W roku 1817 Adolf Coustine pisał w liście do Rahela Varnhagena, że za
plecami narodu niemieckiego niezależnie od pory dnia, czy nocy, niezależnie od
tego, czy mówimy o pisarzu, kompozytorze, czy zwykłym człowieku ciężko
zarabiającym na życie kryje się świat tajemniczy. Rzeczywistość, która niczym
nieproszony gość zagląda przez dziurkę od klucza umieszczoną w drzwiach świata
logiki, suchego pragmatyzmu i racjonalizmu. Duch germański nigdy nie zaczął
wierzyć w hasła lansowane przez najtęższe umysły epoki oświecenia. Jego korzenie
sięgały o wiele głębiej – gdzieś do świata mitów, podań, legend. Do świata, w
którym życie nie jest jedynie domeną organizmów oddychających powietrzem.
Podświadomie każdy Niemiec wierzy, że niegroźnie wyglądający przedmiot
codziennego użytku może z cierpliwością obserwować swojego właściciela tylko po
to, by w odpowiednim do tego momencie – z diaboliczną przyjemnością – zrujnować
jego plany . Każdy Niemiec zdaje sobie sprawę z istnienia „demoniczności”,
rozumianej jednak nie jako rzeczownik utworzony dla nazwania zabiegów
szatańskich. Demoniczności w ujęciu Goethego, czyli sfery, której nie da zbadać
się rozumem. Sfery nienależącej do natury człowieka, ale w jakiś niezwykły
sposób na tę naturę wpływającej. Nic dziwnego, że po klęsce na polach I wojny
światowej. W czasach niepewnych, nękanych hiperinflacją doprowadzającą na skraj
ruiny setki tysięcy mieszkańców dumny duch germański nie mógł upatrywać przyczyn
porażki jedynie w świecie ekonomii i polityki. Przypuszczenia ingerencji sił
diabolicznych potwierdzały gwiazdy epoki, psychologia głębi ze swym ojcem
Zygmuntem Freudem. Naród niemiecki skierował swe myśli w stronę epoki minionej –
romantyzmu, który wśród opowieści o upiorach, demonach i miłości szalonej,
gdzieś między wierszami, próbował przemycić receptę na życie, sposób na
poradzenie sobie z marnością racjonalnej rzeczywistości. W duchu fascynacji
mrocznym, wręcz paranoicznym klimatem opowiadań Alana Edgara Poego, czy E.T.A.
Hoffmana, fascynacji freudowską hipotezą podświadomości i hipotezą świadomości
kolektywnej ucznia Freuda, Carla Gustava Junga powstał jeden z pierwszych
prawdziwych horrorów w historii kina – świat widziany oczyma szaleńca,
Gabinet Doktora Caligari.
Obok późniejszego o siedem lat
Metropolis Fritza Langa najpopularniejszy film wywodzący się
z nurtu niemieckiego ekspresjonizmu filmowego. Niemniej, od
Metropolis zupełnie
inny, tworzący zupełnie nową jakość, a nawet – jak chcą krytycy – nowy styl w
obrębie samego nurtu ekspresjonistycznego, kaligaryzm. Styl pozwalający twórcom
scenariusza – Carlowi Mayerowi i Hansowi Janowitzowi – stworzyć pierwszy w
dziejach kinematografii film, który w sposób tak skrupulatny, pełny i świadomy
stworzył arzeczywistość. Zaprzeczenie świata oglądanego na co dzień, emanację
germańskiego ducha zastanawiającego się co począć po spektakularnej klęsce
wszelkich ideałów promowanych, ponoć, przez przedstawicieli epoki czystego rozumu.
Na reżysera wybrano Roberta Wienego (niektóre źródła mówią, że padło na niego,
ponieważ Fritz Lang był wówczas zajęty kręceniem swojego filmu przygodowego,
Pająków). Sprawami produkcji zajmowali się Erich Pommer i Rudolf Meinert (wkład
Pommera znacznie się dziś przecenia, tym samym zapominając o roli Meinerta). Do
głównych ról zaangażowano późniejsze ikony kina niemieckiego lat dwudziestych –
Wernera Kraussa i Conrada Veidta z grupy teatralnej Maxa Reinhardta. Całości
dopełnili plastycy odpowiedzialni za stworzenie scenografii – Hermann Warm,
Walter Reimann i Walter Rohrig (wszyscy skupieni w ekspresjonistycznej grupie
artystów działających na terenie Berlina).
I to właśnie ostatnia trójka w największym stopniu przyczyniła się do stworzenia
legendy
Gabinetu Doktora Caligari, tworząc utrzymane w duchu epoki dekoracje,
przypominające świat zdeformowany przez skory do ekstazy i strachu umysł
szaleńca. Na ogromnej wielkości płótnach namalowano rzędy domów, które kłócą się
ze wszelkimi prawami współczesnej myśli architektonicznej. Brak wśród nich kątów
prostych, czy takich linii. Gzymsy drapieżnie wspinają się ku niebu, by za
moment – bezdźwięcznie łamiąc się w połowie drogi – zacząć pikować w dół. W
pewnym momencie dosięgają konturu ściany, która przechyla się na bok, jak słabe
drzewo targane potężnym wiatrem. Niemniej, ściana wcale nie ma zamiaru runąć
tak, jak mogłaby runąć wspomniana roślina. Jej krzywizna, w otaczającym
bohaterów świecie, zdaje się być naturalna, w pełni usprawiedliwiona. Pomiędzy
diabolicznymi domostwami pełzną uliczki, pełne zakrętów i cieni. Artyści z „Der
Sturm” wielokrotnie ofiarowują im drugie życie – wypuszczają w dalszą drogę
malując ich kręte zakończenia na pionowych płótnach okalających szczelnie
zamknięte atelier. Dookoła latarnie bazujące na figurze trójkąta, dalekie jednak
od jakiejkolwiek regularności figury. Przypominające wieka trumien drzwi
otwierane pod rozmaitymi kątami, niekształtne futryny straszące widza
dziesiątkami kątów ostrych. Krajobraz miasta wyglądający, jak karykatura
biblijnej Wieży Babel i wszechobecna czerń dominująca nad elementami bieli. Oto
wizja Warma, Reimanna i Rohriga. Pytanie – skąd ten pomysł?
|
 |
 |
|
Zrodził się w głowie trójki po
przeczytaniu scenariusza dostarczonego przez - tu rzecz ważna - Meinerta, a nie
Pommera. Zwróciwszy uwagę na fakt, że producent wykonawczy zwraca się o poradę
odnośnie scenariusza do grupy artystów plastyków możemy zauważyć, jak wielką
rolę odgrywali oni na planie filmowym w czasach Republiki Weimarskiej.
Członkowie „Der Sturm” od razu zaczynają szkicować projekty scenografii, by
następnego dnia przedstawić je Meinertowi i Wienemu. Reżyser od razu zgadza się
na przedstawione przez grupę propozycje. Meinert – przezornie – prosi o dzień
namysłu, by w końcu przekazać dekoratorom znamienne słowa: „Wykonajcie mi te
dekoracje w możliwie najbardziej zwariowanym stylu”. Znana jest również relacja
Pommera, w której nacisk położony jest na finansowe kwestie produkcji
Gabinetu.
Przypomina w niej postawę Warma, Reimanna i Rohriga – pełną zapału do
eksperymentów formalnych - i propozycję stworzenia dekoracji malowanej na
płótnach. Podsumowuje wywód stwierdzeniem, że taka forma scenografii odpowiadała
zarówno artystom, jako pełna możliwości dla pracy twórczej, i jemu – płótno było
oczywiście o wiele tańsze, aniżeli dekoracje wykonywane z tworzyw sztucznych.
Świat odmalowany na płachtach materiału jest – zgodnie z doktryną
ekspresjonistyczną – odbiciem zbiorowej duszy narodu, ale i – druga ścieżka
interpretacji – odbiciem świata widzianego oczyma szaleńca. Zagłębiając się
nieco dalej dostrzeżemy, że dwie ścieżki łączą się ze sobą w punkcie, o którym
mówiliśmy na początku. Łączy je punkt demoniczności. To właśnie ona sprawia, że
po trosze każdy z nas jest takim szaleńcem. Potwierdza to hasło reklamowe do
filmu – w końcu, skoro widzimy świat oczyma szaleńca, a odbieramy go za pomocą
własnych oczu to niespełna rozumu jesteśmy właśnie my.
Niemniej, dekoracja nie oddaje obrazu społeczeństwa jedynie w warstwie
filozoficznej. Zarówno ona sama, jak i kostiumy bohaterów oscylują od głębokich
czerni do nieskazitelnych bieli. Jesteśmy świadkami charakterystycznej dla
ekspresjonizmu poetyki kontrastu, która – w przypadku
Gabinetu Doktora Caligari
najlepiej widoczna jest w momencie porwania Jane przez Cezara (Cezar – zło,
czyli kruczoczarne ubranie, Jane – niewinność, czyli nieskazitelnie biała
suknia). Tłumaczenie relacji pomiędzy bohaterami za pomocą kontrastu najpewniej
wynika z doktrynalnych założeń wyłożonych niegdyś przez Paula Wegenera (autor
Golema), w których zauważa, że należy wyzwolić kino od literatury, czy teatru i
zacząć posługiwać się środkami samego obrazu – stworzyć obraz, który mówi sam za
siebie. Charakterystyczne dla nurtu są podwyższone siedzenia przedstawicieli
wyższej klasy społecznej – oczywiście mają na celu wyniesienie ich ponad
przeciętnych zjadaczy chleba, ale – co wydaje się rzeczą pewną – pełnią również
funkcję parodystyczną. W końcu, zbyt rażąca hiperbola musi prowadzić do
śmieszności. Następnie, warto zwrócić uwagę, jak dekoracja współgra ze stanem
emocjonalnym bohaterów występujących w opowieści. Do tego celu warto przypomnieć
scenę, w której niesłusznie oskarżony rzezimieszek siedzi w więziennej celi
zakuty w ciężkie kajdany. Zauważmy, że wszystkie czarne linie (zdobiące, czy
szpecące celę, jak z sennego koszmaru) zbiegają się od góry, w kierunku więźnia.
Tak, jakby wskazywały na niego, celowały swymi zaostrzonymi końcami w jego marną
osobę. Gdzieś nad nim majaczy jedno z tych niezwykłych i groźnych okien, które –
jak się zdaje – znajduje się tam jedynie po to, by zrobić mu na złość. Jest za
wysoko, by mógł w nie spojrzeć, za wysoko, by mógł nim uciec. Po prostu jest,
nic więcej. Dekoracja więzienia oddaje więc stan psychiki niewinnie osadzonego
więźnia. Oto wszystkie złe siły (symbolizowane przez czarne elementy
architektury) zbiegają się w jego kierunku, niesłusznie oskarżają. Gdzieś w
głowie kołacze się jeszcze wola ucieczki, włącza się mechanizm obronny, ale
kajdany przekreślają możliwość jakiegokolwiek manewru (symbolika niedostępnego
okna).
Ponad to, należy zaznaczyć wpływ, jaki na artystów grupy „Der Sturm” miał teatr
Maxa Reinhardta, święcący triumfy w powojennych Niemczech. Sam Reinhardt
zdecydowanie sprzeciwiał się filozoficznej warstwie ekspresjonizmu, ale w
warstwie stylistycznej to właśnie jego teatr oddziałał na twórców nowego nurtu.
To właśnie z desek jego scen wypłynęła fascynacja światłocieniem, czy
nowatorskie użycie dekoracji. Idea złamania dualizmu sceny i widza. Wizje
nawiedzonych miast, złowieszczych domów i diabolicznych uliczek pojawiały się
natomiast w minionych epokach, chociażby u Ludwiga Tiecka, potem w słynnym
Golemie Meyrinka.
|
 |
 |
|
Zamknąwszy sprawę dekoracji wspomniałem o teatrze Maxa Reinhardta. To właśnie
spod jego skrzydeł na plan filmowy trafili Krauss i Veidt – Doktor Caligari i
somnambulik Cezar. I jedynie ta dwójka w pełni oddała klimat narzucany przez
dekoracje ekspresjonistów. Podczas, gdy inni aktorzy nie żałują teatralnej
mimiki pełnej niekontrolowanych grymasów, energicznych wymachów rąk, czy
sztucznie wyglądających uderzeń emocji, Krauss i Veidt wydają się być niemal
elementem scenografii, który co jakiś czas wynurza się z groźnie wyglądającej
ściany, by zabrać co swoje i wrócić na miejsce spoczynku. Ich ruchy ograniczone
są do minimum (patrząc w kategoriach obowiązujących w latach dwudziestych), w
zestawieniu z motłochem miasta od razu wydają się być inni, obcy, groźni. Ponad
to, tworzą postacie ikoniczne dla nurtu. Bohaterów wyrastających z
ekspresjonistycznej fascynacji ludźmi psychicznie chorymi, machinalnie złymi.
Ludźmi, którzy potrafią zabić z zimną krwią jedynie po to, by spełnić swój
obłąkańczy cel, którym – wielokrotnie – okazuje się jedynie chęć niszczenia.
Jednym zdaniem – razem z oczyma somnambulika Cezara otwiera swe oczy kino grozy,
które już za kilka lat powróci z
Nosferatu Murnaua.
Odnośnie samej fabuły (od której streszczania powstrzymałem się ze względu na
to, że tym razem to nie ona stanowi o wielkości filmu) interesującym jest fakt,
że jej socjologiczna wymowa, którą prostolinijnie wyrażała w swej pierwotnej
formie, musiała zostać zmieniona. Prolog i epilog – zamykający całą opowieść w
obrębie majak znajdującego się na spacerze pacjenta zakładu dla umysłowo chorych
– został dodany po ukończeniu pierwszej wersji scenariusza. Bez uzupełnienia
przenoszącego historię w dziwny świat pensjonariusza domu wariatów historia
miała być próbą przedstawienia autorytetu społecznego, jakim był wówczas doktor
psychiatrii, w skrajnie niekorzystnym świetle. Przedstawienia uczonego, jako
kuglarza wykorzystującego swoją władzę do szatańskich sztuczek. Miał być zatem
Gabinet Doktora Caligari, prócz horroru, krytyką społeczeństwa burżuazyjnego i
mieszczańskiego (ekspresjonizm z wielką pasją przejął ją z pism Fryderyka
Nietzschego). Krytyką społeczeństwa, które głosząc światłe hasła pozwoliło
na wybuch krwawej wojny. Bitwy, w której pomiędzy zmasakrowanymi ciałami poległ
również dumny duch germański – duch Goethego, Schillera.
|
 |
 |
|
Gabinet, mimo niewątpliwego wpływu na kinematografię ekspresjonistyczną i
kinematografię w ogóle, spotkał się również z niemałą krytyką. Pod kątem ideowym
najsłynniejszą pracą pejoratywnie oceniającą film Wienego (i sam ekspresjonizm
filmowy) jest studium
Od Caligariego do Hitlera Siegfrieda Kracauera. Sam
tytuł mówi wiele – praca przedstawia niemiecki ekspresjonizm filmowy, jako nurt,
który poszukuje w świecie wodza, siły demonicznej, która będzie w stanie
podźwignąć Niemcy i doprowadzić je do wielkości. Patrząc ze stosownej
perspektywy wiemy, że pewien wódz się odnalazł. W opozycji do Kracauera
występuje Lotte H. Eisner – autorka monografii ekspresjonizmu zatytułowanej
Ekran demoniczny. W jej ujęciu
jest to po prostu doniosły moment w sztuce narodu niemieckiego i faza filmu,
która była dla niego jedną z największych prób w historii medium. Oto, za sprawą
ekspresjonizmu, film udowodnił sam sobie, że może porzucić swoje silnie
mimetyczne założenia i kreować światy wyśnione, sztuczne. Triumfu ekspresjonizmu
nie doszukuje się jednak w słynnym gabinecie, a w twórczości Murnaua. Filmowi
Wienego w pewnym sensie zarzuca sprowadzenie filmu niemieckiego na drogę
kończącą się ślepym zaułkiem już w momencie, w którym z ekranu kinowego znika
ostatni kadr
Gabinetu. Kaligaryzm przedstawia jako podrzędną, względem kina
plenerowego, formę wypowiedzi. Zauważa, że sztuką prawdziwą jest wydobycie grozy
i niezwykłości ze świata realnego, a nie ze specjalnie spreparowanych płócien
sztucznego atelier. Ponad to, wskazuje na szereg filmów nieudolnie naśladujących
stylistykę kaligaryzmu –
Genuine, Raskolnikow… Wielu krytyków zwraca również
uwagę na niejednolitość dekoracji. Wśród diabolicznych płócien widzimy bowiem
normalne meble, przedmioty. Pytanie, czy pozostawienie elementów świata
rzeczywistego to przeoczenie ze strony artystów „Der Sturm”, czy celowy zabieg
mający na celu powiedzieć – to właśnie tak wygląda nasz świat po zburzeniu
sztucznej fasady życia codziennego?
Do zarzutów Kracauera, Eisner, czy jakiegokolwiek innego krytyka musimy
ustosunkować się osobiście. W moim odczuciu analiza Kracauera jest po prostu
chybiona – to ahistoryczna nadinterpretacja, w kilku momentach trafna, ale w
ogólnym wydźwięku pozbawiona głębszego sensu. Z Eisner zgadzam się jedynie w
momencie, w którym wspomina o ślepej uliczce, którą był kaligaryzm. Kaligaryzm,
który w pełni zabłysnął jedynie raz, by z każdym kolejnym filmem stawać się
własną parodią. Ogólne wrażenie po seansie
Gabinetu doktora Caligari
zostanie w mojej pamięci jeszcze bardzo długo, od niego zaczęła się bowiem moja
znajomość z niemieckim ekspresjonizmem filmowym i, do tej pory, jedynie jeden
film pochodzący z tego nurtu był w stanie zdeklasować historię o somnambuliku i
obłąkanym doktorze. Była to
Zmęczona Śmierć Fritza Langa, ale o niej
innym razem. Miejmy nadzieję, że przy takiej samej okazji, czyli przy oficjalnej
polskiej premierze kinowej. Gorąco polecam odwiedzić salę z wielkim ekranem i
spojrzeć na świat oczyma szaleńca, którym każdy z nas, niezależnie od czasów i
narodowości, jest gdzieś głęboko w środku.
Słowo więcej na temat samego nurtu:
KLIK