Strona główna KMF

      

"Dom latających sztyletów" to kolejna po "Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku" i "Hero" przepiękna wuxia. Podobnie jak wspomniany "Bohater", ten film również reżyseruje Zhang Yimou - w tej chwili najbardziej znany chiński filmowiec, wielokrotnie nominowany do Oscara, laureat nagród na festiwalach w Cannes, Wenecji i Berlinie. "Dom latających sztyletów" na pewno nie jest tak efektowny jak film z Jetem Li (przyp. "Hero"). Nie ma aż takiego rozmachu, brakuje bitew z udziałem setek (czy nawet tysięcy) statystów. To raczej kameralna, ale też świetnie zrealizowana historia miłosna (zresztą początkowo film miał nosić tytuł "Lovers"). Piękna, choć smutna - bardziej przypomina wcześniejsze filmy Yimou, w których skupiał się na ukazywaniu psychologicznych portretów bohaterów i szarpiących nimi uczuć.

Akcja "Domu..." rozgrywa się w IX wieku naszej ery, podczas zmierzchu dynastii Tang, kiedy całe Chińskie Imperium targane było poważnymi wewnętrznymi konfliktami. Jedna z grup rebeliantów zwie się 'Dom Latających Sztyletów'. Kapitan Leo, na polecenie władz najwyższego szczebla ma schwytać nowego przywódcę buntowników. Wraz z kapitanem Jin układa misterny plan mający na celu przybliżyć ich do kryjówki wroga. Podejrzewa, że nowa tancerka (niewidoma Mei) jest córką poprzedniego przywódcy rebeliantów. Jin udaje się do pełnego kurtyzan Pawilonu Piwonii by obejrzeć jej występ. Niesamowicie piękna i zmysłowa dziewczyna potrafi rozpalić serce nawet najtwardszego wojownika. Kiedy zostaje aresztowana, zakochany w niej młodzieniec postanawia pomóc jej uciec...
 

Przez pierwsze pół godziny film oglądało się zaledwie dobrze, ale nic ponad to. Później jednak, niesamowite, jakże zaskakujące zwroty akcji wynagrodziły wszystko. "Dom latających sztyletów" to także (a może przede wszystkim) olśniewająca wizualnie opowieść! Aż trudno uwierzyć, że operator Zhao Xiaoding debiutuje tym filmem! Początkowy przepych Pawilonu Piwonii kontrastuje z późniejszymi jesiennymi barwami drzew. Aż chciałoby się krzyknąć "złota polska jesień" gdyby nie to, że... zdjęcia kręcono na Ukrainie. Także do choreografii walk trudno się przyczepić; odpowiedzialny za nią Siu-Tung Ching może jeszcze nie ma takiej renomy jak Yuen Woo-Ping, ale pracując na planie filmów Tsui Harka, Johna Woo czy Stephena Chow (a także przy wspomnianym "Hero") pokazał, że doskonale zna się na swoim fachu. Niektóre sekwencje są jakby żywcem wyjęte z baletu, choć wiem że nie każdemu wire-dancing odpowiada. I tu dochodzi do małego zgrzytu.
Oglądałem film w grudniu w krakowskim kinie Kijów na XVIII Forum "Wokół kina", gdzie prezentowano nowości na rok 2005 naszych polskich dystrybutorów. Olbrzymi ekran, wyrobiona publiczność... wręcz idealne warunki chciałoby się rzec. A jednak... głupawe wybuchy śmiechu u niektórych osób na sali poważnie utrudniały odbiór filmu. Rozumiem, że jeszcze cztery lata temu kiedy wszedł do kin "Przyczajony tygrys...", niektórzy mogli tak się zachowywać, gdyż zetknęli się z czymś nowym i nie za bardzo wiedzieli jak zareagować. Ale późniejsze "Matrixy" i inne amerykańskie filmy akcji powielały ten schemat, starając się zaznajomić zachodniego widza z wire-dancingiem. Jednak kiedy słyszę, że już na przedpremierowych pokazach połowa sali pokłada ze śmiechu, to co będzie gdy film wejdzie do normalnej dystrybucji i w weekendy rzuci się do multipleksów popcornowa publiczność? A przecież już kilka osób wybuchających w nieodpowiednich momentach śmiechem może skutecznie popsuć nastrój filmu i - co za tym idzie - przyjemność oglądania. A szkoda by z tak pięknego dzieła jakim niewątpliwie jest "Dom latających sztyletów" zostało tylko wspomnienie, że był to bardzo wesoły (szczególnie, że wprost przeciwnie - nie jest) film. Jeśli więc komuś nie odpowiada ta konwencja, niech lepiej wyjdzie z kina i pozwoli dokończyć seans tej reszcie, która też zapłaciła za bilet, a potrafi docenić dzieło Yimou w ciszy i spokoju. A pośmiać się będzie jeszcze okazja na dwóch fenomenalnych komediach wire-fu, z których przynajmniej jedna na pewno dotrze do Polski. Mowa o "House of Fury" i oczywiście "Kung Fu Hustle" Stephena Chow, największym przeboju z Hong Kongu, który właśnie zaczął podbijać Amerykę. Po seansie "House of Flying Daggers" w na zawsze w pamięci zostanie scena tańca w Pawilonie Piwonii, walka w bambusowym lesie i końcowa potyczka ze zmieniającymi się porami roku w tle. Plus oczywiście nieodparta chęć obejrzenia kolejnego filmu utrzymanego w tym stylu.


 

Jeszcze kilka zdań o trójce głównych aktorów.

Zhang Ziyi (Mei)
Po czasach Gong Li, to kolejna muza reżysera i chyba najbardziej znana chińska aktorka. Zagrała w trzech najważniejszych filmach wuxia ostatnich lat - "Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok", "Hero" i właśnie "Dom latających sztyletów". To że potrafi znakomicie walczyć udowodniła już nieraz, jednak w tym ostatnim dodatkowo tańczy i śpiewa! Zagrała gościnnie w kilku koreańskich i amerykańskich produkcjach. Ma dopiero 25 lat i w przyszłości wróży jej się wielką karierę w Hollywood.

Takeshi Kaneshiro (Jin)
Pochodzący z Tajwanu Japończyk, który od wielu lat kręci filmy w Hong Kongu. Występował u Wong Kar-Waia a także pamiętany jest z głównej roli w "Turn left, turn right" - filmu zrealizowanego na podstawie wiersza naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. Gracze powinni kojarzyć go z bohaterem popularnej gry video "Onimusha".

Andy Lau (Leo)
Supergwiazdor z Hong Kongu. W nieco ponad 20 lat wystąpił w blisko 130 filmach!
Grał u Wong Kar-Waia i w znakomitych filmach akcji Johnny'ego To, oraz w nominowanym w 16 kategoriach do Hong Kong Film Awards głośnym dramacie policyjnym "Infernal Affairs".

 

DOM LATAJĄCYCH SZTYLETÓW
SHI MIAN MAI FU (HOUSE OF FLYING DAGGERS)

 

Reżyseria: Zhang Yimou

Scenariusz: Zhang Yimou, Bin Wang,
Feng Li
Zdjęcia: Zhao Xiaoding
Montaż: Long Cheng
Muzyka: Shigeru Umebayashi
Kostiumy: Emi Wada
Produkcja: William Kong, Zhang Yimou

Rok produkcji: 2004
Data premiery w Chinach: 16.07.2004
Data premiery w Polsce: 15.04.2005
Dozwolony od lat: 12

Obsada:

Zhang Ziyi
Takeshi Kaneshiro
Andy Lau
Dandan Song




e-mail  Autor recenzji : Michał Klimaszewski - GR@IL

 


Klub Miłośników Filmu | 14.IV.2005