętniej kojarzyć z czymś dokładnie przeciwnym. Zapewne dlatego, że w samej jego postaci jest coś nienaturalnego - makijaż wyrażający uczucia odwrotne do wyrazu twarzy sugeruje dwuznaczność i nieszczerość, maskowanie prawdy, oszustwo. Na tej samej zasadzie, emocją dokładnie przeciwstawną do śmiechu jest strach (chociaż bardziej oczywiste byłyby "łzy" - to jednak istnieje przecież coś takiego jak płacz z radości!).




Klaun wciągający w pułapkę za pomocą swojej pozornej nieszkodliwości i zabawnego wyglądu, to nie tylko kreacja filmowa. John Wayne Gacy, jeden z bardziej znanych seryjnych morderców w dziejach, również posługiwał się takim strojem (dlatego też potem prasa nadała mu oryginalny przydomek "Killer Clown"). W swoim cyrkowym wcieleniu odgrywał przedstawienia dla dzieci, jednocześnie wypatrując wśród nich przyszłych ofiar. Pod podłogą w jego mieszkaniu policja znalazła szczątki 27 chłopców, ostatecznie przyznał się do 33 zabójstw. Został skazany na karę śmierci, którą wykonano w 1994 roku (nawiasem mówiąc, siedział w celi przez czternaście lat). Jego ostatnie słowa brzmiały "pocałujcie mnie w dupę". I jak tu utrzymywać, że to filmy są kontrowersyjne, skoro w prawdziwym świecie zbrodniarz bezpiecznie ukryty za przebraniem klauna może działać przez kilka lat bez najmniejszych przeszkód?



Za plecami kapitana Spauldinga, na ścianie w głębi baru, widać reprodukcje obrazów Aleistera Crowleya. Crowley, brytyjski okultysta i mistyk, twórca filozofii zwanej Thelema, autor między innymi "Księgi Prawa" (którą, jak utrzymywał, napisał pod kierunkiem istoty o imieniu Aiwass), prorok nowego Eonu w dziejach ludzkości, którego władcą miał być egipski bóg Horus.




Niezwykłe wizje i tajemnicze zdarzenia towarzyszyły Crowleyowi przez całe życie. Fascynująca postać, do dzisiaj jest dla okultystów prawdziwą ikoną. Krążą o nim setki opowieści i jeszcze więcej plotek. Crowley, który zmarł w 1947 roku, obecnie jest bardziej symbolem niż postacią historyczną. Można rzec, że legenda przerosła jego dzieło. Właśnie nawiązanie do Crowleya u Roba Zombie - a właściwie dwa nawiązania, ponieważ w jednej ze scen filmu słychać odtwarzany z taśmy, w zwolnionym tempie, fragment wiersza autorstwa mistyka pod tytułem "The Poet" (bury me in a nameless grave - pochowaj mnie w bezimiennym grobie) - to dla niektórych dowód na to, że Zombie jest wyznawcą satanizmu. Aleister Crowley bowiem, nazywający sam siebie "Mistrzem Bestią" i uważający się za wcielenie Bestii z Apokalipsy św. Jana, bywa błędnie uważany za wyznawcę diabła, a nawet za duchowego mentora Kościoła Szatana. W rzeczywistości założenie jego filozofii było zupełnie inne: odrzucał cały świat wierzeń chrześcijańskich jako zacofany i zabobonny, a Bestię pojmował jako czynnik, który położy kres przestarzałym prawom i wyprowadzi ludzkość ku nowej, lepszej przyszłości. Toteż argument przemawiający za satanizmem Roba nie jest zbytnio trafny - ponadto on sam wielokrotnie zaprzeczał w wywiadach, jakoby był czcicielem Złego. Uważa się raczej za swoistego typu agnostyka ("ktoś tam w górze chyba istnieje, ale czy to akurat Bóg...nie wiem"). Kolejny dowód, jak łatwo przychodzi formułować opinie w oparciu o pozory.



Wprowadzeniu postaci bohaterów, którzy staną się niedługo ofiarami zbrodniczej rodziny Firefly, towarzyszy wzmianka o osobie, dla której podziwu Zombie nigdy nie krył - Charlesa Mansona. Konkretnie, dialog dotyczy członkiń jego Rodziny, które wraz z nim zostały skazane za ośmiokrotne zabójstwo, w tym żony Romana Polańskiego - Sharon Tate, i jej nienarodzonego dziecka. Susan Atkins, Patricia Krenwinkel i Leslie van Houten, w opinii naszych nieszczęsnych bohaterów, miałyby być atrakcyjnymi kandydatkami na randkę. O Mansonie nic więcej w filmie nie ma - kolejny raz Zombie mógłby pójść za daleko, ale tego nie robi.





Losy czworga młodych bohaterów są nawiązaniem do kilku różnych obrazów. Pierwszym jest "Wesołe Miasteczko" ("Funhouse", 1981), film Tobe'a Hoopera o grupie młodzieży, która postanawia spędzić noc w wesołym miasteczku i staje się celem dla psychopaty w masce Frankensteina; a kolejnym "Ostatni dom na lewo" ("Last House on the Left", 1972), debiut fabularny Wesa Cravena, który podsunął Robowi kilka pomysłów co do metod tortur stosowanych przez upiorną rodzinę Firefly. Przede wszystkim jednak największą inspiracją stał się inny film Tobe'a Hoopera, "Teksańska Masakra Piłą Łańcuchową" ("The Texas ChainSaw Massacre", 1972). Elementy, które Zombie zaczerpnął z klasyka Hoopera, to postój na posiłek na stacji benzynowej, autostopowicz (czy też, jak u Zombiego, autostopowiczka), podstępne zatrzymanie samochodu i ponury dom zamieszkały przez psychopatyczną rodzinę pod przywództwem Leatherface'a/Dr. Satana.




"Teksańska Masakra..." jest luźno oparta na wątkach z życia Eda Geina, który stanowił również pierwowzór Normana Batesa z "Psychozy" i Buffalo Billa z "Milczenia Owiec". Ogarnięty obsesją na punkcie kobiet, Gein za wszelką cenę sam pragnął kobietą zostać. Stąd jego łupieżcze wyprawy na cmentarz i okradanie świeżych grobów - w ten sposób zdobywał materiał na kostium z ludzkiej skóry. Zabił co najmniej dwie osoby - najpewniej było ich więcej, ale nie zdołano mu tego udowodnić. Gein nie był kanibalem (jak rodzina Leatherface'a), był nim natomiast Albert Fish. Zdjęcia jednego i drugiego widzimy podczas "pokazu terroru" w Muzeum Potworów i Szaleńców kapitana Spauldinga - to autentyczna dokumentacja, w tym osobliwe prześwietlenie lędźwiowych okolic Fisha, dowodzące oryginalnego zastosowania, jakie znalazł na własny użytek dla krawieckich igieł. Ponieważ Dr Satan zostaje zaprezentowany jako trzeci po Geinie i Fishu, mniej więcej można się domyślić, jakiego rodzaju to typ.



Leczenie chorób psychicznych poprzez operacje mózgu to pomysł niejakiego Antonio Egasa Moniza, nazywanego "ojcem psychochirurgii" i laureata Nagrody Nobla. Moniz opracował system usuwania depresji, majaków, schizofrenii, a także alkoholizmu za pomocą przecięcia połączenia nerwowego między płatami czołowymi mózgu. Pacjent stawał się po takiej operacji potulny i łagodny. Fakt, że tracił świadomość ciągłości własnego "ja" i możliwość racjonalnego myślenia i odczuwania, uznano najwyraźniej za niegodny wzmianki skutek uboczny. Taką operacje Moniz przeprowadził po raz pierwszy w 1936 roku, wprowadzając świat naukowy w zachwyt. W latach czterdziestych XX wieku wykonywano takich zabiegów na pęczki. Lobotomia przedczołowa, czy inaczej leukotomia, niejednokrotnie była tańszym rozwiązaniem niż długotrwałe leczenie chorego, toteż stosowano ją bez zahamowań. Jeśli kogoś przejmuje dreszczem myśl o szaleńcu porywającym się w obłąkaniu na wykonanie takiej operacji (ambicja, którą miał Dr Satan), to co powiedzieć o uznanym guru neurochirurgii, poważanym i utytułowanym doktorze Walterze Freemanie, który masowo okaleczał swoich pacjentów, dokonując na nich lobotomii za pomocą młotka do trepanacji i wprowadzonego przez otwór w czaszce szpikulca do lodu. Kiedy w 1965 uśmiercił w ten sposób jednego z chorych, pozbawiono go prawa wykonywania zawodu. W latach sześćdziesiątych potępiono metodę jako "barbarzyńską" - nim jednak do tego doszło, tylko w Stanach Zjednoczonych pozbawiono woli i osobowości ponad 50 tysięcy osób. Operowano zarówno chorych umysłowo, jak i homoseksualistów, nadpobudliwe dzieci i przeciwników politycznych.




Swoisty rodzaj lobotomii przeprowadzał na swoich ofiarach Jeffrey Dahmer, najbardziej chyba odrażający zabójca w dziejach kryminologii. Dlatego zyskał sobie przydomek "wiertniczego z Milwaukee". Jego metoda polegała na wierceniu otworu w czaszce oszołomionej narkotykami ofiary i powolnym wpuszczaniu przezeń roztworu kwasu. Dahmerem kierowało obsesyjne pragnienie absolutnej władzy i kontroli nad bezwolnym więźniem. Gdyby urodził się kilka dekad wcześniej, miałby szansę zostać psychochirurgiem, ale jako że przyszedł na świat za późno, pozostała mu jedynie kariera psychopaty.



Pod koniec "Domu 1000 trupów" widzimy coś na kształt podziemnego szpitala i więzienia jednocześnie, pełnego okaleczonych ludzi poddawanych rozmaitym eksperymentom medycznym. Wszystko jest nakręcone w szalonym tempie i przypomina senny koszmar wypełniony oderwanymi fragmentami obrazów w jaskrawych barwach. W całości właśnie te sekwencje można uznać za najmocniejsze - czy też, jeśli wola, za "najbardziej chore". Zanim jednak potępimy Roba Zombie za jego niezdrowe wizje, warto przypomnieć sobie przypadek Madame Delphine Lalaurie i jej małżonka. Zanim w 1834 ujawnienie ich sekretu wstrząsnęło Nowym Orleanem, prowadzili bez przeszkód swój proceder, jednocześnie ciesząc się poważaniem i sympatią wśród lokalnej społeczności. Madame Delphine wydawała prestiżowe przyjęcia, na które dostać zaproszenie było zaszczytem. Właśnie podczas jednego z takich przyjęć wybuchł pożar - strażacy, wezwani do ugaszenia ognia, zaciekawili się przyczyną okropnej woni dochodzącej z jednego z pokoi na wyższym piętrze. A skoro już się zaciekawili, to postanowili sprawdzić, czy wszystko w porządku.




Madame Delphine nie miała, jak widać, szpitala w podziemiach, ale przeznaczenie otwartego przez strażaków pokoju było mniej więcej podobne. Stanowił więzienie i miejsce kaźni dla kilkunastu ludzi. Część z nich, przykuta łańcuchami do ścian, już nie żyła. Inni byli przerażająco okaleczeni. Mężczyzna za pomocą chałupniczej chirurgii przeobrażony w kobietę, dziewczyna z otwartymi złamaniami ramion wepchnięta do ciasnej klatki, inną znowu żywcem obdarto ze skóry. Wszędzie stały naczynia pełne krwi, organów wewnętrznych i uciętych głów. Nie wiem, czy na odkrywcach tajemnicy małżeństwa Lalaurie coś jeszcze kiedyś mogło w ogóle zrobić jakieś wrażenie. Dalsze poszukiwania doprowadziły do odkrycia szkieletów innych ofiar najwyraźniej pochowanych żywcem. Do dzisiaj dokładna liczba ofiar tej pary nie jest znana, wiadomo jednak, że taki na przykład Ted Bundy był daleki, by im pod tym względem dorównać, a miał na sumieniu śmierć co najmniej 36 osób. Co gorsza, małżeństwo Lalaurie umknęło sprawiedliwości i nigdy nikt już o nich nie słyszał.



Czworo bohaterów - dwie dziewczyny i dwóch chłopaków - decyduje się na wycieczkę do szubienicznego drzewa otoczonego miejską legendą, czego z całą pewnością nie powinni byli robić. A wzięcie po drodze autostopowiczki było błędem podwójnym. Pomysł na osaczenie upatrzonych ofiar za pomocą działania z dwóch stron współpracującej pary ma tyleż odniesień do filmów, co i do rzeczywistości, przede wszystkim w historii zabójczych duetów damsko-męskich: kobieta bądź zwabiała upatrzony obiekt do samochodu (jak Karla Homolka) bądź też wcielając się w rolę autostopowiczki, ostatecznie przejmowała kontrolę nad samochodem i zawoziła więźniów tam, gdzie już czekał wspólnik (jak robiła Judith Neeley). Przebieg całej sytuacji w filmie Roba Zombie ma w sobie coś z klimatu miejskiej legendy - jest nią historia "Doktora Szatana", który zemknął z szubienicy, ale też autostopowiczka pojawiająca się znikąd i widmowy strzelec przywodzą na myśl opowieści tego typu.


Psychopatyczną rodzinę, na której łasce znalazła się pechowa czwórka, oprócz więzów krwi i makabrycznych upodobań, łączy również pewne umiłowanie rytuału, a ponadto skupienie wokół guru szukającego nowej drogi dla swojej filozofii. Wszystko to razem ponownie kojarzy się z Familią Charlesa Mansona, z tym, że jawi się jednak dosyć groteskowo. Halloween jako ważne święto celebrowane ze szczególnym zapałem przez mamę Firefly - rodzinna kolacja jak wyjęta z opowiadania Poego - i na domiar wszystkiego jeszcze karaoke w interpretacji blondwłosej Baby, rozchichotanej i prowokacyjnej, której nikt nie posądziłby w tym momencie o psychopatię, jeśli już, to najwyżej o kompletny brak mózgu. Najciekawszy jednak jest moment, w którym akcja dokonuje zwrotu. Goście wszak bynajmniej nie zostali uwięzieni. W każdej chwili mogą wyjść i tak też czynią. Tym samym fakt, że trafiają w ręce Firefly'ów ponownie, to wyłącznie wina ich nieodpowiedzialnych działań, które doprowadziły do wypadku. W gruncie rzeczy to oni są winni tego, co ich spotkało - w końcu chcieli się przecież dowiedzieć, czy za miejską legendą kryje się jakaś prawda - wolna nieprzymuszona wola. Ten konkretny element stanowi jedną z podstawowych różnic między schematem klasycznego horroru a mechanizmami faktycznych zbrodni. W horrorach bohaterowie uparcie robią to, czego robić nie powinni, i w konsekwencji - stają się ofiarami. Odwiedzają zakazane miejsca, recytują podejrzane inwokacje, lekceważą ostrzeżenia, słowem, sami się proszą o kłopoty. Natomiast podstawową cechą prawdziwego psychopaty jest pragnienie władzy i dyktowania warunków. Jego ofiarą może stać się każdy, kogo sobie akurat upatrzy - fakt, że ta osoba nie szukała kłopotów, nie oznacza bynajmniej, że kłopoty nie znajdą jej. Ta umowność właściwa gatunkowi horroru to ukłon w stronę przekonania "mnie to nigdy na pewno nie spotka" i tego, że bać się lubimy - ale z bezpiecznego zacisza fotela.



Od momentu, gdy ofiary Firefly'ów wpadają w ich ręce ponownie, ilość nawiązań zaczyna się mnożyć. Koniec, jaki spotyka Billa, wizualnie kojarzy się z "Potworem z Czarnej Laguny" ("Creature from the Black Lagoon", 1954), gdzie bohaterem jest stworzenie o wyglądzie człowieka-ryby właśnie. Scena, w której Baby skalpuje Jerry'ego, nawiązuje do sceny tortur z "Wściekłych psów" ("Reservoir Dogs", 1992), w której Mr. Blonde odcina ucho policjantowi. Jerry przypieczętował swój los odpowiadając błędnie na pytanie, jaka aktorka jest ulubioną gwiazdą Baby. Strzelił, że chodzi o Marylin Monroe, kierując się zapewne wyborem piosenki do karaoke: wykonywany przez pannę Firefly szlagier "I wanna be loved by you" Monroe śpiewała w "Pół żartem, pół serio". Gdyby Jerry miał lepszy klimat do zebrania myśli, poszedłby może tropem przydomka swojej oprawczyni i odgadł, że to Bette Davis jest właściwą odpowiedzią. A to z uwagi na "Co się zdarzyło Baby Jane?" ("What Ever Happened to Baby Jane?", 1962). Bette Davis odtwarza tu postać byłej dziecięcej gwiazdy, która z wiekiem popadła w zapomnienie, podczas gdy jej siostra, Blanche, zostaje hollywoodzką gwiazdą. Kiedy Blanche zostaje kaleką w wypadku samochodowym, trafia pod opiekę siostry, zdana na jej łaskę i niełaskę - a Jane daje ujście nienawiści i zazdrości, które dręczyły ją przez lata.





Przykuta do łóżka Mary ma na sobie strój Alicji z Krainy Czarów. Książka Lewisa Carrolla doczekała się najrozmaitszych interpretacji - rozważano seksualne implikacje wyprawy Alicji, dwie Królowe jako symbol dobra (słabego i bezwolnego) i zła (dla którego pułapką jest egoizm), przelot przez tunel jako nawiązanie do doświadczeń życia po śmierci i wiele innych, mniej lub bardziej sensownych. Natomiast nas może zainteresować fakt, że "Alicja w Krainie Czarów" ma status kultowej dla pedofilskiego podziemia. Najprawdopodobniej jednak ten zabieg nie sugeruje zakulisowo kolejnego zboczenia w rodzinie Firefly'ów - chodzi tutaj raczej nie o strój jako taki, ale o Krainę Czarów, do której trafia nieszczęsna Mary. Jeszcze dosłowniej widać to w scenie rytuału na cmentarzu, w której ofiary są przebrane w kostiumy królików, a droga do podziemnej Krainy prowadzi przez tunel.




Próba desperackiej ucieczki, podjętej przez Mary, kończy się fiaskiem, natomiast najbardziej znamienne wydają się słowa wypowiedziane z pogardą przez Otisa "uciekający człowiek w niczym nie różni się od królika. Biegnij króliku! Biegnij!". Dehumanizacja ofiary, sprowadzenie jej do roli zwierzęcia, to działanie wspólne większości seryjnych zabójców. W historii kryminologii niesławnymi zgłoski wybija się szczególnie jeden przypadek dehumanizacji posuniętej do absurdu - zbrodniarza z Alaski, Roberta Hansena. Hansen uprowadzał kobiety, a następnie wypuszczał je, zdezorientowane i przerażone, w głąb lasu, który w odróżnieniu od nich znał jak własną kieszeń. Wtedy rozpoczynał autentyczne polowanie - tak, jak gdyby śledził królika czy jelenia. Skoro jesteśmy przy surrealistycznym podziemiu, do którego trafia ostatnia z ocalałych bohaterek - Denise, podziemiu kojarzącym się ze skrzyżowaniem szpitala z salą tortur, warto wspomnieć o jeszcze jednym nazwisku. H. H. Holmes zasłużył sobie na opinię najgorszego seryjnego mordercy w dziejach Ameryki. Działał pod koniec dziewiętnastego wieku, a jego opinia łączy się w dużej mierze z hotelem, który prowadził, a który zyskał sobie potem miano "Castle of Horrors". Ocenia się, że śmierć znalazło tam około 150 osób, głównie kobiet. Podziemie zamku składało się z szeregu połączonych ze sobą komnat, wyposażonych w tajemne przejścia, ukryte zapadnie, zamaskowane korytarze i weneckie lustra. Niektóre z tych komnat przypominały sale operacyjne, inne gabinety tortur. Była wśród nich również autentyczna komora gazowa. Holmes, uważający się za naukowca i pioniera medycyny, za pomocą swojego "zamku" prowadził szeroko zakrojone badania zarówno psychologiczne (nad istotą ludzkiego strachu) jak i fizjologiczne (między innymi nad wytrzymałością tkanek). Kiedy to siedlisko makabry zostało ostatecznie odkryte i rozpracowane przez policję, pojawił się projekt przeobrażenia hotelu Holmesa w muzeum. Do dzisiaj nie wiadomo kto położył kres tym marketingowym projektom, podkładając pod siedzibę samozwańczego doktora ogień, który doszczętnie ją strawił. Można jedynie przypuszczać, że miał sporo zdrowego rozsądku.



Jak już wspominałam, "Dom 1000 trupów" był mocno zainspirowany "Teksańską Masakrą Piłą Łańcuchową". Reżyser "Masakry..." Tobe Hooper, rodowity Teksańczyk, podobnie jak większość jego ziomków, pozostaje pod przemożnym wpływem lokalnej - miło by było powiedzieć "legendy", ale niestety to czysta prawda. Wpływ ten zarysował się już w "Teksańskiej masakrze..." ale w pełni znalazł odzwierciedlenie dopiero w kolejnej produkcji Hoopera, "Eaten Alive" (1977). Joe Ball, bohater tych opowieści, mieszkał w Teksasie w latach trzydziestych XX wieku i prowadził miejscowy bar, popularny nie tyle z uwagi na atrakcyjność obsługi, ile ze względu na pupili hodowanych przez Balla w domowym basenie - pięć pięknych aligatorów. Ta lokalna atrakcja przyciągała ciekawskich jak magnes. Co bardziej odważni mieli okazję uczestniczyć w makabrycznych pokazach karmienia zwierząt. Jednak co faktycznie składało się na główne pożywienie aligatorów, tego publiczność miała się nigdy nie dowiedzieć. Ukochane zwierzątka były dla Balla jedynym w swoim rodzaju sposobem na pozbywanie się niewygodnych intruzów i kobiet, które mu się znudziły. Makabryczna historia tak idealnie wpasowuje się w stylistykę filmu Roba Zombie, że aż dziw, iż rodzina Firefly'ów nie ma basenu z aligatorami w ogródku.





Jedna z lepszych scen filmu, świetnie nakręcona, idealnie zbilansowana kolorystycznie, to scena wyroku dokonanego przez Otisa na policjancie. Została bezpośrednio zaczerpnięta z filmu "Prawdziwe Męstwo" ("True Grit", 1969) i stanowi reminiscencję ostatecznej rozgrywki między Roosterem Cogburnem (John Wayne - Oskar za tę rolę, jedyny w jego karierze) a Nedem Pepperem (Robert Duvall). Uprowadzenia cheerleaderek oraz ciało w bagażniku jako sygnał dla policji jednoznacznie kojarzą się z modus operandi tak zwanych "Dusicieli ze wzgórz" ("Hillside Stranglers"), Angela Buono i Kennetha Bianchi, którzy uprowadzali dziewczęta z campusów uniwersyteckich, torturowali je w sposób przypominający przesłuchanie, po czym dusili i porzucali albo na wzgórzu, albo właśnie w bagażniku samochodu tuż pod nosem policji, zostawiając tym samym dochodzeniowcom czytelny sygnał.




W "Domu 1000 trupów" oprócz nawiązań i symboliki zaczerpniętej bądź to z historii kryminologii, bądź to z klasyki filmu, są również autentyczne ujęcia z kilku filmów, konkretnie "The Old Dark House" (1932), "Wilkołak" ("The Wolf Man", 1941) i "Dom Frankensteina" ("The House of Frankenstein", 1944), "Munster, go home" (1966) ; z serialu, na którym ten ostatni był oparty, "The Munsters" (1964) i wreszcie z pierwszej części kontrowersyjnej serii filmów dokumentalnych "Oblicza śmierci" ("Faces of Death", 1978), zakazanej w 46 krajach. Dom rodziny Firefly'ów to ten sam, który w 1982 zagrał w "The Best Little Whorehouse in Texas". "Dom 1000 trupów" jest hołdem złożonym przez Roba Zombie twórcom jego ukochanego gatunku - horroru. Oprócz Tobe'a Hoopera i Wesa Cravena, są to Sam Raimi ("Martwe zło" - "The Evil Dead", 1981) i John Carpenter ("Halloween", 1978). Maska noszona przez "Małego" pochodzi z "Mother's Day" (1980) filmu o grupie kobiet, które podczas wycieczki do lasu wpadają w ręce psychopatycznej matki i jej dwóch synalków, specjalizujących się w odtwarzaniu tortur znanych im z ekranu telewizora. Wrzask Baby, która domaga się wyłączności w rozprawieniu się z uciekającą Mary, co ostatecznie czyni opowiadając makabryczną bajeczkę o króliku - cała sekwencja pochodzi z niszowego horroru "The Child" (znanego również jako "Zombie Child", 1977) - filmowego poradnika dla dzieci pragnących rozprawić się z nudnymi guwernantkami.


Klasyfikowanie "House of 1000 Corpses" jako brutalnej wizji, w której brak po równo, opamiętania i dobrego smaku, jest dla tego filmu wybitnie krzywdzące. Rob Zombie niewątpliwie stworzył nową jakość dla gatunku, który sobie ukochał - horroru. Zrobił to oddając hołd wszystkim swoim fascynacjom na przestrzeni wielu lat obcowania z kinem, z pełną świadomością, że chcąc zaistnieć na niwie kinematografii, nie może odcinać się od wszystkich, którzy tworzyli przed nim. Widać w tym filmie ślady dziecinnego zachwytu towarzyszącego pierwszym kontaktom z kinem, efekty wypracowywania własnego stosunku do filmów mających status kultowych, podziw twórcy dla pionierów gatunkowych rozwiązań, drogę buntownika do kształtowania własnej filozofii. To oczywiste, że zadaniem tego filmu jest szokować. Jest zrealizowany w ostrej, dynamicznej, teledyskowej wręcz konwencji, cytuje i trawestuje, natomiast nie komentuje ani też nie stawia tez. Wszystko to jednak, co jawi się u Zombiego na kształt fajerwerków przemocy bez sensu i szaleństwa bez koncepcji, to zjadliwie nasycony portret degeneracji ludzkiej natury, która nie zna granic w okrucieństwie, perwersji i brutalności. Przełożenie tego na język filmowy to nie zbrodnia ani nie dowód na zachwianie umysłu reżysera. Kino jest iluzją, natomiast fakt, że do tego stopnia może czerpać z życia i jednocześnie zostać posądzone o makabryczną przesadę, to tylko dowód, że pewnych rzeczy wygodniej nie dostrzegać. To narzucona widzowi perspektywa szaleńca jest naprawdę poruszająca, nie zaś festiwal horroru, który zafundował nam reżyser. Cokolwiek myśleć o zasadności tej kreacji, jakkolwiek oceniać jej równowagę czy dystans, "Dom 1000 trupów" tworzy zdecydowanie nową jakość - i jako spadkobierca całej historii horroru, i jako przeobrażone w jaskrawą groteskę usystematyzowanie najbardziej pamiętnych casusów z dziejów kryminologii. Być może to właśnie Rob Zombie po raz pierwszy w tej formie zobrazował, jak ludzki umysł broni się przed pułapkami, które czają się w nim samym - dopuszczając je do głosu, ale jedynie dla potrzeb taśmy filmowej.

Gorące buziaczki dla DUXa za wyszperanie zdjęć! ;)




Wyślij e-mail Autorka analizy:
Karolina Chymkowska - DEJNA
Klub Miłośników Filmu
20.04.2006