|
Na wstępie zaznaczę, że nigdy nie byłem wielkim fanem "Dragon Balla". W czasach wielkiej manii nie miałem RTL 7, na którym był on emitowany, a kiedy wreszcie dostałem dostęp do tego kanału, już pod nazwą TVN 7, DB po dokończeniu serii został zdjęty i nigdy więcej na antenę nie powrócił. Mimo, że nie jestem oddanym fanem Goku i spółki, podobnie jak większość widzów na całym świecie, uważam, że "Dragon Ball" jest nieprzekładalny na język filmu aktorskiego. Co wygląda dobrze w Anime, nie musi dobrze wyglądać w wersji z prawdziwymi ludźmi. Amerykańscy producenci postanowili przekonać się o tym na własnej skórze i aktorskiego "Dragon Balla", mimo wszystko, zrobić. Na stołku reżysera zasiadł James Wong, twórca "Oszukać przeznaczenie", twórca 'nierówny', bo mający na koncie nieudaną produkcję "Tylko jeden" z Jetem Li i Jasonem Stathamem.
Niestety, Wong i producenci, zamiast nakręcić film na poważnie, zrobili z niego dziecinadę z kategorią wiekową PG. W głównych rolach grają "aktorzy" przypominający raczej uczestników programów MTV, niż postaci filmowe. Równie dobrze mogliby zatrudnić Paris Hilton i Zacka Efrona. Są tak samo podobni do postaci z DB, jak obecna obsada. Może jeszcze Justin Chatwin grający Goku, jakoś się broni. Scenariusz to zbiór schematów starych jak kino, a twórcy nie starają się nawet udawać, że jest inaczej. Sama fabuła jest na siłę połączona z legendarnym Anime. Gdyby zmieniono imiona bohaterów, chyba nikt nie skojarzyłby tego filmu z "Dragon Ballem". Na dodatek, od niektórych scen po prostu bije głupota. Przykładowo: bohaterowie szukając jednej ze smoczych kul, wchodzą do jakiegoś podziemnego świata, gdzie płyną rzeki lawy. Tam atakują ich sługusy Lorda Piccolo, głównego badguya filmu. Goku wrzuca ich do lawy, robiąc sobie z ich ciał mostek, który pozwala mu przejść na wysepkę, gdzie leży kula. Skacze sobie po nich i bierze swoje trofeum.
Wracając do obsady. Uświadczyłem aktorskiego drewna naprawdę wysokiej klasy. Wszyscy jakby zmówili się, że będą mieli jedną minę i będą robić wszystko, żeby nie stworzyć wiarygodnych, pełnokrwistych bohaterów. Wyjątkiem jest Chow Yun-Fat, który raz jest poważnym mistrzem, raz błaznem. Niestety, totalnym błaznem. Żal mi go. Pamiętam tego aktora jako jednego z największych twardzieli lat 80. z filmów Johna Woo. Teraz gra podstarzałego, głupkowatego mistrza. Widząc jego miny, odniosłem wrażenie, że świetnie do tej roli pasowałby Jackie Chan.
Największą pomyłką jest Lord Piccolo. Niby jest niepokonaną istotą, która kiedyś omal nie zniszczyła Ziemi, ale nic w filmie tego nie potwierdza. Nie ma ani jednej sceny, która pokazałaby jego potęgę. Rzuca kilka ognistych kul i tyle. Sama charakteryzacja postaci wygląda fatalnie. Jest zgniło zielony i nosi plastikową zbroję. Przypomina Lorda Zeda z "Power Rangers".
Największą zaletą animowanego "Dragon Balla" były wielkie i długie bitwy. W filmie tego nie uświadczymy. Mamy tu tylko tandetne "cool" karate. Choreografia scen walk woła o pomstę do nieba. Nie ma tu wielkiej demolki i niszczenia miast, jakiego mogliśmy doświadczyć w pierwowzorze. Finałowa scena "bitwy" Goku z Piccolo daje widzowi namiastkę tego, ale tandetne wykonanie efektów specjalnych nie pozwala się tym zachwycać.
"Dragonball: Ewolucja" okazał się gniotem, który naprawdę bardzo, bardzo ciężko się ogląda. Właściwie nie potrafię wskazać żadnego pozytywnego aspektu tego filmu. Nawet efekty specjalne śmierdzą komputerowymi pikselami na kilometr. Film Wonga bez problemów wywalczył miejsce na liście najgorszych filmów, jakie widziałem. Chyba obejrzę jakiś obraz Uwe Bolla, żeby przekonać się, czy da się nakręcić coś gorszego.
PS. Jeżeli już wybieracie się do kina, nie wychodźcie w trakcie napisów końcowych. Znajduje się tam przezabawna scena będąca furtką do powstania części drugiej.
Ocena 0/10
| |
 |
rok produkcji - 2009
reżyseria - James Wong scenariusz - Ben Ramsey, James Wong
zdjęcia - Robert McLachlan czas projekcji - 85 minut
|
Justin Chatwin
James Marsters
Jamie Chung Emmy Rossum Yun-Fat Chow
|
|
 |
Autor recenzji: Piotr Kocięcki - Don Vito[e-mail] | Klub Miłośników
Filmu, 23 kwiecień 2009
STRONA GŁÓWNA |
RECENZJE KMF
| |