Niemal każda gałąź sztuki, w pewnym okresie historycznym służyła w mniejszym
lub większym stopniu polityce kraju, z którego się wywodziła. Uzależnione od
ówczesnej sytuacji społecznopolitycznej, popularne kino amerykańskie lat
pięćdziesiątych stanowiło jeden z frontów propagandy antyradzieckiej. Nośnikiem
chwytliwej idei walki z „czerwoną zarazą” stał się w szczególności gatunek
science-fiction, gdzie komunizm przybierał różnorakie formy, raz będąc wrogim
przybyszem z gwiazd, by znów w kolejnym filmie stać się monstrum z odległych
światów. W roku 1951 powstał obraz, pod którego myślą przewodnią podpisaliby się
zapewne obywatele wszystkich krajów, niezależnie od orientacji politycznej:
Robet Wise w "Dniu, w którym zatrzymała się Ziemia" przestrzegał przed
konsekwencjami globalnego konfliktu zbrojnego. Teraz, gdy świat uwolnił się od
koszmaru zimnej wojny i stanął przed nowymi niebezpieczeństwami, autor "Egzorcyzmów
Emily Rose", Scott Derrickson zrealizował swoją wizję pamiętnego "Dnia".
Po upływie ponad półwiecza od premiery filmu Wise'a, szkielet fabularny projektu
pozostał praktycznie nienaruszony. Przybysz z obcej planety, ambasador
zjednoczonych cywilizacji pozaziemskich Klaatu, odwiedza Ziemię wraz z Gortem,
humanoidalnym robotem o nieograniczonej wręcz mocy. Wysłannik kosmicznej ONZ
powody swojej obecności wykłada wprost: nasza planeta stoi u progu zagłady;
zagrożenie jednak nie pochodzi z gwiazd, lecz od nas samych. Klaatu nie widzi w
ludzkiej rasie ani jednej cechy, która miałaby oddalić nadchodzącą katastrofę,
usprawiedliwić ludzkie istnienie i nasze prawo do sprawowania rządów na Ziemi.
Doktor Helen Benson, widzi, że jedynym sposobem na zapobieżenie apokalipsie jest
przekonanie kosmity o ludzkiej dobroci – i rozpoczyna wraz z Klaatu podróż, w
poszukiwaniu jasnych stron człowieka.
|
 |
 |
|
"Dzień, w który zatrzymała się Ziemia" to obraz dziwny, głównie z powodu
rozdarcia tego filmu pomiędzy typowym blockbusterem a dziełem zaangażowanym
społecznie. Jest to zapewne bolesna lekcja dla Derricksona, gdyż jego film w
efekcie nie spełnia warunków ani jednego, ani drugiego. Jako kinowy hit
dyskwalifikuje go brak dynamiki, do której przywykła rzesza popcornowych
miłośników science-fiction. Pomimo iż pierwsze minuty odpowiednio dozują
napięcie i oczekiwanie na przybysza z gwiazd potrafi przyspieszyć tętno, od
momentu lądowania świetlistej kuli na Manhattanie "Dzień...". traci impet.
Centralna część filmu, czyli perypetie pary głównych bohaterów, jest mało
zajmująca, a pod względem treści kompletnie nieprzemyślana, gdyż na próby
uratowania planety składa się praktycznie tylko marna retoryka pani doktor. Po
jej wysłuchaniu chyba nawet najbardziej przyjaźnie nastawiony kosmita ziewnie i
wciśnie przycisk z napisem „unicestwienie”. Użyte jako swoisty defibrylator
sekwencje z Gortem, co i rusz nękanym przez wojska Stanów Zjednoczonych, nie
przyspieszają bicia serca z uwagi na nie najwyższy poziom techniczny scen.
Efekty specjalne, będące często ostoją gatunku, nie wypadają imponująco w
porównaniu w innymi produkcjami ostatnich lat: świetliste kule transportujące
nie fascynują, a sam Gort wygląda jak żywcem przeniesiony z kreskówki o
superbohaterach. Ponadto nie zachwyca obsada; drewniany Keanu Reeves i nieco
lepsza Jennifer Connelly pozostają w cieniu Johna Cleese, chociaż ten pojawia
się (niestety) tylko w epizodzie.
Być może Derrickson liczył na większy oddźwięk widowni z uwagi na przekaz, jaki
w założeniu miał nieść "Dzień...". Proekologiczna wymowa filmu jest niestety
słabsza i mniej umiejętnie wyłożona niż chociażby w, również niezbyt udanym,
"Zdarzeniu" Shyamalana. Z tej przyczyny przestroga, jaką niesie obraz
Derricksona, jest niejasna i mało czytelna, chyba że już przed seansem widz
nastawi się na proekologiczny tok myślenia. Z drugiej strony, reżyser nie może
mieć obaw co do zauważenia przez widza nawiązań biblijnych, od których aż się
roi w jego dziele. Po premierze oryginalnej wersji ponad pięćdziesiąt lat temu,
Robert Wise zdziwiony był, iż w jego filmie krytyka zauważyła odniesienia do
Biblii, gdyż sam takich nie planował. Derrickson miał zdecydowanie inne
założenia i symbolika w jego filmie jest tak wyraźna, że aż łopatologiczna.
|
 |
 |
|
"Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" to nieco kameralna apokalipsa, przez
która widz przebrnie bez większego bólu. Pomimo globalnego zasięgu działań
obcych cywilizacji, reżyser koncentruje się na parze głównych bohaterów, lecz
nie buduje ich portretów psychologicznych, nie rozwija, nie tworzy więzi
ekranowych postaci z widzem. Przez większość filmu towarzyszy nam oczekiwanie,
na coś, co w efekcie nie nadchodzi, pozostaje poczucie ogromnego niedosytu.
"Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" to produkcja o niczym i o wszystkim,
zapożyczając więc termin z nomenklatury biologicznej - „hermafrodyta” będzie
najlepszym określeniem filmu Derricksona.