Ostatnio, czytając o związkach obrazu ze śmiercią
(1)
odświeżyłem sobie tezę nienową,
lecz szalenie inspirującą – obraz narodził się w momencie, gdy na arenę dziejów
wkroczyła śmierć.
Wedle tej wykładni ma być on niczym innym jak rozpaczliwą
próbą walki z brakiem czegoś, co zniknęło za horyzontem, którego nie sposób
dogonić. Usiłując odtworzyć sobie ten ‘nieuchwytny początek’ pomyślałem jak dziwna
musiała być pierwsza śmierć istoty ludzkiej – oto moja partnerka, przyjaciel,
może dziecko nagle… I tu pozostaje luka, bo nagle co? Odeszło? Nie, przecież
widzę jego ciało, które leży posłusznie przy moich stopach. Umarło? A co to
wówczas znaczyło? Sprawa szalenie dziwna, niejasna. Myśl powróciła dzisiaj, przy oglądaniu „Drzewa
życia” Mallicka, uległa jednak niemałej transformacji. Wydaje mi się bowiem, że
pytanie o tę pierwszą śmierć i szok żyjącego, który zderza się z obrazem trupa
jest niezwykle uniwersalne. Nie ma ‘pierwszej śmierci’, bo w zasadzie każde
doświadczenie śmierci jest indywidualnym początkiem zetknięcia się z tym, co
nieuchronne. Każdy człowiek dowiaduje się o tym, co znaczy umrzeć dopiero wtedy,
gdy odchodzi ktoś naprawdę bliski. I tu zaczyna się film Mallicka.
Z łatwością można zarzucić mu, że jest banalny, pełen wymownej symboliki (z
tytułową osią świata na czele), że mami widza obrazami maskując scenariuszowe
niedobory. Niemniej, krytyka taka – w moim odczuciu – byłaby szalenie
nieporadna, bo kierująca ostrze w swoim własnym kierunku. Mallick porusza się po
tematyce, która ze względu na swoją – że tak powiem – metafizyczną rangę może
śmieszyć, bo przecież zabawne jest popodśmiewać się z pytań fundamentalnych. Z
drugiej strony, czy śmiejemy się z nich, gdy sami dochodzimy do takiego momentu
w życiu, w którym nie pozostaje nic innego jak je postawić? A właśnie tak sprawa ujęta
jest w „Drzewie życia”, które 'nie pyta' o istnienie Boga, sens cierpienia, prawo
do zwątpienia, a w którym pytania te zadają konkretne, zdruzgotane ‘brakiem
czegoś bardzo ważnego’ osoby. To nie jest film próbujący zgłębić odwieczne
tajemnice metafizyki (choć takie opinie pojawiają się wokół niego najczęściej),
a wręcz przeciwnie to film jak najbardziej minimalistyczny w swych założeniach,
film o czwórce nieszczęśliwych ludzi i ich wewnętrznym rekwiem. Krytyka
opierająca się jedynie na kategoriach banału oraz taniej sentymentalności nabija
się na własne ostrze, ponieważ nie zauważa, że to, co obiektywnie w istocie może
okazać się pewnym schematem, subiektywnie przyjąć może formę tragedii wręcz
kosmicznej (2) w swych rozmiarach, tragedii
przejmująco prawdziwej.
W poprzednim akapicie celowo pojawiła się wzmianka o rekwiem. Zdaje się, że
właśnie ta forma stylistyczna organizuje film Mallicka. Swoją mszę żałobną
jednocześnie odgrywają jednak aż trzy osoby – sprawa przestaje być zatem jasna,
ponieważ jakiekolwiek sztywne wpisanie w schemat liturgii zostaje szalenie utrudnione.
Matka jednocześnie opłakuje śmierć syna oraz Boga, którego syn pociągnął za
sobą. Ojciec dołącza do smutnego obrazu katafalk, na którym składa swoje
marzenia oraz ambicje. Pozostaje dwóch synów i kwestia dogorywającego na
zgliszczach domowego ogniska dzieciństwa. Nie bez przypadku jednym z pierwszych
utworów, który przyprawia widza o szybsze bicie serca jest Lacrimosa pochodząca
z Rekwiem dla mojego przyjaciela Zbigniewa Preisnera. Utwór powróci w trakcie
filmu jeszcze raz, co dla klasycznego rekwiem (będącego przecież formą rytuału)
jest wręcz nie do pomyślenia. Czy powrót na ‘muzycznej drodze żałoby’ oznaczać ma
również niemożność dobrnięcia do finału obrzędu, czyli pogodzenia się z
odejściem bliskiego i tym, który go zabiera? Tego nie zdradzę, choć wspomnę, że
słyszymy u Mallicka również Agnus Dei (celowo nie powiem ilokrotnie).
W końcu, bez zdradzania najmniejszych chociażby szczegółów dotyczących fabuły
filmu, należy wspomnieć o jego finale. Nie widziałem czegoś takiego od czasów
Odysei kosmicznej Kubricka. Ta konstatacja musi wystarczyć, bo więcej mówić nie
chcę (zbyt łatwo zdradzić za dużo).
Pisanie o tym, że zachęcam do obejrzenia jest już jedynie formalnością. Powiem
jednak jeszcze raz – Terrence Mallick stworzył Coś naprawdę niezwykłego,
ujmującego, bo w płynny oraz przemyślany sposób łączącego dramat o kosmicznych rozmiarach z
cichą tragedią jednostki uwięzionej w czterech ścianach ‘idealnego
amerykańskiego domku’. (3)
Rzecz niezwykła, zdecydowanie polecam.
(1) Chodzi o esej Regisa Debray'a Narodziny przez śmierć.
(2) Ciekawy wydaje się być fakt, że Mallick ilustrując tragedię jednostki jako tragedię wszechświata cofa się niejako do jego początków. Doskonale współgra to zatem z koncepcją 'pierwszej-pierwszych' śmierci przedstawioną pokrótce we wstępie tekstu. Zetknięcie ze śmiercią staje się powrotem do źródła, 'pierwszym' jej prawdziwym poznaniem - fundamenty świata zostają zburzone, trzeba wznieść je na nowo (i tu z pomocą przychodzi rekwiem).
(3) Powstaje zatem coś na wzór niezwykle udanej syntezy Odysei kosmicznej
i Drogi do szczęścia.
|