Strona główna KMF

    Byłem pełen nadziei, ale i obaw w związku z nowym filmem Johna Carpentera pt. "Duchy Marsa". Po tragicznej "Ucieczce z Los Angeles" i zaledwie przeciętnych "Łowcach wampirów" oczekiwałem obrazu na miarę jego wcześniejszych dokonań, pełnego nie tylko krwi i napięcia, ale także tego specyficznego "carpenterowskiego" klimatu. Byłem jednak przygotowany na (łagodnie mówiąc), porażkę. Wszystko na to wskazywało, a to wszystko zaczęło się 27 sierpnia. Wtedy bowiem okazało się, że "Duchy Marsa" zarobiły w ciągu premierowego weekendu zaledwie 3.8 mln dolarów co plasowało film dopiero na 9 miejscu amerykańskiego box-office'u. W drugim tygodniu nie było go już w pierwszej dziesiątce, przez co w USA zarobił jedynie około 10 mln dolarów. Był to bardzo zły wynik zważywszy na to, że film kosztował prawie 30 milionów. Później przeczytałem parę recenzji, które w większości nie były przychylne nowemu obrazowi Carpentera. A to, że powiela wcześniejsze schematy, a to, że nie ma jakichś niesamowitych efektów specjalnych, a to że gra aktorów jest kiepska, itp. Zatem do "Duchów Marsa" byłem nastawiony raczej wrogo i chyba dobrze się stało, bowiem oczekując filmu tandetnego łatwiej jest pozytywnie się rozczarować. A ja się właśnie pozytywnie rozczarowałem - gdyż film mi się podobał. Ale może najpierw wspomnę co nieco o treści.



 



    Rok 2176. Jednostka policji ma za zadanie eskortować niejakiego Jamesa "Desolation" Williamsa (Ice Cube), który obecnie jest przetrzymywany w więzieniu w małej osadzie Shining Canyon. Oddział dowodzony przez Helene Braddock (Pam Grier) składa się jeszcze z porucznik Melanie Ballad (Natasha Henstridge), sierżanta Jericho Butlera (Jason Statham) oraz dwóch żółtodziobów: Bashiry Kincaid (Clea DuVall) i Michaela Descanso (Liam Waite). Tymczasem po dostaniu się do Shining Canyon okazuje się, że miejsce to jest niemal całkowicie opustoszałe. Oprócz Williamsa (który siedzi w celi) i innych więźniów, po "miejscowych" nie ma ani śladu. To jednak mylne wrażenie, bowiem wkrótce okazuje się, że wszyscy mieszkańcy zostali opętani przez tytułowe duchy Marsa. Wyposażeni w różnego rodzaju ostre przedmioty okazują się być bardzo groźnym i zabójczym przeciwnikiem. Duchy bowiem po zabiciu "dawcy" wydostają się z ciała i szukają sobie kolejnego człowieka, w którego mogłyby się wcielić. Aby wydostać się z niebezpiecznej osady, policjanci będą potrzebować pomocy Williamsa, który nie za bardzo lubi słuchać rozkazów.



 



    Fakt, opowieść nie jest ani odkrywcza, ani zaskakująca. Sam Carpenter się powtarza, tutaj mamy widoczne naśladownictwo jednego z jego najlepszych filmów - "Ataku na posterunek 13". Co do efektów specjalnych, to oczywiście zgadzam się z tym, że film na podobnym poziomie można było nakręcić nawet 10 lat temu, gdyż efekty tu są bardzo typowe jak na ówczesne lata. Aktorstwo mogłoby być o niebo lepsze, ale jakoś nie przeszkadzały mi braki w warsztacie choćby Ice Cube'a. Sądzę nawet, że zagrał całkiem nieźle jak na swoje warunki. "Duchy Marsa" mimo wszystko mają również swoje dobre strony, jak choćby muzyka napisana przez samego reżysera. Prawdziwe cudo, nie to co w "Łowcach wampirów", gdzie niektóre kawałki przypominały mi piosenki Kenny Rogersa. Tutaj mamy połączenie elektronicznego brzmienia z rockiem, co daje naprawdę świetny efekt. Kolejnym jasnym punktem filmu Carpentera jest przywódca duchów o imieniu Big Daddy Mars - doprawdy nie wiem czy śmiać się czy drżeć ze strachu. Charakteryzacja tej postaci jest bardzo dobra, patrząc na nią ma się wrażenie, że widzi się Marilyn Mansona w nowym makijażu. Wielka szkoda, że w filmie jest on niewyrazisty jako czarny charakter, bowiem rola jego sprowadza się głównie do wrzeszczenia. Wcześniej wspomniałem o powtarzaniu się reżysera, który chyba narzeka na brak nowych pomysłów. Jednak spodobało mi się, że Carpenter wrócił do sprawdzonych schematów, które zapewniły jego filmom niemałą sławę. Ostatnia sprawa to klimat. Jestem w kropce, gdyż jedynie w niektórych momentach był on wyczuwalny. Z jednej strony to dobrze, że po ostatnich niewypałach reżysera potrafił on, choć w części odbudować atmosferę swoich najlepszych dzieł. Jednak z drugiej może być to spowodowane jedynie podobnym materiałem (grupka ludzi uwięziona w jednym budynku, próbująca pokonać zmasowany oddział wroga), z którym Carpenter miał do czynienia około 25 lat temu. Wiadomo przecież, że w przemyśle filmowym najważniejszy jest widz. Widz, który nie lubi odgrzewanych pomysłów, nawet w nowej oprawie. Im szybciej Carpenter się tego nauczy, tym lepiej będzie nie tylko dla niego samego, ale również dla nas - publiczności.



 



Tytuł oryginalny: "John Carpenter's Ghosts Of Mars"
Tytuł polski: "Duchy Marsa"
Reżyseria: John Carpenter
Scenariusz: John Carpenter, Larry Sulkis
Zdjęcia: Gary B. Kibbe
Muzyka: John Carpenter
Charakteryzacja: KNB EFX
Rok produkcji: 2001
Czas trwania: 98 minut
Produkcja: USA - SONY PICTURES / SCREEN GEMS / STORM KING PRODUCTIONS

W rolach głównych: Natasha Henstridge, Ice Cube, Jason Statham,
Clea Duvall, Pam Grier, Joanna Cassidy


AUTOR RECENZJI:
Krzysztof Walecki - CRASH
      tbhl@poczta.onet.pl